Skrawek czasu - streszczenie szczegółowe
Narratorka opowiadania próbuje przywołać z pamięci krótki, lecz niezwykle intensywny moment swojego życia. Chodzi o pierwszą akcję w małym żydowskim miasteczku podczas okupacji. To wspomnienie nazywa „skrawkiem czasu”, ponieważ nie mierzy się go dniami ani miesiącami, lecz jednym przeżyciem, które głęboko zapisało się w pamięci. Opowiada, że w tamtym okresie Żydzi mieli inną miarę czasu: nie mówili „w maju” czy „w czerwcu”, ale „po pierwszej akcji” albo „przed drugą”. Dla nich czas mierzony był słowami oznaczającymi kolejne etapy zagłady.
Kiedy rozeszła się wiadomość o „zaciągu na roboty”, mieszkańcy przyjęli ją z pozornym spokojem. Ludzie wierzyli, że chodzi o prace fizyczne lub obóz pracy, o którym wcześniej słyszeli. Dlatego tego ranka rodziny jadły śniadanie przy zwyczajnie nakrytym stole, próbując zachować resztki normalności. Starsze osoby postanowiły nie iść, bojąc się wysiłku i chorób, ale młodsi, w tym narratorka i jej młodsza siostra, posłuchali rozkazu.
Był piękny, czysty poranek, pełen złotych mgieł i zapachu ogrodu. Narratorka pamięta dokładnie niebieską sukienkę, którą wtedy miała na sobie. Kiedy wyszła z domu i zbliżyła się do furtki, cofnęła się nagle i wybrała drogę okrężną: przez sad i nad rzeką Gniezną. Nie wiedziała jeszcze, że ten odruch ocalenia uratował jej życie. Szła razem z siostrą, puszczały kamyki na wodę, śmiały się i niczego się nie bały. Dopiero gdy dotarły na mostek i zobaczyły rynek zapełniony czarnym, nieruchomym tłumem ludzi, ogarnął je paraliżujący strach.
Tłum był milczący i posępny, w odróżnieniu od targowego gwaru, do którego były przyzwyczajone. Siostra zaczęła się trząść i powiedziała „uciekajmy”. Dziewczynki pobiegły z powrotem przez mostek i rzekę, aż wdrapały się na wzgórze zamkowe, gdzie w krzakach schowały się, zdyszane i przestraszone. Stamtąd widziały swój dom i ogród, które wyglądały tak spokojnie, jakby nic się nie działo. Widziałam nawet sąsiadkę trzepiącą dywan jak każdego dnia. Ten kontrast między zwyczajnością a grozą utkwił narratorce w pamięci na zawsze.
Siedziały tam długo, aż straciły poczucie czasu, a potem wróciły do domu. Wtedy dowiedziały się, że na rynku rozdzielono ludzi. Kobiety odesłano do domów, a mężczyzn zatrzymano. Wśród nich był ich kuzyn Dawid, młody chłopak, którego wszyscy znali jako cichego, nieśmiałego, spokojnego i mało ruchliwego. Nikt nie spodziewał się, że to właśnie on zostanie jednym z pierwszych ofiar.
Narratorka opowiada, że Dawid wyszedł z domu później i dotarł na rynek, gdy sytuacja była już jasna. Znajomy doradził mu, żeby się ukrył i schował go w pokoju jednej z kamienic, z oknem wychodzącym na rynek. Jednak Dawid nie wytrzymał samotności i napięcia. Patrząc przez okno na tłum ludzi, nie mógł znieść myśli, że oni idą razem, a on zostaje sam. W pewnej chwili wyszedł z ukrycia, jakby chciał być z innymi, dzielić ich los.
Na rynku ustawiono ludzi w szeregi i sprawdzano ich zawody. Dawid stanął między aplikantem adwokackim a studentem architektury. Powiedział, że jest nauczycielem, choć pracował krótko i przypadkowo. Student architektury skłamał, że jest stolarzem, i to uratowało mu życie, ponieważ rzemieślnicy byli jeszcze potrzebni Niemcom.
Dawida i 70 innych mężczyzn załadowano na samochód. W ostatniej chwili przyprowadzono jeszcze rabin, który był siedemdziesiątym pierwszym. Kiedy Dawid przechodził obok tych, którzy zostali, powiedział głośno, żeby przekazali jego matce słowa: „sam jestem winny, przepraszam cię”. Prawdopodobnie już wtedy domyślał się, że nie jadą do obozu pracy, ale na śmierć.
Wieczorem chłop przyniósł rodzinie karteczkę, którą Dawid wyrzucił z samochodu. Na kartce powtórzył te same słowa. Ludzie jednak nie chcieli wierzyć w najgorsze. Po kilku dniach i tygodniach zaczęły przychodzić listy rzekomo z obozu, podpisane nazwiskami znanych mieszkańców. Wszyscy wierzyli, że ich bliscy żyją. Później okazało się, że te wiadomości były częścią niemieckiego oszustwa, które miało uspokoić ludność i zapobiec buntowi.
Dopiero po wojnie ów chłop, który przyniósł pierwszą kartkę, powiedział prawdę. Okazało się, że wszyscy mężczyźni zostali rozstrzelani w lesie pod wsią Lubianki, godzinę drogi od miasta. Zginęli zaraz po przywiezieniu, po tym, jak zmuszono ich do wykopania wspólnego grobu.
Dawid próbował uciec w ostatniej chwili. Wdrapał się na drzewo i objął jego pień ramionami jak dziecko matkę, ale został zastrzelony. Tak zakończył się jego skrawek życia, który narratorka ocaliła w pamięci i po latach opisała, by dać świadectwo tamtemu światu i tamtej chwili.
