Ksiądz Marek - streszczenie szczegółowe
AKT 1
W szopie trwają przygotowania do zebrania koła rycerskiego, a w oddali słychać śpiew konfederatów. Towarzysz mówił do Starościca, że słychać powracających rycerzy, na co ten odpowiada, że w swoich Anielinkach ma harfę Eola, ale jej dźwięki nie są tak przejmujące, tęskne i pełne żalu jak pieśń śpiewana przez konfederatów.
Towarzysz mówił, że żołnierze wracają pełni chęci, a ksiądz Marek błogosławi ludziom z wałów obronnych. Starościc zachwycił się młodością i rycerskim zapałem, wychwalając ze wzruszeniem pieśń konfederatów. Uznał ją za jednocześnie pobożną, szlachecką, świętą i pełną nadziei.
Śpiewający deklarują, że służą tylko Chrystusowi i Maryi i nie ugną się przed kimkolwiek innym. Są pewni, że nie złamie ich głód, cierpienie ani pokusy świata.
Po zakończeniu pieśni Starościc zauważył, że konfederaci oddalili się już ze sztandarami. Powiedział, że ta pieśń budzi w ludziach poczucie niezwykłości i wiary w znaki nadprzyrodzone. Zaczął opowiadać o różnych cudownych zjawiskach, które mają pojawiać się na niebie.
Towarzysz odpowiedział, że ksiądz Marek wyjaśniał znaczenie tego widzenia podczas kazania. Opowiedział, że karmelita tłumaczył siedem mieczy jako siedem najważniejszych wad niszczących Rzeczpospolitą. Według jego słów pierwszy miecz oznaczał bezkrytyczne naśladowanie Francji, drugi hazard, trzeci rozrzutność, czwarty wpływ kobiet na politykę, piąty przekupne sądy, szósty prywatną zawiść, a siódmy zepsute sumienie. Powiedział, że duchowny porównywał te wady do mieczy wbitych w serce ojczyzny. Następnie omawiał każdy z tych grzechów osobno i oskarżał o nie możnych magnatów. Mówił, że prochy zmarłych będą kiedyś sądziły żywych tak samo, jak żywi sądzą swoich przodków, po czym kazał przynieść trumnę. Ksiądz Marek sięgał do niej, wydobywając kości i czaszkę, pytając przy tym, czy zmarły jest odpowiedzialny za niedolę chłopów i utratę przygranicznych miejscowości.
Starościc stwierdził, że zachowanie księdza Marka obraziło marszałka konfederacji i wielu szlachciców, oburzonych wywoływaniem pamięci o zmarłych, atakami na magnatów oraz krytykowaniem przodków. Dodał, że marszałek rozważa nawet porzucenie całej sprawy konfederacji.
Towarzysz zdziwił się i zapytał, czy to prawda. Starościc odpowiedział, że pokaże to najbliższa narada. Następnie zwrócił uwagę na Regimentarza, który właśnie wystąpił z manifestem i chce zabrać głos. Zauważył jednak, że wojskowy nie ma odwagi spojrzeć marszałkowi w oczy.
Regimentarz wystąpił z manifestem w ręku i wygłosił uroczyste przemówienie. Wzywając Boga na świadka, mówił o cierpieniach Polski, przelewanej krwi i walce konfederatów. Twierdził, że stają przed sądem historii, aby oskarżyć tych, którzy doprowadzili ojczyznę do upadku. Mówił, że Bar stał się miejscem, w którym rycerze gotowi są umrzeć pod sztandarem Jezusa za ojczyznę, prawdę i wiarę.
Marszałek odpowiedział, że słowa Regimentarza przypominają mowę wygłaszaną na Golgocie lub cmentarzu. Przyznał, że sytuacja rzeczywiście jest tragiczna, ale jego zdaniem Bóg przeznaczył ich do większych czynów i dlatego nie chciałby, aby Bar stał się grobem obywateli.
Regimentarz był zaskoczony. Stwierdził, że po raz pierwszy słyszy na radzie sugestię opuszczenia Baru. Nazwał taki pomysł hańbą.
Marszałek oburzony tym oskarżeniem zaczął dobywać szabli.
Regimentarz uspokoił go i poprosił, aby schował broń. Powiedział, że przez całe życie znosił obelgi dla dobra ojczyzny i zniesie je również teraz. Marszałek odpowiedział, że jeśli go uraził, to żałuje swoich słów.
Regimentarz uznał sprawę za zakończoną i wrócił do głównego tematu. Zapytał wprost, czy rada rzeczywiście zamierza opuścić Bar.
Marszałek odpowiedział, że wystarczy spojrzeć na zgromadzonych. Podkreślił, że nikt z obecnych nie jest tchórzem, ale nie chce się też dostać do niewoli rosyjskiej ani służyć rosyjskim dowódcom. Oświadczył, że woli udać się do Turcji, zdobyć tam wsparcie i wrócić z nowymi siłami do walki przeciw Moskwie. Dodał, że w ten sposób będzie można przestraszyć króla. Następnie zapytał zgromadzonych o opinię. Szlachta jednogłośnie się z nim zgodziła.
Marszałek oznajmił wtedy, że otrzymał list od Potockiego, w którym pisze, że Turcja szykuje się do wojny z Rosją i gromadzi siły nad Prutem. Marszałek zasugerował, że śmierć konfederatów w Barze nie przyniesie już większego pożytku.
Szlachta zaczęła głośno wołać, że należy ruszyć do Turków całymi oddziałami.
Na scenę wszedł Ksiądz Marek, ale nikt się z nim nie przywitał. Stwierdził, że w szopie muszą znajdować się złe duchy, które próbują zniszczyć zgodę między konfederatami i zauważył smutek na twarzach obecnych.
Regimentarz wyjaśnił mu, że sytuacja w Barze jest bardzo trudna i rada rozważa opuszczenie miasta.
Ksiądz Marek zapytał, kto będzie wtedy dowodził miastem. Regimentarz odpowiedział, że nie ma sensu mówić o dowództwie, skoro Bar ma zostać opuszczony.
Marszałek wyjaśnił, że konfederaci pozostają wierni ojczyźnie, ale w mieście brakuje już prochu, żywności i pieniędzy. Dodał, że nędza potrafi odebrać odwagę i doprowadzić człowieka do hańby.
Ksiądz Marek odpowiedział bardzo ostro. Zapytał marszałka, czy rzeczywiście cierpi głód i czy właśnie dlatego chce opuścić naród. Następnie zaczął kpić z tłumaczenia o biedzie. Zwrócił uwagę na kosztowne stroje, szable i klejnoty obecnych, dowodząc, że nie są ludźmi dotkniętymi skrajną nędzą. Stwierdził, że nie głód, lecz tchórzostwo podpowiada myśl o ucieczce. Powiedział, że w Barze symbolicznie w żłobie leży Polska, która dopiero ma się narodzić i rozwinąć. Twierdził, że przyszłe pokolenia stworzą wielką ojczyznę, choć obecni ludzie mogą jeszcze tego nie rozumieć.
Marszałek przerwał mu i zapytał, jaki związek mają te wizje z obecną sytuacją. Przypomniał, że najważniejsze jest uratowanie ludzi zgromadzonych w Barze.
Ksiądz Marek nakazał marszałkowi pozostać w mieście i zapewnił, że nikt z obecnych nie zginie.
Marszałek zapytał, kto może to zagwarantować. Ksiądz Marek odparł, że sam Bóg.
Marszałek zażądał znaku. Ksiądz Marek zapowiedział, że za chwilę odezwie się armata i rzeczywiście po chwili następuje wystrzał.
Na scenę wchodzi Artylerzysta polski i melduje, że jedno z dział pękło podczas strzału. Dodaje jednak, że puszkarze cudem uniknęli śmierci. W mieście wybuchło zamieszanie, ponieważ część szlachty podejrzewa zdradę i podpalenie.
Marszałek nie uznaje tego wydarzenia za znak od Boga. Stwierdza, że pęknięte działo raczej nakazuje opuszczenie Baru. Wstaje i przygotowuje się do wyjazdu.
Ksiądz Marek poleca mu zabrać ze sobą kosztowne kobierce należące do jego rodu. Marszałek odpowiada, że właściciel ma prawo rozporządzać swoim majątkiem i wychodzi.
Po jego odejściu Ksiądz Marek zauważa, że pozostawione kosztowności trafią teraz do właściciela stodoły – Żyda.
Głos zabiera Regimentarz. Mówi, że Polska zaczyna upadać. Ze wstydem i smutkiem przyznaje, że nadszedł czas, aby młodzi wzięli sprawy w swoje ręce. Uważa, że powinien pozostać wierny marszałkowi i podążyć za nim.
Ksiądz Marek zauważa, że Regimentarz zostawił swoją szablę, ale ten odpowiada, że pozostawia swój miecz tym, którzy zostaną w Barze. Dodaje, że mogą użyć go do dalszej walki i pomsty na wrogach. Następnie odchodzi.
Ksiądz Marek zakłada pozostawioną szablę i mówi, że Bóg posłuży się nią jako narzędziem.
Wtedy głos zabiera przełożony karmelitów. Oświadcza, że nie pozostawi świętych relikwii i sakramentów na pastwę niebezpieczeństwa. Zamierza zabrać je z miasta, aby nie zostały zbezczeszczone.
Ksiądz Marek stanowczo się temu sprzeciwia. Pyta, co pozostanie mieszkańcom, jeśli duchowni zabiorą z sobą wszystko, co święte. Twierdzi, że nawet dla jednej potrzebującej osoby księża powinni pozostać. Na końcu oświadcza, że sam pójdzie do kościoła, weźmie sakramenty i będzie z nimi trwał pośród walki oraz kul.
Przełożony karmelitów, oburzony jego zachowaniem zabrania mu ogłupiać wiernych.
Ksiądz Marek oświadcza, że wszyscy mogą odejść, ale on pozostanie w Barze wraz z mieszkańcami i wychodzi.
Na scenie zostaje Rabin. Cieszy się, że po odejściu szlachty może przejąć pozostawione dywany i inne kosztowności. Woła swoją córkę Judytę.
Judyta jest smutna i prosi ojca, aby nie cieszył się z darów. Mówi, że rzeczy materialne nie mają znaczenia, skoro ludzie tracą ojczyznę i giną.
Rabin próbuje ją pocieszyć, mówiąc, że zachowa zdobyte przedmioty na jej przyszłe wesele.
Judyta odpowiada obrazowo, że bardziej myśli o śmierci niż o weselu. W jej słowach pojawiają się wizje i przeświadczenie o własnej niezwykłej mocy. Przedstawia siebie jako istotę związaną z tajemnicami wiary, śmiercią i losem Izraela.
Rabin jest zaskoczony jej zachowaniem. Wtedy słyszy nadchodzącego Polaka, Klemensa Kosakowskiego. Poleca Judycie zasłonić się i nie pokazywać obcemu.
Wchodzi Klemens Kosakowski. Wydaje rozkazy służbie i zachowuje się tak, jakby był nowym gospodarzem tego miejsca. Grozi Rabinowi i daje do zrozumienia, że nie toleruje sprzeciwu. Każe Judycie ściągnąć swoje buty.
Judyta pada przed nim na kolana i całuje jego nogi. Wyznaje, że widziała go podczas walki i uważa za bohatera. Opisuje jego odwagę, porównując go do biblijnych wojowników i królów. Twierdzi też, że pomogła mu w walce dzięki swoim tajemniczym mocom.
Gdy Rabin zarzuca jej szaleństwo, Judyta przedstawia siebie jako osobę obdarzoną niezwykłą siłą i zapowiada, że jeszcze odmieni losy wydarzeń. Następnie wychodzi.
Kosakowski pyta Rabina o Judytę i przyznaje, że dziewczyna mu się podoba. Rabin wyjaśnia, że jest to jego córka, dziewica.
Następnie Kosakowski opowiada o sobie. Przyznaje, że prowadził hulaszcze życie, ale jednocześnie podkreśla swoją odwagę, wpływy i sukcesy polityczne. Wspomina między innymi obronę księcia Karola w Mitawie przed Rosjanami. Przedstawia się jako człowiek, który potrafi porywać tłumy i przejmować władzę. Na końcu stwierdza, że skoro dawni przywódcy opuszczają Bar, teraz on może stanąć na czele wydarzeń. Mówi, że ludzie bardziej wierzą w szable niż w kazania księdza Marka i dlatego to on zamierza kierować miastem. Pokazuje Rabinowi skrypt książęcy i żąda od niego stu tysięcy dukatów. Twierdzi, że pieniądze są potrzebne dla sprawy politycznej związanej z Turcją. Rabin zgadza się zapłacić i obiecuje zachować wszystko w tajemnicy.
Gdy Rabin wychodzi po pieniądze, Kosakowski zostaje sam i przyznaje przed sobą, że postępuje nieuczciwie. Wie, że bierze cudze pieniądze i spłaca nimi własne długi. Sam nazywa swoje działanie kradzieżą.
Rabin wraca ze złotem. Razem wychodzą, aby przeliczyć pieniądze. Po ich odejściu na scenę wchodzą Judyta i Jozafat.
Judyta poleca Jozafatowi zapalić latarnię, wziąć skrzynię oraz broń i towarzyszyć jej w drodze do księdza Marka. Jozafat jest zaniepokojony jej dziwnym zachowaniem i uważa, że mówi jak opętana. Oboje wychodzą.
Na scenę wracają Kosakowski i Rabin. Kosakowski podejrzewa, że ktoś opuścił dom i przypomina Rabinowi o konieczności zachowania tajemnicy. Następnie pyta o Judytę.
Rabin próbuje tłumaczyć nieobecność córki, ale Kosakowski oznajmia, że widział ją nocą idącą do kościoła w towarzystwie karmelity. Rabin orientuje się, że Judyta rzeczywiście opuściła dom i postanawia jej szukać.
Wchodzi Jozafat z latarnią. Rabin wypytuje go, dokąd zaprowadził Judytę, ale chłopak nie chce odpowiedzieć wprost.
Kosakowski przywołuje swoich litewskich żołnierzy. Na ich czele stoi Bojwił. Żołnierze deklarują mu posłuszeństwo.
Kosakowski uspokaja Rabina, mówiąc, że nic mu się nie stanie, jeśli okaże się niewinny. Litwini składają przysięgę, że wykonają rozkazy swojego dowódcy.
Poleca, by pilnować Rabina i nie pozwolić mu opuszczać Baru. Jeśli Litwini otrzymają umówiony znak od Kosakowskiego, mają powiesić Rabina.
AKT II
Ksiądz Marek żegna Judytę. Dziękuje jej za ofiarowane kosztowności, błogosławi ją i nakazuje wytrwać w miłości mimo przyszłych cierpień. Judyta odchodzi.
Starościc informuje księdza Marka, że Kosakowski szuka go po całym mieście. Ksiądz Marek odpowiada, że nad Kosakowskim ciąży gniew Boży i zapowiada, że usunie go z Baru. Gdy Starościc zauważa, że Kosakowski jest potrzebny do obrony miasta, ksiądz odpowiada, że naprawdę potrzebny jest tylko Bóg.
Ksiądz Marek wygłasza naukę o prawdzie i odpowiedzialności. Tłumaczy, że człowiek nie powinien pobłażać złu ani ukrywać prawdy dla świętego spokoju, lecz stanowczo przeciwstawiać się grzechowi. Zapowiada, że jeszcze tego samego dnia (w Zielone Świątki), po nieszporach, poprowadzi mieszkańców Baru do walki z wrogiem.
Gdy Starościc pyta, kto zostanie w mieście, Ksiądz Marek wskazuje na bawiące się dzieci. Następnie mówi o brzozach i innych drzewach, jako symbolu ofiary i przyszłej pamięci o bohaterach Baru.
Na dźwięk dzwonów Ksiądz Marek oznajmia, że idzie na nabożeństwo, a potem zgodnie z Bożym rozkazem idzie walczyć i wypędzi Kosakowskiego z miasta. Następnie odchodzi.
Starościc martwi się losem Kosakowskiego. Przeczuwa nadchodzącą tragedię i śmierć wielu ludzi.
Nagle z miasta dobiegają krzyki. Starościc słyszy płacz i zamieszanie. Judyta ucieka przed Kosakowskim i grozi mu nożem. Prosi Starościca o pomoc. Opowiada, że Kosakowski napadł ją. Przypomina Kosakowskiemu potęgę Boga Izraela i ostrzega, że spotka go kara za jego postępowanie. W proroczym natchnieniu zapowiada nawet jego śmierć.
Kosakowski nie przejmuje się groźbami. Zamiast tego zaczyna wychwalać urodę Judyty i przysięga jej miłość. W rzeczywistości jednak kpi z niej i rozkazuje Bojwiłowi zabrać ją pod straż. Bojwił chwyta Judytę i odprowadza ją do karczmy.
Starościc staje w jej obronie i żąda od Kosakowskiego, aby ją uwolnił. Kosakowski odpowiada wyzwaniem na pojedynek. Obaj dobywają szabel i rozpoczynają walkę. Starościc zostaje śmiertelnie ranny, prosi o księdza. Kosakowski obiecuje go sprowadzić i odchodzi.
Pozostawszy sam, Starościc myśli o zbliżającej się śmierci. Modli się do Jezusa i wyobraża sobie rozpacz swojej rodziny po otrzymaniu wiadomości o jego zgonie.
Po chwili wraca Kosakowski, prowadząc Księdza Marka ubranego w szaty liturgiczne i niosącego monstrancję. W tle pojawiają się uzbrojeni konfederaci ze sztandarami.
Ksiądz Marek podchodzi do rannego Starościca i pyta, kto wzywa Boga. Starościc odpowiada, że cierpi z powodu śmiertelnej rany. Ksiądz Marek mówi mu, że człowiek ufający Bogu nie umiera naprawdę. Starościc wspomina o życiu wiecznym i umiera.
Ksiądz Marek modli się nad zmarłym. Żałuje, że młody szlachcic zginął w pojedynku zamiast w walce za ojczyznę. Prosi jednak Chrystusa o przebaczenie dla niego. Następnie wspomina ból matki po stracie syna i zamyka zmarłemu oczy. Mówi, że zginął dziedzic Barku i Ladawy. Następnie zwraca się przeciwko Kosakowskiemu. Oskarża go o zabójstwo, grabieże, pijaństwo, kradzieże publicznych pieniędzy i działanie na szkodę ojczyzny. Nazywa go mordercą i ogłasza, że powinien zostać wygnany z Baru.
Szlachta podporządkowuje się temu poleceniu. Kosakowski milczy, sprawia wrażenie człowieka oszołomionego i zostaje wyprowadzony.
Ksiądz Marek nakazuje posadzić Kosakowskiego na koniu i wypędzić go z miasta. Wyjaśnia, że taki obraz widział wcześniej w proroczym śnie.
Grzmi. Pojawiają się błyskawice, które zgromadzeni uznają za potwierdzenie słów księdza Marka. Duchowny modli się i błogosławi lud.
Wśród huku piorunów i wystrzałów dział szlachta pada na kolana. Ksiądz Marek oznajmia, że ich wiara została umocniona i że Bóg jest po ich stronie. Na końcu chwyta sztandar i prowadzi konfederatów do walki.
Szlachta, zachęcona przez księdza Marka, rusza na wały do walki. Wśród ludzi rozchodzi się wieść o cudzie: podobno rosyjska bateria została zniszczona przez nadprzyrodzoną siłę. Wszyscy uznają to za znak Bożej pomocy. Następnie tłum opuszcza scenę.
Pojawia się Kosakowski. Spadł z konia podczas ucieczki i jest wstrząśnięty wydarzeniami. Wspomina, że słowa księdza zrobiły na nim ogromne wrażenie.
Bojwił informuje go, że w karczmie została tylko Judyta, a Rabin nie żyje.
Drzwi otwierają się. W progu staje Judyta ubrana w żałobny worek, bosa, pogrążona w żałobie po ojcu. Nie pozwala Kosakowskiemu wejść do środka, przypominając, że w karczmie znajduje się ciało Rabina.
Kosakowski prosi o wodę. Judyta odmawia i zaczyna oskarżać go o śmierć ojca. Gdy Kosakowski przyznaje, że kazał powiesić Rabina za zdradę, Judyta otwarcie nazywa go złodziejem i mordercą. Zarzuca mu, że zagrabił żydowskie pieniądze, a ją pozostawił sierotą. Opowiada o żydowskiej żałobie i o duchach zmarłych rabinów, które podczas burz mają modlić się do Boga za swój naród. W huku dział słyszy znak, że Bóg wysłuchuje cierpień Izraela. Mówi też o księdzu Marku, który jej zdaniem właśnie zwycięża Moskali dzięki Bożej pomocy. Sama przedstawia się jako osierocona córka siedząca przy ciele ojca, rozdarta między żałobą, rozpaczą i pragnieniem zemsty.
W końcu w proroczym natchnieniu wygłasza monolog. Ogłasza się narzędziem zemsty za śmierć ojca. Twierdzi, że jej przekleństwo spada na chrześcijan, a szczególnie na Kosakowskiego. W furii wyciąga ręce ku polu walki i rzuca przekleństwa na swoich wrogów.
Kosakowski próbuje się usprawiedliwić przed Judytą. Twierdzi, że nie chciał śmierci Rabina, a rozkaz został wykonany, gdy nie myślał jasno. Twierdzi, że wrócił do karczmy, ponieważ chciał oddać zagrabione złoto i porwać Judytę.
Judyta jest wstrząśnięta. Przypomina mu, że wcześniej nią gardził, gdy była córką żyjącego Rabina, a zainteresował się nią dopiero wtedy, gdy została sierotą. Z goryczą mówi o swojej nędzy, samotności i pragnieniu zemsty. Kosakowski dostrzega rosyjskich żołnierzy i oskarża Judytę o zdradę. Judyta potwierdza, że to ona ich sprowadziła, po czym wraca do karczmy.
Kosakowski rozumie, że Bar został zdobyty przez Rosjan. Grozi Judycie zemstą i razem z Bojwiłem wychodzi.
Z karczmy wychodzą rosyjscy dowódcy: Kreczetnikow, Suworow, adiutant oraz żołnierze. Kreczetnikow stwierdza, że dzięki Żydom udało się zdobyć miasto. Następnie rozkazuje Suworowowi schwytać księdza Marka.
Po odejściu Suworowa pojawia się Branecki, prowadząc Judytę. Opowiada, że próbował ją przekupić pieniędzmi, ale ona odrzuciła złoto. Podziwia jej urodę i zachowanie.
Judyta przypomina Rosjanom, że wskazała im tajne przejście do miasta. W zamian prosi, aby oszczędzili mieszkańców i nie dopuścili do dalszego rozlewu krwi.
Branecki kpi z jej prośby. Judyta oburza się na jego okrucieństwo i oskarża go o brak szacunku dla poległych.
Branecki rozkazuje pojmać Judytę. Moskale wiążą jej ręce. Wchodzi adiutant prowadzący pod strażą księdza Marka.
Branecki szydzi z niego, zarzucając mu, że podburzał ludzi do walki i doprowadził do buntu. Zapowiada ukaranie duchownego.
Ksiądz Marek prosi o opatrzenie ran odniesionych w walce. Przyznaje, że został zraniony przez Moskali. Gdy Branecki pyta, czy nawet święci mogą cierpieć, ksiądz odpowiada, że dla ojczyzny i święci noszą blizny oraz znoszą upokorzenia.
Branecki rozkazuje wychłostać księdza Marka. Żołnierze ustawiają się przy nim.
Zanim kara zostaje wykonana, Ksiądz Marek zwraca się do Judyty. Każe jej uklęknąć i zamiast ją potępić, udziela jej przebaczenia. Ksiądz widzi płonący kościół, zniszczenie miasta, cierpienie narodu i męczeństwo Polaków. Jednocześnie jest przekonany, że te cierpienia mają głębszy sens i prowadzą do odrodzenia duchowego. Na końcu zwraca się ponownie do Judyty. Oświadcza, że wszystkie jej winy zostały odpuszczone. Zapowiada, że stanie się kiedyś prorokinią swojego ludu i będzie świadkiem pojednania oraz nadziei. Następnie oddaje się w ręce strażników.
Judyta jest poruszona przebaczeniem. Ostrzega Rosjan, że skrzywdzenie księdza Marka sprowadzi na nich nieszczęście. W furii zrywa więzy i grozi zemstą. Moskale zaczynają nazywać ją czarownicą.
Po chwili Ksiądz Marek wraca, a za nim idą dwaj kaci. Wyjaśnia, że gdy miał zostać wychłostany, kaci zamiast bić jego zaczęli bić się nawzajem. Teraz są zakrwawieni i nie mogą przestać walczyć. Prosi, aby ich rozdzielono.
Kreczetnikow rozkazuje przerwać bójkę katów i odesłać ich do szpitala. Mówi, że ksiądz Marek jest czarownikiem, który może wywołać bunt nawet w armii rosyjskiej. Dziwi się, że rosyjscy duchowni nie potrafią dokonywać podobnych cudów.
Branecki proponuje, aby razem z księdzem Markiem wysłać także Judytę.
Ksiądz Marek odpowiada, że żadne plany wrogów nie zmienią jego losu. Zapowiada, że odda życie za ojczyznę i wiarę, a jego grób stanie się symbolem dla przyszłych pokoleń. Twierdzi, że pozostanie związany z tym miejscem nawet po śmierci.
Kreczetnikow rozkazuje przygotować kibitkę do wywiezienia więźnia.
Na koniec Ksiądz Marek mówi, aby uważał, kogo wyśle razem z nim, ponieważ droga jest niebezpieczna i często splamiona krwią ludzi, którzy wystąpili przeciw Bogu.
AKT III
Kosakowski pojawia się ubrany jak pracownik szpitala. Opisuje epidemię panującą w Barze po zdobyciu miasta przez Moskali. Szpitale są pełne, widzi stosy trupów i powszechny strach. Dzięki swojemu przebraniu może swobodnie poruszać się po mieście, nie budząc niczyich podejrzeń. Oskarża samego siebie o sprowadzenie nieszczęścia na Bar. Przyznaje, że zdradził sprawę konfederatów i przyczynił się do klęski księdza Marka. Wspomina duchownego prowadzącego do walki biednych ludzi uzbrojonych w kosy i siekiery. Postanawia, że spróbuje uratować księdza Marka albo sam zginie. Pragnie odnaleźć Judytę i zatrzymać ją przy sobie.
Na scenę wchodzi Judyta. Oznajmia, że po otrzymaniu przebaczenia od księdza Marka przyjęła sakramenty i nowe imię – Salomea.
Kosakowski pyta o los księdza Marka. Judyta odpowiada, że duchowny żyje, a kat, który miał go chłostać, sam poniósł śmierć. Ponoć wywieźli księdza z Baru na Sybir kibitką. Podczas podróży konie poniosły, towarzyszący księdzu żołnierze zginęli, a woźnica zbladł ze strachu. Ksiądz Marek ocalał i siedział na wozie, otoczony blaskiem, jak święty.
Kosakowski prosi Judytę o pomoc w uwolnieniu księdza Marka.
Judyta odpowiada, że sama to zrobi. Oznajmia, że zamierza podpalić szpitale. Chce wywołać zamieszanie, aby chorzy wyszli na ulice i domagali się uwolnienia księdza Marka.
Kosakowski jest przerażony tym pomysłem i próbuje ją od niego odwieść. Judyta jednak podkreśla, że kieruje nią zemsta i przypomina, że jest Żydówką, a nie Polką.
Kosakowski jest gotów się z nią ożenić. Judyta przypomina o śmierci ojca, ale bohater nie widzi w tym przeszkody. Kosakowski opowiada sen, w którym widział Judytę prowadzoną na śmierć. Zapewnia, że uratowałby ją z każdego niebezpieczeństwa. Judyta pyta, czy potrafiłby ocalić ją także przed zarazą i losem. Następnie stwierdza, że między nimi istnieje przepaść: dzieli ich pochodzenie, sytuacja życiowa i przeznaczenie. Żegna się z nim, dodając, że będzie modlić się o jego szczęście. Po tych słowach odchodzi.
Kosakowski zostaje sam, przyznając, że jest pełen bólu i zamętu. W tym momencie na scenę wchodzi Bojwił przebrany za chłopa.
Kosakowski i Bojwił dowiadują się o zbliżającym się oddziale konfederatów. Mają nadzieję, że uda im się jeszcze odkupić wcześniejsze błędy i odzyskać utraconą sławę. Obaj odchodzą.
Akcja przenosi się do namiotu rosyjskiego dowództwa. Kreczetnikow planuje wymarsz wojsk z zarażonego Baru. Przyznaje, że epidemia szerzy się w armii i uważa ją za karę za prześladowanie księdza Marka.
Branecki kpi z tych obaw, lecz Kreczetnikow zauważa, że nawet rosyjscy żołnierze zaczynają darzyć księdza Marka szacunkiem. Wspomina też o niepokojących wiadomościach otrzymanych z Rosji, ale nie chce ujawniać szczegółów.
Gdy Branecki żartobliwie pyta o śmierć carycy, Kreczetnikow wpada w gniew, grozi mu i przypomina, że Rosjanie są gospodarzami w zdobytym mieście. Między dowódcami dochodzi do kłótni.
Po odejściu Braneckiego Kreczetnikow każe wyrzucić francuszczyznę z miasta. Dowiaduje się, że zaraza codziennie zabija stu żołnierzy, a oddziały Puławskiego przechwytują rosyjskie transporty z zaopatrzeniem.
Kreczetnikow cieszy się, że udało się stłumić konfederację barską, ponieważ w przeciwnym razie mogłaby zagrozić także samej Rosji.
Wkrótce adiutant melduje, że pod Bar zbliża się oddział konfederatów. Rosjanom brakuje jednak amunicji. Kreczetnikow nakazuje oddać kilka pozorowanych strzałów, a następnie rozpocząć rozmowy z przeciwnikiem.
Przybywa konno Kazimierz Puławski, a za nim idzie pieszo przebrany Kosakowski.
Puławski od razu ironicznie zwraca się do Kreczetnikowa. Dziękuje mu za oddanie kilku pustych strzałów, sugerując, że Rosjanom zabrakło amunicji. Puławski oświadcza, że konfederaci przybyli po księdza Marka. Kreczetnikow odmawia, nazywając go buntownikiem.
W odpowiedzi Puławski ujawnia, że konfederaci pojmali rosyjskiego woźnicę wraz z końmi, zdobyto także wóz z pieniędzmi rosyjskiego generała, w rękach konfederatów znajduje się również żona Kreczetnikowa wraz z eskortą.
Zaniepokojony Kreczetnikow pyta o los żony i ludzi, którzy jej towarzyszyli. Puławski odpowiada, że wszyscy znajdują się pod opieką konfederatów.
Kreczetnikow domyśla się, że rozmawia z samym Kazimierzem Puławskim. Proponuje rozmowę przy poczęstunku.
Puławski ponownie pyta o księdza Marka. Kreczetnikow odpowiada, że duchowny sprawił mu wiele kłopotów i jest gotów go oddać. W tym momencie zza sceny słychać nagły hałas i zamieszanie, a do namiotu wpada adiutant.
Adiutant opowiada o katastrofie w mieście. Informuje, że ktoś podpalił szpitale, wśród chorych i żołnierzy wybuchł bunt, ponieważ rozeszła się plotka, że Kreczetnikow kazał spalić zarażonych żywcem. Próby opanowania sytuacji zakończyły się niepowodzeniem. Jeden z rosyjskich sierżantów został przez tłum zabity i rozszarpany. Adiutant podkreśla, że po raz pierwszy widział ludzi zachowujących się jak dzikie zwierzęta.
W centrum zamieszek pojawiła się cudotwornica (Judyta). W oczach przesądnych żołnierzy wyglądała jak wiedźma. Adiutant opowiada, że Judyta została dosięgnięta przez płomienie i upadła, nie udało się już powstrzymać tłumu. Rozwścieczeni ludzie ruszyli do więziennych lochów po księdza Marka. Na jego widok padali na kolana, pokazując rany i błagając o ratunek przed zarazą.
Słysząc te wieści, Kreczetnikow wpada w rozpacz. Uznaje, że sytuacja jest beznadziejna i obawia się zarówno buntu, jak i Puławskiego. Prosi jedynie, by jego żonie i dzieciom nic się nie stało.
W tym momencie Puławski odsłania skrzydło namiotu, zza którego widać plac pełen żołnierzy oraz chorych i umierających ludzi. W samym środku tłumu, na prowizorycznym podwyższeniu z łóżek szpitalnych, stoi Ksiądz Marek. Jest ubrany w podarty, zakrwawiony habit i trzyma w ręku krzyż.
Ksiądz Marek przemawia do zgromadzonych chorych, żołnierzy i mieszkańców. Mówi, że Bóg powołuje jednych ludzi do używania siły, a innych do podnoszenia ducha i dawania nadziei. Podkreśla, że człowiek nie powinien zatrzymywać swoich darów tylko dla siebie, lecz służyć nimi innym. Przypomina, że choć jest pobity, chory i bliski śmierci, ludzie wynieśli go na rękach i proszą o ratunek przed zarazą. Prosi Boga o sprawiedliwość. Ostrzega, że gdyby chciał wezwać Boży gniew, wszyscy mogliby zginąć. Modli się o siłę, aby nie ulec rozpaczy. Prosi, by przekazać przyszłym pokoleniom, że do końca bronił sztandaru konfederacji i pozostał wierny ojczyźnie. W ostatnich słowach prosi Boga o uwolnienie miasta od zarazy i oddaje się jego woli.
Puławski widzi, że ksiądz Marek umiera. Otacza go tłum, dotyka jego szat i całuje ręce. Powstaje ogromne poruszenie, a całe zgromadzenie przypomina żałobny obrzęd nad wielkim bohaterem.
Kreczetnikow, poruszony wydarzeniami, chce uszanować zmarłego.
Puławski mówi, że ciało księdza Marka należy już do narodu i jego pamięci. Podkreśla, że jego duch będzie żył w polskich sercach i szablach. Następnie obiecuje zwrócić Kreczetnikowowi żonę i dzieci oraz pozwolić Rosjanom odpocząć po buncie.
Na końcu Puławski pyta o „parobka w smole”, czyli przebranego Kosakowskiego. Dowiaduje się, że odjechał na purpurowym koniu, zabierając ze sobą jakiś łup. Nikt nie jest pewien, czy była to chorągiew, czy ciało człowieka („było jak ogień i ciało”, co niesie skojarzenie z Judytą).
Ostatnie słowa należą do Puławskiego. Stwierdza, że ludzie wokół są wyczerpani chorobą i wszędzie widzą ogień oraz zjawy. On sam natomiast widzi tylko jedną rzecz – cierpiącą ojczyznę, naznaczoną wielką blizną.
