Pasażer statku wpływającego do portu w Nowym Yorku widzi, początkowo w oddali,

a następnie coraz bliżej Statuę Wolności. Stoi ona u bram Nowego Świata niczym gospodyni, chętnie witając każdego imigranta, uciekiniera czy zwykłego turystę, wedle zasady; "Dajcież mi waszych zmęczonych, waszych biedaków, Wasze zgromadzone tłumy tęskniące by odetchnąć wolnością..."[1]. Podarowana w 1884 roku przez Francję była w pewnym sensie próbą przeszczepienia do Ameryki republikańskiej dewizy "wolności, równości i braterstwa",. Dziś Statua Wolności nadal pozostaje najlepiej chyba rozpoznawalnym symbolem Stanów Zjednoczonych Ameryki, zwiastującym wyzwolenie z ucisku Starego Świata. Od roku 1972 na wyspie, na której mieści się muzeum poświęcone historii imigracji. Można powiedzieć, iż ma się ono czym pochwalić, gdyż zdarzały się okresy (min. na początku XX wieku), że przez dworzec na Wyspie Wolności przechodziło dziennie około dwóch tysięcy przybyszów, a w rekordowym roku 1907 przewinęło się ponad milion ludzi.

Polscy imigranci mają zapewne w tym muzeum swoją osobną ekspozycję gdyż na przestrzeni wieków często wyjeżdżali "za ocean". Spowodowało to, że dzisiaj mianem Polonii określa się

w Stanach blisko dziewięć milionów ludzi, a np. Chicago nazywane jest największym po Warszawie polskim miastem. Liczne wyjazdy naszych rodaków rzadko powodowane były pragnieniem zwiedzania świata. Jeśli bywała to chęć zmiany klimatu - to politycznego, a "poszerzenie horyzontów" wymuszone najczęściej było zawężeniem ich w dotychczasowym miejscu zamieszkania. Tak jak na całym świecie tak i w Polsce daty powstań, okupacji, okresy przełomów i zawirowań politycznych nieprzypadkowo splatają się z falami emigracji.

Pierwsze masowe wyjazdy rozpoczęły się jeszcze przed końcem XVIII wraz ze stopniowym upadkiem niepodległości Rzeczpospolitej. Wtedy to do Ameryki wyjechał jej późniejszy bohater Kazimierz Pułaski, a po upadku powstania w 1794 roku, po raz drugi Tadeusz Kościuszko, któremu notabene towarzyszył wtedy Julian Ursyn Niemcewicz - chyba pierwszy sławny polski pisarz udający się na emigrację do Ameryki.

Z kolei w dziewiętnastym wieku pierwszą wielką emigracją Polaków była ta po powstaniu listopadowym. Miała ona charakter wybitnie polityczny. Dwie trzecie emigrantów osiedliło się we Francji, a to z racji i jej stosunkowo niedużej odległości od Polski i ze względu na to, że Francja uchodziła w tym czasie za kraj światły i popularny. Nic więc dziwnego, że do Stanów Zjednoczonych - kraju uważanego wówczas za raczej dziki i cokolwiek egzotyczny - ludzie zaczęli wyjeżdżać masowo dopiero w II połowie XIX wieku. Na ten czas bowiem przypada gospodarczy rozwój Ameryki Północnej. Dzięki niemu stałą się ona największą potęgę przemysłową świata dając pracę milionom mieszkańców całego globu (w tym do I wojny światowej ponad dwóm milionom Polaków z ziem trzech zaborów). M.in. W Ameryce w latach 1876 - 78 zakredytowany jako korespondent "Gazety Polskiej" mieszkał Henryk Sienkiewicz. Zainspirowanym rozkwitem gospodarczym Nowego Świata, próbował, z Heleną Modrzejewską w roli współudziałowca, założyć w Kalifornii farmę hodowlaną.

Emigracja polityczna została trochę zahamowana w latach dwudziestych po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Jednak już w następnym dziesięcioleciu ponownie nasiliły się wyjazdy Polaków za granicę. Związane to było ze wzrostem antysemityzmu. Prześladowani Żydzi polscy udawali się albo do Palestyny albo do Stanów Zjednoczonych gdzie zaczęło się formować jedno z ich największych skupisk. Przed wojną w Nowym Yorku osiedlili się m.in. bracia Singer: Isaak Bashevis - późniejszy noblista i Izrael Joszua - także pisarz.

Wraz z wybuchem II wojny światowej rozpoczęła się jedna z największych w historii fal emigracji. Po klęsce kampanii wrześniowej wyjechało z Polski kilkaset tysięcy jej mieszkańców. Na wychodźstwie pozostała część armii oraz wiele uciekających przed Niemcami rodzin. Po świecie (poza Iwaszkiewiczem) rozjechała się cała ekipa "Skamandra". W Stanach Zjednoczonych w 1940 roku znalazł się Jan Lechoń, który został współredaktorem "Gazety Polskiej" wydawanej w Nowym Yorku. Z tym pismem związani byli, również na emigracji - Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski i Józef Wittlin. Do Brazylii trafił Julian Tuwim, a w banku

w Argentynie od 1939 roku pracował nie kto inny jak Witold Gombrowicz.

Po zakończeniu II wojny światowej wielu pisarzy pozostało poza granicami kraju. Pod koniec lat czterdziestych powstały liczne ośrodki polonijne w krajach europejskich oraz

w Ameryce. W Londynie było to środowisko "Wiadomości" Mieczysława Grydzewskiego,

w Paryżu cała instytucja "Kultury" Jerzego Giedroyca, we Włoszech - kręgi kulturalne wokół prof. Karoliny Lanckorońskiej i Gustawa Herlinga - Grudzińskiego. W Stanach Zjednoczonych bastionem polskości nadal pozostawało Chicago, a duże znaczenie miała wspomniana już "Gazeta Polska". Ważnymi w propagowaniu kultury i języka polskiego okazały się poszczególne uniwersytety, w których na katedrach slawistyki znalazło zatrudnienie wielu pisarzy i krytyków literackich z naszego kraju. Czesław Miłosz nazwał tak dużą ilość intelektualistów w Ameryce "emigracją talentów"[2]. I to właśnie on, od 1960 roku, profesor na Wydziale Literatur i Języków Słowiańskich Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkely, a od 1981 roku na Uniwersytecie Har-varda swoją decyzją wyjazdu z kraju wywołał wielkie poruszenie w powojennej Polsce.

Początkowo nic bowiem nie zapowiadało, że Miłosz planuje zerwanie z PRL-em. Dzięki pracy w ambasadach w Nowym Yorku i Waszyngtonie miał przed sobą karierę polityczną oraz zapewnioną obecność na rynku literackim. Czuł jednak, że kierunek przez niego obrany nie jest tym prawdziwie "słusznym". W przedmowie do swoich powojennych listów, Miłosz pisze o tym co skłoniło go do wystąpienia o azyl polityczny - " Pragnąłem pozbycia się fikcji, znalezienia jakiegoś miejsca na ziemi, gdzie mógłbym nosić swoją twarz, nie maskę"[3]. Opuszczenie po raz kolejny ojczyzny (pierwszą była ta litewska) było ucieczką przed "zniewoleniem umysłu". W wyniku tego swoistego "ocalenia" od Miłosza odwróciła się większość jego przyjaciół i znajomych pozostałych w kraju. Poetę objął bezwarunkowy i rygorystycznie później wykonywany zakaz drukowania wierszy, książek, a nawet wymieniania gdziekolwiek jego nazwiska. Spowodowało to nieobecność pisarza w polskiej literaturze , aż do 1980 roku kiedy otrzymał Nagrodę Nobla.

Najczęściej jednak, pisarze albo wracali po wojennej tułaczce do kraju, albo godzili się na współpracę z władzami. Do Polski wrócił m.in. w 1946 roku Tuwim, w latach pięćdziesiątych Wańkowicz z Kanady, a w 1963 roku na stałe do Kazimierza nad Wisłą Maria Kuncewiczowa - której powrót umożliwiła właśnie wcześniejsza decyzja drukowania w kraju.

W wyniku kampanii antysemickiej i antyintelektualnej po wydarzeniach marcowych 1968 roku z Polski wyjechało kilkadziesiąt tysięcy osób. W Stanach Zjednoczonych osiedlili się wtedy min. Jan Kott - wybitny krytyk i znawca Szekspira, oraz Leopold Tyrmand - autor powieści -"Zły". Podjęli oni pracę wykładowczą w nowojorskim Uniwersytecie Stomy Brook. Kolejne przerzedzenie wśród elit umysłowych kraju przyniósł stan wojenny. W wyniku "weryfikacji kadr" za granicę udało się około stu tysięcy lekarzy, naukowców i artystów. To właśnie z powodu sytuacji w kraju, kilkuletni w zamiarze pobyt Stanisława Barańczaka na Uniwersytecie Harvarda, przemienił się w stalą emigrację.

Dopiero upadek komunizmu spowodował w Polsce zahamowanie emigracji politycznej

i w mniejszym stopniu ekonomicznej. Do ojczyzny zaczęli wracać pisarze, artyści żyjący nieraz

i pół wieku poza jej granicami. W tym roku do Polski przybył na stałe (po 57 latach emigracji

w Waszyngtonie) Jan Nowak - Jeziorański, a w latach dziewięćdziesiątych powrócili Czesław Miłosz a z Meksyku Sławomir Mrożek.

Wymienieni przeze mnie pisarze, na przestrzeni setek lat, silnie przyczynili się do promocji Polski w Stanach Zjednoczonych, a przez to i na świecie. Kuncewiczowa nazwała "odpowie-dzialnością za Polskę"[4] swoją pracę na uniwersytecie i tak też w pewnym sensie postrzegana była rola pisarzy na emigracji. Często byli oni tam jedynymi godnymi przedstawicielami naszego narodu i przyjmowali na siebie ciężar jego duchowej reprezentacji. Inaczej jednak odbierana jest polskość w czasie oficjalnych, dyplomatycznych spotkaniach, a inaczej w kontaktach

z przeciętnymi Amerykanami. O polsko-amerykańskich "zetknięciach" towarzyskich, ironicznie pisze Stanisław Barańczak, w wierszu Garden Party. Z przedstawionej w nim sytuacji widać, iż często zdarza się, że znajomość naszego kraju w Stanach Zjednoczonych ogranicza się do dwóch osób: Wałęsy - "no, ten z wąsami"[5] i Jana Pawła II, który "nic nie wie o świecie, straszny konserwatysta"[6]. Bo nie łudźmy się, że nazwiska Kościuszki czy Pułaskiego, poza nazwami placów czy ulic dla większości coś znaczą. Barańczak obserwuje z goryczą nieznajomość Polski wśród mieszkańców USA, która wynika najczęściej nie z braku doinformowania, ale z braku zainteresowania czymś z poza własnego amerykańskiego bajorka.

Żaden jednak z pisarzy nie mógłby chyba powiedzieć, że to "bajorko" nie pozostawiło w nim żadnego śladu. Zakorzeniając się w innej niż polska kulturze, mieli oni sposobność przyjrzenia się jej, pozostając mimo wszystko trochę z boku. Nie dziwi zatem obfitość relacji Polaków z Nowego Świata. Na rynku wydawniczym liczne są "listy z Ameryki" min. Miłosza, Hłaski, Singera. Powstało wiele pamiętników (Hartwig, Kuncewiczowej, Gombrowicza), opowiadań, powieści czy wierszy inspirowanych pobytem w Ameryce. Wydaje mi się jednak, że najbardziej wartościowe z nich wszystkich są zbiory esejów. Mają one często świeżość pisanych na bieżąco listów lub dzienników, gdy jednocześnie poruszane w nich tematy ukazane są w szerszej perspektywie. Dlatego w swojej pracy odwołuję się głównie do esejów Miłosza i Marii Kuncewiczowej.

"Widzenia nad Zatoką San Francisco" to zbiór esejów Miłosza wydany w 1969 roku podczas jego pobytu w Berkeley w Kalifornii. Są to trzydzieści trzy, jak wskazuje tytuł "widze-nia" na Amerykę, choć jednocześnie wiele rozdziałów tej książki porusza problemy aktualne i dla całego świata. Sprawom wynikającym z osobistych obserwacji Miłosz nadaje uniwersalny charakter. Autor nazywając swoją książkę "widzeniami" sugeruje, że zawiera ona nie tylko prosty przekaz "zdarzeń i wrażeń" z miejsca pobytu, ale że posiada i drugą, głębszą stronę. Wszak słowo "widzenia" kojarzy się z czymś pozazmysłowym, z przepowiedniami, z wróżeniem, dostrzeżeniem tego co ukryte dla innych.

Trochę mniejsze ambicje odkrywania Stanów Zjednoczonych mają książki Marii Kuncewi-czowej. Jej proza wyrastająca jeszcze z międzywojennego psychologizmu skupia się bardziej na wnętrzu człowieka, niż na miejscu, w którym ten człowiek się znajduje. Jednak

w książkach "Fantomy" i "Natura", jest wiele trafnych, dotyczących Ameryki spostrzeżeń, miejscami doskonale korespondujących ze spojrzeniem Miłosza.

Kilka pierwszych esejów[7] z tomu "Widzenia nad Zatoką San Francisco" porusza sprawę kontaktów człowieka z Naturą. Poprzez obserwację amerykańskiej przyrody, Miłosz dochodzi ich wzajemnych relacji. Poeta, przyjeżdżając do tego kraju ma za sobą "sklasyfikowaną" już wewnętrznie przyrodę Europy i wobec Nowego - innego - Świata czuje się jak dziecko, od początku uczące się krajobrazów, zwierząt czy roślin. Jest zaskoczony mnogością odmian gatunków - "Znałem tylko jedną sosnę (...) a tu raptem siedemnaście. Dąb (...) rozmnożył się na gatunków szesnaście"[8]. Dzięki świeżemu podejściu do otaczającego świata, Miłosz zachowuje dziecięcą dociekliwość i wrażliwość. Widzi on i docenia tę swoją specyficzną wyższość. Ludzie omamieni "szkiełkiem i okiem" - "nie wielbią prawd oczywistych"[9]. Natura nie jest dla nich żadną metafizyczną siła, lecz zbiorowiskiem gatunków, typów służących do estetycznych obserwacji i nic ponad to. Pisze, iż chcąc doświadczyć siły czy piękna Natury, nie wystarczy pięć zmysłów. Trzeba ją chłonąć sercem - duszą, gdyż wiele spraw jest "niewidocznych dla oczu".

Ze swojej "pustelni z widokiem na Pacyfik" (jak nazywa swój dom w listach)[10] autor Doliny Issypostrzega Naturę jako główną siłę sprawczą świata. Często czyni ją przedstawicielką Boga,

a parę razy nawet ją z Nim utożsamia. Tak jak wobec Boga człowiek staje sam, bez maski, tak i wobec Natury jest nagi i bezbronny. Natura, nie podatna na żadne prośby czy pochwały, ściąga

z nas "kokon" cywilizacji i obnaża prawdziwe wnętrze człowieka. Jest siłą "pomniejszającą nasze błędy i zasługi"[11], "pustoszy gospodarstwo nadziei i zamiarów"[12]. Nie daje jednak niczego bezpośrednio w zamian. To, co z tak "wyplantowanego" człowieka ukształtuje się powinno być już zmartwieniem jego samego. Trzeba się porządnie napracować przy dalszym "uprawianiu swojego ogródka", by stać się pełnowartościową istotą - zasługującą na miano człowieka, a nie nieudolnym "dziczkiem w przyrodzie"[13].

Według Miłosza Natura, będąc wyrazem pierwotnego ładu świata, zawiera w sobie nieskończoność form, które od wieków działają na człowieka, form określających jego byt

i zachowanie. Przyroda może być dla ludzi łącznikiem z pozaziemskim - boskim światem. Miłosz dowodzi np. że gdy człowiek starał się opisać zaświaty, podzielił je na Piekło, Czyściec i Niebo, ułożone niejako piętrowo. W swoim wyobrażeniu skorzystał z drzewa - również złożonego z trzech części korzeni, pnia i korony. W przyrodzie Ameryki obfitującej w "przepychy (...) gdzie gigantyzm jest cechą dominującą"[14], w miejscach nie zmienionych, jeszcze, przez człowieka można przy uważnej penetracji w głąb jej tkanki, odnaleźć wiele pierwiastków boskich. Metafizyka otaczającego świata przejawiać się może np. w sekwojach, które potężnymi pniami tworzą pierwotny Dom Boży, z czasem w swoim kształcie przetworzony w kościoły czy katedry. W jej poszukiwaniu można pójść i dalej. Dolina Śmierci - dno dawnego jeziora pełnego niegdyś życia, a teraz sucha i gorąca pustynia może się wydać metaforą naszej ziemskiej egzystencji -zobrazowaniem biblijnego "Vanitas vanitatum et omnia vanitas".

By przybliżyć się do Boga choć odrobinę, trzeba więc próbować dotrzeć do jądra Natury - "uchwycić intencję ukrytego, przewrotnego Stwórcy"[15]. Na tej drodze jest jednak parę przeszkód i pułapek. Choć stworzeni jesteśmy "na obraz i podobieństwo" Boga nie możemy zapomnieć, że wyrośliśmy ze świata zwierzęcego. Człowiek zbliżający się do Natury odkrywa w niej nie tyle Stwórcę, co własne "ja". Zauważa w sobie pozostałości "odmałpiej" ewolucji, przez co może poczuć się "zwierzęciem w przebraniu ludzi"[16]. Odnajdując w sobie podobne pokłady człowiek spowodował niejako ucieczkę "Ducha", który go wcześniej wypełniał. Ten bowiem do "zwierzę-cości" nie przystaje. Stąd rodzi się jego samotność - jak czytamy w "Widzeniach..." "odruch gniewu, urażonej godności"[17] - rozdarcia między zwierzęcym a boskim rodowodem. Człowiek odkrywszy tę swoją zwierzęcą "podszewkę" staje się istotą nie potrafiąca znaleźć wspólnego języka ani ze światem ziemskim, ani niebiańskim. Z "nieograniczonej przestrzeni (...) nie dochodzi żaden głos w bliskiej i dostępnej mowie"[18].

W Ameryce, "Chwalą Boga w kościołach episkopalnych, baptystycznych, kongregacjo-nistycznych, katolickich, w synagogach"[19]. Religia jest tam dla wielu ludzi sposobem walki z samotnością bytu, próbą uzgodnienia relacji "ja, Natura i Bóg". Lecz, jak pisze Miłosz, zamieszanie spowodowane postępem nauki (min. astronomii), wywrócenie "technicznych" pojęć - Piekło (to gdzieś pod nami), niebo ("gwiaździste ponad") sprawiło, że "prawo moralne we mnie" nie jest tak "łatwo" osiągalne jak w czasach Kanta. Poeta zauważa, że ludziom do modlitwy, rozmowy ze Stwórcą potrzebna jest jakaś konkretna przestrzeń, gdzie mogą wznieść oczy. Obecnie, gdy świat okazał się nieskończenie wielki, gdy radziecki kosmonauta oświadczył, że "latał wysoko ale nigdzie nie widział Boga"[20] - "nie ma już góry"[21]. Taka pewność jak obecność Boga nad nami została mocno zachwiana. Mimo bowiem wiadomej umowności Nieba ponad naszymi głowami, świadomość istnienie tego symbolu jest ludziom potrzebna, chociażby jako punkt odniesienia - stanowi emblemat ładu.

Podobnego stanu zwątpienia doznała Kuncewiczowa w czasie oglądania lotu Apolla 8. Gdy zobaczyła, że człowiek może dotrzeć aż do księżyca, poczuła, że ten jeden który zdołał się wybić "poza" dotychczasowo znany świat, dokonał "rewolucji kulturalnej nie mniej drastycznej niż w Chinach"[22]. Pisze w "Fantomach", iż jednym czynem wyprzedził i jednocześnie zdezaktualizował to co ziemskie, "ziemską" kulturę, religię, świat, a zbliżył się do czegoś większego, nieokreślonego.

Zarówno Kuncewiczowa, jak i Miłosz wskazują na duchową rewolucję jaką przyniosła ludziom wieść, że wszystko może być względne, a rzeczy zdawałoby się dotąd wiadome - nieodgadnione, co paradoksalnie ciągle potwierdza rozwój cywilizacji.

"Zdaniem niektórych protestanckich pisarzy - jak pisze Miłosz - Śmierć Boga dotknęła

w ich rdzeniu wszystkie wyznania w Ameryce (...) wiara jest podminowa niewiarą w wiarę,

- 9 -

a niewiara niewiarą w niewiarę"[23]. Człowiek jest zagubiony tym bardziej, że jak dotąd religia pomagała w odnalezieniu się w skomplikowanym świecie zarówno tym zewnętrznym jak

i wewnętrznym.

Może jednak odkrywanie nowych światów, eksploracja kosmosu nie kłócą się z rolą Boga i Jego pojmowaniem? To, że człowiek zdołał postąpić o krok dalej w poznaniu, odgadł po części procesy w jakich powstała Ziemia i on sam, nie oznacza jeszcze wcale by Stwórcy ubył choć jeden atrybut wszechmocy i nieskończoności. Wiara w Boga musi być żywa, zaskakiwać w odkrywaniu niektórych Jego tajemnic (co jednocześnie sygnalizuje obecność tysiąca następnych), by nie stać się powierzchowną i sztuczną. Trzeba więc poszukiwać, czasem nawet wątpić, gdyż prawdziwa pobożność nie pozwoli zginąć człowiekowi. Wszak Borman jak zauważa Kuncewi-czowa zabrał ze sobą w kosmos Biblię. I gdy sowiecki kosmonauta szukał Boga

w otaczającej nieskończoności, ten otworzył Pismo Święte i przeczytał "na początku Bóg stworzył niebo i ziemię...". " I oto fakt, że w niebie go nie zastali, bynajmniej nie umniejszył Go w ich oczach. Bóg cofnął się poza nowy zasięg wzroku, ale nie przestał być stwórcą wszystkich zasięgów"[24].

Miłosz w swoich esejach prezentując szeroką perspektywę "widzenia", jak i rozumienia świata nie przestaje odwoływać się do miejsca które go otacza - do Stanów Zjednoczonych. Jest wyczulony na to, co dzieje się aktualnie ale nie zapomina, że większość problemów współczesnych ma swoje głębokie zakorzenienie w Historii - "nauczycielce życia. Wiele wydarzeń wzburzających spokojne życie Ameryki, jak np. ruch hipisowski, sprawa równości rasowej czy rewolucja seksualna lat 60-tych, zastanawia Miłosza. Stara się on znaleźć wzory tych procesów w przeszłości, która wiele może wytłumaczyć, czy przedstawić je w innym świetle.

Miłosz interesuje się także historią imigracji do Ameryki. Czyni to nie tylko dlatego, że sam wpisuje się w nią, ale również by prześledzić ciekawe zagadnienia z nią związane. Wynika z nich wiele paradoksów, będących nieodłącznym składnikiem dziejów Stanów Zjednoczonych. Pisze otóż, że pierwszych osadników " prowadziła do Ameryki (...) myśl o założeniu ojczyzny idealnej, Nowego Jeruzalem"[25] - cel więc piękny i chwalebny. Jednocześnie jednak zauważa, iż ci "pielgrzymi" nierzadko byli zbiegami europejskimi, lub ludźmi zmuszonymi do poszukiwania nowego miejsca osiedlenia z powodu biedy i głodu. Już więc od początku państwowości USA, kontrastował model "pierwszych osadników" - tych heroicznych, z wielkimi kapeluszami i indykami, ustanawiających Święto Dziękczynienia, z tymi dla których śmierć "stanowiła sankcję - kto nie pracuje, niech nie je"[26],. Jednak to głównie ci pionierzy mieszkający w ruderach "składających się na całe dzielnice potępieńców"[27] przez swoją chęć pracy (mniej ważne, że nie zawsze szczerą, a częściej wynikającą z zaciętości i wstydu przed poddaniem się i powrotem do Europy) doprowadzili do rozkwitu amerykańską gospodarkę. Zbudowali oni Amerykę "otoczoną zawiścią, podziwem i gniewem mieszkańców Ziemi"[28]. Zagłębiając się w kronikę dziejów USA Miłosz zauważa, że wiele jej kart opływa niewinną krwią, i że nierzadko historia tego kraju nie odbiega od europejskich "standardów" hitleryzmu czy komunizmu. Czasami szala okrucieństwa tego co "ludzie ludziom zgotowali" przechyla się nawet na stronę USA. W Europie Hitler próbował jeszcze "usprawiedliwić" eksterminację Żydów teoriami nadludzi, wyższości rasowej. W Ameryce "nikt (...) nie narzucił tępienia Indian jako najwyższego, szlachetnego zadania. Popychała do tego namiętność, odraza jasnoskórych i jasnowłosych do ciemnoskórych i ciemnowłosych..."[29]. Mordowanie Indian, a gdyby i tego było za mało - wszystkich kolorowych "odmieńców", stało się trwającym przez kilka wieków sposobem "ulepszania" Nowego Świata. Na nic zdała się konstytucja z pięknymi hasłami wolności i równości, gdyż te odnosiły się tylko do białych. Resztę ludzi przez czas traktowano jak zwierzęta, zdolne może i do pracy, ale w razie nieposłuszeństwa przeznaczone do odstrzału.

Zgadzając się ze zdaniem swojego europejskiego przyjaciela Miłosz pisze, że "ten kontynent w ogóle nie był przeznaczony dla białego człowieka i lepiej byłoby, gdyby zostawiono go w spokoju"[30]. Nazywa USA "nieprawym dzieckiem Europy"[31] (Kuncewiczowa dodaje jeszcze, że powstałym w wyniku "karkołomnego eksperymentu"[32]) - które nie powinno się narodzić, i które samym swoim istnieniem jest często przyczyną hańby. W "Widzeniach..." czytelnik może znaleźć wiele przykładów na to, jak historia USA z tej zwykłej, ludzkiej, często będącej powodem bardziej do wstydu niż dumy, staje się po odpowiednim "upanierowaniu" w bohaterstwo, heroizm - zakłamana, nieprawdziwa.

W zmitologizowanej historii poeta stara się odnaleźć jej prawdziwe oblicze. Bo tylko niezafałszowane fakty mogą spowodować, że historia stanie się rzeczywistą "magistra vitae". Rozdrapywanie starych ran sprawi tylko, że człowiek opamięta się i weźmie przykład z przeszłości, a ten mroczny chyba lepiej go przestrzeże przed złem, niż chwalebny zmobilizuje do dobra. Z pomocą autorowi Ziemi Urlo przychodzą często inni poeci, ci dawni i ci współcześni[33]. W ich towarzystwie Miłoszowi zapewne dużo łatwiej jest zmierzyć się z największym niebezpieczeństwem naszych czasów - Molochem. Przez to określenie należy rozumieć wszystkie negatywne rzeczy stworzone przez Umysł - umysł ludzki. I nieważne, że często człowiek działa w dobrej wierze czy nawet bierze przykład z natury. Tworzy niestety świat daleki od boskiego w którym staje się "chorobliwa naroślą"[34] - jak twierdził Jeffers, świat w którym władcą zdaje się być Szatan.

Stany Zjednoczone drugiej połowy XX wieku zdaniem Miłosza nie są już krajem prawdziwej wolności. Swym rozwojem, spowodowały degradację człowieka do śrubki, trybiku

w mechanizmie, który może i nakręca Bóg, ale "dba" o niego, oliwi Szatan. Miłosz pisze, iż "znak Molocha jest wszędzie"[35], określa USA "gigantycznym trójmegalopolis: wschodu, zachodu i środka"[36]. Cywilizacja w swoim rozroście przypomina mu raka czy raczej lodowiec miażdżący i pokrywający sobą coraz większe obszary.

Kuncewiczowa, płynąc w 1955 roku statkiem do Nowego Yorku już z daleka widziała "gigantyczne, kolosalne"[37] wieżowce, natomiast Statua Wolności, dla niej symbol Ameryki wyłania się z morza (na tle wspomnianych drapaczy), jakaś mała, przytłoczona - daleka od wyobrażeń. Ta scena stanowi jakby udokumentowanie faktu, że cywilizacja bezustannie ogra-nicza wolność człowieka. Zresztą Statua i wartości, jakie sobą reprezentuje coraz bardziej niknie w pejzażu Ameryki.

Człowiek nie mając wielkiego wpływu na prawdziwą Naturę, tworzy sobie jej substytut wyposażony "we wszystkie niemal cechy tamtej"[38]. Ma on jednak coraz mniej siły, by opanować to "co jest nieludzkie i ponadludzkie"[39]. Z ta pierwotną Naturą można było jeszcze prowadzić dialog - "przebić tunele, nawodnić suche równiny, założyć sady i winnice"[40]. Ta nowa - ludzka, nie dopuszcza nikogo do głosu. Wciąga w swój rytm i odbiera zdolność myślenia. Moloch, sam twór Umysłu, nie wymaga myślenia. Kultura obrazkowa staje się, niczym w swoim czasie socrealizm, "jedyną słuszną i obowiązującą". Moloch sprawia, że człowiek zaczyna przypominać sztuczną, bezmyślną lalkę - manekina z Traktatu... Schulza posiadającego "tylko jedna stronę twarzy, jedną rękę, jedną nogą, tę mianowicie, która im będzie w ich roli potrzebna"[41].

W listach z USA Miłosz zwierza się Iwaszkiewiczowi, że gdzie tylko nie spojrzeć wszystko jest "sexy" - "Filmy są sexy, ogłoszenia są sexy, dziewczyny chodzą tak ubrane i umalowane, że ślina leci..."[42] Jego żona Janina określa to dosadniej "one [młode dziewczyny] maja spojrzenie suki (...) tępe, uparte, bezwładne spojrzenie suki czekającej na psa"[43]. Lata pobytu Miłosza w USA, to czas rewolucji seksualnej. Seks jest wszędzie, ciała wystawione na widok przypominają, jak pisze w "Widzeniach..." stosy trupów w obozach koncentracyjnych. Seks działa jako "siła wywrotowa"[44] - narzędzie Molocha służące do zabicia życia duchowego. Dostarczony w potężnych dawkach, spokojnie zastępuje wyższe cele. Zabija Miłość, ogłusza tę siłę która wcześniej była zdolna "poruszyć słońce i inne gwiazdy"[45].

Rozumiana nie tyle duchowo, co fizycznie miłość, odegrała dużą rolę w kulturze hipisowskiej. To bowiem hipisi stali się głównymi sprawcami wyprowadzenia jej "na ulicę". Ich standardowym hasłem była "free love" - wolna miłość. Wolna jednak nie w sensie Nirwany - ucieczki poza świat, ciało ale w sposób czysto techniczny. Uprawiana wręcz nieograniczenie, lepiona w najdziwniejsze pozycje nie dawała (i nie mogła dawać) hipisom większych wrażeń czy raczej odczuć pozazmysłowych, co najwyżej była jedną ze spójni (w sensie biologicznym dosłownie) ich ruchu, wyrazem wzajemnej przynależności.

Miłosz, pracując na uniwersytecie z młodzieżą, znajdował się niejako w centrum ruchu hipisowskiego. Będąc naocznym świadkiem, stara się dokonać jego analizy, podążając może za przysłowiem, że to, co poznane wzbudza w nas mniejszy strach i jest łatwiejsze do zaakceptowania, a przynajmniej tolerowania. Podchodzi do całej ich "ideologii" krytycznie - stara się dociec jej korzeni, zrozumieć młodzież, która za nią poszła i w końcu jakoś się ustosunkować do całego problemu.

Na początku zauważa, że mimo iż hipisi kreują się na rycerzy wolności, przeciwników Molocha, to nie potrafią się tak do końca wyrwać z jego szponów. Poeta zastanawia się, czy niektórzy z nich "nie zakończą kariery jako uśmiechnięci kapłani Molocha"[46]. Historia podobne rzeczy widziała już bowiem nieraz. Czyż np. bolszewicy nie występowali przeciwko terrorowi cara i ówczesnemu uciskowi robotników i chłopów ? Jednak ich późniejsze rządy, nie miały na celu poprawy losu "proletariatu", a jedynie utrzymanie władzy i co najwyżej fasady "krainy mlekiem i miodem płynącej".

Podobne przykłady pamiętane z życia i z historii zrodziły w Miłoszu podejrzenie, czy hipisi nie są czasem (może i nieświadomie) kolejnym narzędziem Molocha. Spełnialiby oni wtedy funkcję zaworu bezpieczeństwa, którym uszłaby dotychczasowa reakcyjna "para", czyli chęć wyrwania się ludzi spod jego wpływu. W wyniku tego dalsza "urbanizacja" ludzi potoczyłaby się już bezproblemowo.

Z drugiej strony rozpatrując historię ludzkości można znaleźć wiele przykładów, że takie "zawory" potrafiły zdziałać wiele dobrego. Wydaje mi się że np. chrześcijanie (zwłaszcza ci w pierwszych wiekach) mieli kilka rzeczy podobnych w wyrazie do ideologii hipisów. Z tą jednak różnicą, że wszystkim kierował u nich Bóg i to On ich wypełniał. Hipisi znaleźli niestety coś innego (choć im pewnie wydawało się, że identycznego w skutkach) - narkotyki. LSD, marihuana ("którą palą wszyscy"[47]) zastąpiły im potrzebę rozwijania się, dążenia do czegoś lepszego duchowo. Dzięki tym używkom mieli oni złudzenie obcowania z Bogiem, jedności ze światem

i to jeszcze w pełnym dźwięku i kolorze.

"Władza kwiatów" - flower power, jak widać od początku zagrożona licznymi chorobami wewnętrznymi zwiędła stosunkowo szybko. Rozkwitłszy około połowy lat 60-tych, schyłek przeżyła już dziesięć lat później. I prawdą jest cytowane już przeze mnie powiedzenie Miłosza, że wielu hipisów skończy w roli kapłanów Molocha. Hipisowska pacyfka szybko się skomercjalizowała. Nikogo ona dzisiaj nie razi np. obok telefonu komórkowego, pewnie dlatego, ze sama już niewiele wyraża.

Miłosz, przed wojna członek katastroficznych "Żagarów", ocenia dotychczasowy rozwój Stanów Zjednoczonych niezbyt pozytywnie - nazywa go nawet "antyorganicznym"[48], tworzącym "krajobrazy odpadków, śmietnisk, ruder, neonowych pustyń"[49]. Opisuje świat w którym przyszło mu mieszkać jako taki, który postawił na funkcjonalizm, a który odciął się od boskiej Opatrzności. Jednak ta egzystencja - "bestialska, sprowadzona do zarobku i spożycia"[50] jak pisze poeta, chyba przestaje wystarczać ludziom, lub inaczej - czują oni jej przesyt i tęsknią za czymś innym. Miłosz zdaje sobie sprawę, że żyje już w trochę innej Ameryce, wśród ludzi będących w "zawieszeniu pomiędzy czymś, co się kończy, i czymś co się jeszcze nie zaczęło"[51]. Jest to czas po części tragiczny, kiedy trzeba usilnie dotrzymywać kroku życiu oraz mieć jednocześnie wyobraźnię pozwalająca dostrzec zaczątki Nowego. Nie można samemu odstawić się na boczny tor i żyć w "nigdzie" - wzdychając co najwyżej (w przypadku emigranta) ku blednącej coraz bardziej w pamięci ojczyźnie. Miłosz pisze o tym, że nie można być "bezdomnym" ani fizycznie, ani duchowo. Trzeba się starać, może nie wrosnąć ale chociaż przystosować do otaczającego świata. Trzeba być "żywym wśród żywych"[52]. Poeta, dzięki otwartemu podejściu do świata widzi w Ameryce wiele plusów. Wierzy, że czas w który nastał dla niej jest czasem przesilenia, z którego zrodzić się może całkowicie Nowy - może tym razem rzeczywiście "wspaniały" - Świat. "Światełkiem w tunelu" niech będzie scena już raz przeze mnie przytoczona za Kuncewiczową - gdy słyszy ona, jak astronauta cytuje Biblię. I dla Miłosza jest to zapowiedź (może od samego Boga), że oto czas nam dany - jeśli tylko potrafimy go właściwie wykorzystać, staje się nowym wypełnieniem Księgi Genesis - Księgi Początku - Księgi Stworzenia.

Bibliografia:

Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989;

Czesław Miłosz, Zaraz po wojnie, Wydawnictwo Znak, Kraków 1998;

Maria Kuncewiczowa, Fantomy, Instytut Wydawniczy Pax, 1975;

Maria Kuncewiczowa, Natura, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989;

Stanisław Barańczak, Atlantyda, [w:] 159 wierszy, Wydawnictwo Znak, Kraków 1991

[1] Fragment wiersza Emmy Lazarus "Nowy Kolos" powstałego na okoliczność wzniesienia Statuy Wolności.

[2] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 183

[3] Czesław Miłosz, Zaraz po wojnie str. 12

[4] Maria Kuncewiczowa, Natura str. 217

[5] Stanisław Barańczak Garden Party

[6] jw.

[7] Od O moim zamiarze do Krótka dygresja o kobiecie.... w Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco.

[8] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 20

[9] jw. str. 23

[10] Czesław Miłosz Zaraz po wojnie str. 12

[11] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 11

[12] jw. str. 12

[13] Maria Kuncewiczowa, Fantomy str. 145

[14] Czesław Miłosz, Zaraz po wojnie str. 51

[15] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoka San Francisco str. 15

[16] jw. str. 22

[17] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 22

[18] jw. str. 24

[19] jw. str. 30

[20] jw. str. 30

[21] jw. str. 29

[22] Maria Kuncewiczowa, Fantomy str. 36

[23] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 32

[24] Maria Kuncewiczowa Fantomy str. 37

[25] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 37

[26] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoka San Francisco str. 38

[27] jw. str. 38

[28] jw. str. 37

[29] jw. str. 44

[30] jw. str. 40

[31] jw. str. 61

[32] Maria Kuncewiczowa, Natura str. 149

[33] min. Robinson Jeffers, Allen Ginsberg, walt Whitman i inni.

[34] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 80

[35] jw. str. 59

[36] jw. str. 59

[37] Maria Kuncewiczowa, Natura str. 35

[38] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 60

[39] jw. str. 59

[40] jw. str. 60

[41] Bruno Schulz, Traktat o manekinachSklepach cynamonowych

[42] Czesław Miłosz, Zaraz po wojnie str. 152

[43] w. str. 44

[44] Czesław Miłosz Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 89

[45] Dante Alighieri w Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoka San Francisco str. 169

[46] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoka San Francisco str. 115

[47] Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco

[48] jw. str. 189

[49] jw. str. 191

[50] jw. str. 195

[51]Czesław Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco str. 192

[52] jw. str. 55