Przejdź na stronę główną Interia.pl
Albert Camus

Streszczenie szczegółowe

I

Narrator rozpoczyna ten rozdział od ogólnego przedstawienia miejsca wydarzeń z 194. roku, które rozegrały się w Oranie - mieście zbudowanym na płaskowzgórzu rozciągającym się na algierskim wybrzeżu. Miasto to (będące siedzibą francuskiej prefektury) z jednej strony cechowało szybkie tempo życia, wywołane między innymi gorącym klimatem, z drugiej zaś monotonia. Wszystko tutaj miało swój określony porządek, którego nic nie było w stanie zakłócić. Mieszkańcy miasta próbowali uniknąć nudy poprzez nabieranie przyzwyczajeń. Przez cały dzień gorliwie pracowali i robili rozmaite interesy, goniąc za pieniądzem, wieczory zaś spędzali w gronie przyjaciół, siedząc w kawiarniach, na balkonach lub przechadzając się. Ze względu na taki styl życia uważali się za nowoczesnych i nie brali pod uwagę możliwości istnienia jakiejś innej rzeczywistości. Główną konsekwencją tego stanu rzeczy była trudność, z jaką przychodziło tym ludziom chorować i umierać. Narrator wspominając o nieprzewidzianych przez nich wypadkach, które ma zamiar opisywać, nie przedstawia się bliżej, ale stwierdza, że był naocznym świadkiem i uczestnikiem przedstawianych wydarzeń, co stawia go niejako w obowiązku występowania w roli kronikarza.

16 kwietnia doktor Bernard wychodząc ze swego gabinetu, natknął się przed drzwiami na zdechłego szczura. O tym niecodziennym fakcie poinformował dozorcę Michela, który w pierwszym momencie nie chciał wierzyć, gdyż twierdził, że szczurów w domu nie ma, a zdechły szczur leżący na widocznym miejscu byłby dodatkowo przejawem niespotykanego nieporządku. W końcu uznał to za dowcip - ktoś musiał przynieść z zewnątrz martwe zwierzę. Jednak wracając wieczorem do mieszkania, doktor ujrzał w półmroku dużego szczura, który szedł niepewnie w jego stronę, a po chwili upadł bez widocznej przyczyny z krwawiącym pyskiem. Bernard udał się do siebie, ale zapomniał o zdarzeniu, gdyż jego myśli zajęte były ciężko chorą od około roku żoną, która następnego dnia miała wyjechać do uzdrowiska w górach.

Następnego ranka Michel powiedział wychodzącemu na codzienny obchód miasta doktorowi o trzech zakrwawionych szczurach, które znalazł niedawno na środku korytarza. Stary dozorca przez chwilę po ich znalezieniu czatował na ewentualnych dowcipnisiów, ale nikogo nie udało mu się przyłapać. Zamierzał jednak niezłomnie polować na kawalarzy. Zaintrygowany lekarz zaczął swój obchód od najuboższej dzielnicy, ponieważ stamtąd później niż z innych rejonów miasta wywożono śmieci. Zaobserwował w walających się po ulicach odpadkach kolejne nieżywe szczury. Stwierdził też, że o martwych zwierzętach wszyscy w tej dzielnicy mówią. Po powrocie do domu zastał żonę gotową już do drogi oraz towarzyszącą jej pielęgniarkę. Odwiózł kobiety na pociąg i umieścił w wagonie sypialnym. Wychodząc z dworca, otarł się o sędziego Othona. Obu mężczyzn minął człowiek niosący skrzynkę pełną martwych szczurów, co doktorowi utkwiło w pamięci. Po południu do Bernarda przybył Rambert - dziennikarz, który przeprowadzał dla paryskiego dziennika ankietę na temat warunków życia Arabów. Zapytał o warunki sanitarne, w jakich żyją, ale Bernard nie udzielił mu odpowiedzi, gdyż okazało się, że dziennikarz nie będzie mógł prawdopodobnie napisać całej prawdy, a doktor nie znosił niesprawiedliwości i kłamstwa. O siedemnastej, wychodząc na kolejny obchód pacjentów, doktor natknął się na Jeana Tarrou, który przyglądał się konwulsjom przedśmiertnym kolejnego szczura. Tarrou uważał to nagłe pojawienie się zdychających masowo gryzoni za ciekawe, gdyż dotąd nic podobnego nie miało miejsca. Wracając, doktor spotkał ponownie dozorcę, który czuł się nieco nieswojo, ale przyczyny tego stanu doszukiwał się w troskach wywołanych przez zdechłe szczury. Stary Michel dowiedział się już też o znajdowaniu martwych gryzoni w sąsiednich budynkach.

18 kwietnia rano Bernard przywiózł ze stacji swą matkę, która przyjechała, aby zająć się domem pod nieobecność chorej małżonki doktora. Poważnie już zaniepokojonemu doktorowi obecność matki dodała otuchy, zaraz też zadzwonił do dyrektora miejskiej służby odszczurzania, aby służba zajęła się martwymi gryzoniami.

Każdego dnia ilość znajdowanych martwych szczurów rosła. W końcu zaczęły one wychodzić i zdychać masowo. Wszyscy mieszkańcy miasta byli tym niezwykle zdziwieni. Z czasem jednak zdziwienie zaczął zastępować lęk, ponieważ tajemnicze zjawisko o nieznanej przyczynie wyglądało groźnie. 28 kwietnia agencja Infdok przekazała przez radio informację o tym, że zebrano 8000 szczurów. W mieście zaczęła się szerzyć panika, którą jednak następnego dnia uspokoiło doniesienie agencji o nagłym ustaniu zjawiska. Jednak tego dnia w południe doktor spotkał przed domem starego Michela, który szedł niepewnym krokiem, podtrzymywany przez ojca Paneloux. Okazało się, że wyszedł na spacer, ale zawrócił z powodu silnego bólu szyi oraz okolicy pach i pachwin. Po południu doktor został wezwany telefonicznie przez Josepha Granda do jego sąsiada Cottarda, który usiłował się powiesić. Grand na szczęście był w pobliżu i w porę odciął samobójcę. Doktor nie stwierdził poważniejszych uszkodzeń u przytomnego już mężczyzny, który błagał, aby lekarz nie składał obowiązkowego meldunku na komisariacie. Po wyjściu Bernard oznajmił jednak Grandowi, że meldunek musi złożyć, ale poprosi komisarza o zwłokę w przeprowadzeniu dochodzenia. Po powrocie do domu lekarz odwiedził Michela, który właśnie wymiotował żółcią i krwią. Poza tym miał wysoką temperaturę, nabrzmiałe i stwardniałe gruczoły szyi oraz kończyny, a także poczerniałe usta i czarne plamy na ciele. Cierpiał z powodu silnego bólu głowy i brzucha. Dręczyło go też pragnienie. Zalecając dietę i środek oczyszczający krew, doktor zakończył wizytę. Richard, znajomy doktora, ceniony lekarz, stwierdził wystąpienie dwóch podobnych przypadków. Wieczorem dozorca miał 40-stopniową gorączkę i majaczył. Następnego ranka gorączka spadła nieco, ale w południe powróciła wraz z innymi objawami. Doktor zdecydował o konieczności przewiezienia chorego do szpitala. W karetce Michel zmarł.

Znów głos zabiera narrator we własnym imieniu, przytaczając przez chwilę treść notatek Jeana Tarrou. Jean był przybyszem spoza miasta, który pojawił się kilka tygodni wcześniej. Był człowiekiem zamożnym i przybył do Oranu w poszukiwaniu spokoju wewnętrznego. Jego jedyną rozrywką i przyzwyczajeniem były spotkania z licznie zamieszkującymi w mieście hiszpańskimi muzykami i tancerzami. Jego notatki były związane ze zdarzeniami mniej ważnymi - zajmował się on drugorzędnymi dla całej historii szczegółami. Pomiędzy swymi wrażeniami dotyczącymi miasta i jego mieszkańców przytacza m.in. opis postaci i dziwnego zachowania pewnego staruszka, który - stojąc na balkonie znajdującym się naprzeciw okna Tarrou - darł na strzępy kartkę papieru i rzucał na dół. Spadające strzępy przyciągały uwagę wylegujących się w cieniu kotów, które wychodziły na środek ulicy, zbliżając się do balkonu. W tym momencie staruszek pluł na zwierzęta, kwitując każde trafienie śmiechem. Podczas zdarzeń ze szczurami koty przestały się pojawiać, co staruszka zaniepokoiło i jakby zbiło z tropu. Tarrou wspomina też o momencie, kiedy usłyszał od dyrektora hotelu o pierwszych przypadkach zachorowań. Dziwna choroba zaczyna od tej chwili coraz bardziej interesować Jeana, co przejawia się większą częstotliwością wzmiankowania o niej. Tarrou zanotował, iż wraz ze zniknięciem szczurów pojawiły się na nowo koty i staruszek powrócił do swego przyzwyczajenia. W tym samym miejscu Jean wspomina też z obojętnością o 12 - w większości śmiertelnych - przypadkach tajemniczej gorączki. Tarrou opisuje też doktora Bernarda: jest to mężczyzna wyglądający na 35 lat, średniego wzrostu, o mocnych ramionach i kwadratowym zarysie twarzy, ciemnych oczach, dużym i regularnym nosie oraz pełnych wargach. Choć roztargniony jako kierowca, Bernard „wygląda na człowieka zorientowanego w sytuacji”.

Następuje tu powrót do przerwanej opowieści. Po odizolowaniu ciała Michela, Bernard dowiaduje się od Richarda o dwóch przypadkach śmierci spowodowanej gorączką. Przez kolejnych kilka dni podobne wieści uzyskał też od innych lekarzy. Podejrzewając, że może to być epidemia choroby zakaźnej, zwrócił się z prośbą do Richarda, aby wszystkich nowych chorych izolować. Jednak Richard stwierdził, że nie jest upoważniony do podejmowania takich działań i obiecał jedynie porozmawiać z prefektem. W kilka dni później Bernard asystował przy rozmowie komisarza policji z Cottardem. Niedoszły samobójca obawiał się przesłuchania, jednak uspokojony obecnością doktora i jego obietnicami, że nie pozwoli, aby choremu stała się jakaś krzywda, zgodził się na rozmowę, w której jednak - mimo nalegań komisarza - nie podał powodów, dla których targnął się na życie. Inny sąsiad Granda miał wieczorem gorączkę i majaczył, a obok typowych objawów dziwnej choroby pojawiły się u niego również ropiejące wrzody. Bernard po powrocie do domu próbował ściągnąć ze składu produktów farmaceutycznych odpowiednie leki, ale nic nie załatwił. Ponieważ wrzody takie pojawiały się też u innych pacjentów, lekarz doszedł do wniosku, że należy je przecinać, wypuszczając z nich papkę zmieszaną z krwią. Gazety nic nie wspominały o chorobie, co jeden z lekarzy, Castel, starszy kolega Bernarda, skomentował jako obawę przed wzbudzeniem paniki. Sam znał tę chorobę z Chin, w których przebywał przez pewien czas, oraz z samego Paryża. Właśnie Castel w rozmowie z Bernardem po raz pierwszy nazywa dziwną chorobę po imieniu - dżuma, stwierdzając jednocześnie, że prasa i władze nie tylko obawiają się szerzenia niepokoju przedwczesnymi - zdawałoby się - opiniami, ale równocześnie są przekonane, że dżuma jako epidemia nie jest już zagrożeniem, gdyż postęp nauki i rozwój cywilizacyjny wykreślił ją z listy czyhających na miasta i państwa niebezpieczeństw.

Znów pojawia się komentarz narratora, dotyczący przemyśleń i przeżyć doktora Rieux związanych z zaistniałą sytuacją. Tak jak inni mieszkańcy miasta nie dopuszczał do swej świadomości możliwości wybuchu zarazy, gdyż uważał po części epidemie za kataklizm właściwy bardziej starożytności czy też średniowieczu. Zaraza w dwudziestym wieku wydawała mu się czymś nierealnym. Pomimo więc, iż zetknął się już przecież z nazbyt wieloma przypadkami, aby wątpić w urzeczywistnienie tej katastrofalnej wizji, świadomość tego przenikała do jego umysłu dość opornie. Przypomniał sobie historię trzydziestu wielkich epidemii dżumy, które zabrały w ciągu wieków około 100 000 000 ludzi. Próbował uzmysłowić sobie ogrom tej liczby, jednak nie był w stanie. Aura wiosennego dnia, którą dostrzegał przez okno, również zdawała się przeczyć tym pesymistycznym rozważaniom - spokój i cisza ciepłego, słonecznego dnia odbiegała nazbyt od rozgrywającej się w zaciszach domów tragedii. Doktor wyrywa się jednak w końcu z kręgu obaw przed nadchodzącą niewiadomą, a prawdopodobnie straszną rzeczywistością i powraca do normalnego, racjonalnego rozumowania, zdając sobie sprawę, że „najważniejsze to dobrze wykonywać swój zawód”.

Jego rozmyślania przerywa przybycie Josepha Granda, który przyniósł doktorowi kopię sporządzanego przez siebie wykazu zgonów. Liczby mówią, że choroba zabrała 11 osób w ciągu ostatnich 48 godzin. Wraz z Grandem przyszedł też Cottard. Doktor wybierał się do laboratorium, dlatego wyszli razem, jednak tuż po zapadnięciu zmierzchu Grand pożegnał towarzyszy i udał się do domu, aby zająć się swą pracą, którą zajmował się - jak mówił - od lat, a o której nie powiedział nic konkretnego. Po rozstaniu z Cottardem doktor zastanawiał się, jakiej to pracy może się poświęcać z taką gorliwością ten wrażliwy, grzeczny, spokojny i - mimo nie najlepszych warunków finansowych - zadowolony z życia urzędnik. Rozważając całą dostępną wiedzę o tym człowieku, doktor doszedł do wniosku, że Joseph pisze prawdopodobnie książkę, gdyż jego marzeniem było zawsze nauczyć się precyzyjnie wyrażać własne myśli i uczucia. Mając świadomość, że w mieście tym żyje skromny urzędnik, który poświęca się „czcigodnej manii”, nie mógł sobie wyobrazić, jak człowiek taki mógłby funkcjonować z tym swoim przyzwyczajeniem w mieście, w którym szalałaby zaraza. Z tego powodu, choć wiedział, że taka myśl jest nieracjonalna, dowodził sobie samemu, że dżuma nie może zapanować w tym mieście.

Następnego dnia Bernardowi udało się doprowadzić do tego, że w prefekturze utworzono komisję sanitarną, która miała rozważyć kwestię zagrożenia i podjąć odpowiednie kroki zapobiegawcze. W skład komisji wchodzili lekarze, którzy w większości obawiali się - wraz z prefektem - wzniecania niepokoju i rozszerzenia paniki przedwczesnymi - ich zdaniem - i nie do końca uzasadnionymi groźbami. Tylko Castel podzielał w pełni opinię Bernarda i nie obawiał się wypowiedzieć słowa „dżuma” w powiązaniu z niepokojącą chorobą. Głównym oponentem Bernarda był Richard, który poddawał w wątpliwość takie rozpoznanie. Jego zarzuty Rieux zbijał za pomocą rzeczowych argumentów, z których koronnym była groźba śmierci mogącej - w przypadku nie podjęcia odpowiednich działań zapobiegawczych - zabrać w ciągu dwóch miesięcy połowę mieszkańców miasta. Po długich sporach zniechęceni lekarze opowiadający się za stanowiskiem Richarda, zgodzili się jednak w końcu uznać istnienie niebezpieczeństwa rozszerzenia się epidemii zakaźnej choroby, co równało się podjęciu przez prefekta miasta odpowiednich środków.

Następnego dnia zrobiono wszystko, aby nie niepokoić zbytnio opinii publicznej - „w najskromniejszych zakątkach miasta” rozwieszono afisze z informacją o pojawieniu się kilku przypadków złośliwej gorączki, co do której nie ma pewności, że nie jest zaraźliwa. Należy zatem zachować jak największą czystość, zgłaszać przypadki zachorowań lekarzom i nie przeciwstawiać się izolowaniu chorych w specjalnych oddziałach szpitala, w których zapewnione im będą odpowiednie warunki leczenia. Należy też poddać dezynfekcji pomieszczenia, w których leżeli chorzy, zaś ich rodziny miały pozostawać pod kontrolą lekarzy. Te nazbyt ostrożne sformułowania irytowały Bernarda tym bardziej, że chwilę po ich przeczytaniu dowiedział się od Granda o 12 przypadkach śmiertelnych, które miały miejsce ubiegłej doby. Od Josepha dowiedział się również o tym, że Cottard po samobójczym zamachu bardzo się zmienił - niegdyś był zamknięty w sobie i stronił od ludzi, teraz potrafił cierpliwie wysłuchiwać nawet pewnej sprzedawczyni ze sklepu tytoniowego, która była powszechnie uważana za „jędzę”. Z podobnych sytuacji, ale i z faktu, iż Cottard nie zawsze zachowywał się tak poprawnie, Joseph wysnuł wniosek, że człowiek ten ma sobie coś do zarzucenia i stara się pozyskać dla siebie ludzi. Doktor Bernard sądził jednak, że nieco nienaturalne zachowanie tego człowieka jest wywołane raczej obawą przed chorobą.

Nazajutrz Bernard cały dzień spędził na wizytach u chorych i rozmowach z ich rodzinami. Jednym z podstawowych problemów była narastająca niechęć do oddawania chorych do szpitala. Wzbraniali się przed tym zwłaszcza najubożsi, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z warunków, jakie panowały na wydzielonym dla zakażonych oddziale, a nie były one dobre. Doktor miał też do pokonania inne problemy. Zamówiona już dość dawno szczepionka nie nadchodziła, zaś Richard, do którego telefonował z napomnieniem, że są potrzebne bardziej radykalne, niż zostały podjęte, środki - takie jak np. nadzór nad pogrzebami, znów odparł, że nie może nic więcej zrobić. Castel doszedł do wniosku, że po wyginięciu szczurów zarazę bardzo szybko roznoszą w dalszym ciągu pchły. Słoneczna i upalna pogoda również sprzyjała rozwojowi epidemii. Po kilku dniach - zgodnie z przewidywaniami Bernarda - liczba zgonów zastraszająco wzrosła. Telefon do prefektury wywołał wreszcie reakcję - zaniepokojony rozwojem zdarzeń prefekt zamierzał zwrócić się o pomoc do Urzędu Generalnego Gubernatora. Kolejnego dnia zmarło 40 osób. Prefekt obiecał zaostrzyć podjęte środki: dezynfekcja i zamknięcie mieszkań, w których przebywali chorzy, obowiązek kwarantanny dla ich rodzin oraz odpowiedni nadzór nad pogrzebami. Tydzień później przywieziono samolotem szczepionkę, która jednak mogła wystarczyć zaledwie dla tych, którzy w tej chwili podlegali leczeniu.

W mieście jednak życie płynęło, jakby nic strasznego się nie wydarzyło. Przez pewien czas wydawało się, że epidemia ustępuje - notowano już po 12 zgonów dziennie. Jednak pewnego dnia liczba ta doszła znów do 30. Prefekt nakazał w końcu ogłosić oficjalnie epidemię dżumy i zamknąć miasto.

II

Zgodnie z zarządzeniem prefekta zamknięto bramy i nikogo nie wypuszczano z miasta ani do niego nie wpuszczano. Przerwano też połączenia komunikacyjne ze światem zewnętrznym. Jedyny kontakt z krewnymi i przyjaciółmi, którzy wcześniej wyjechali, był możliwy przez pewien czas listownie, choć już wkrótce potem zabroniono wysyłania listów, aby zaraza nie mogła się rozprzestrzeniać. Ograniczono też do nagłych przypadków korzystanie z połączeń telefonicznych, gdyż mieszkańcy miasta pragnący kontaktu z najbliższymi doprowadzali do przeciążenia sieci międzymiastowej. Pozostał jedynie telegraf, przez który każdy mógł przesłać informację złożoną z maksimum 10 słów. Ograniczenie swobody mieszkańców do poruszania się w obrębie samego miasta, ograniczyło również aktywność orańczyków, co było przyczyną poczucia wygnania. Udrękę sprawiała także niepewność co do tego, jak długo taki stan będzie trwać. Czas ten - bliżej nieokreślony - był przecież zarazem czasem bolesnej rozłąki z bliskimi. W tej atmosferze wszyscy szybko zrozumieli, że każdy stoi samotnie w obliczu śmierci, gdyż każda próba podzielenia się z kimś swymi uczuciami była odbierana jako wyraz konwencjonalnych i płytkich emocji. Jednak wśród tej masy zamkniętych w sobie jednostek znaleźli się ludzie otwarci na innych i ich cierpienia. Byli to ci, którzy przybyli do miasta przed wybuchem epidemii, dżuma zaś odcięła ich od ich najbliższych. Ci właśnie prawdziwi wygnańcy w wyniku miłości, która kierowała ich myśli poza zamknięte bramy, potrafili zdobyć się w obliczu niebezpieczeństwa na zimną krew i nie ulegali panice.

Po zamknięciu bram oraz portu zamarł handel, gdyż przestały przychodzić transporty kolejowe i morskie. Mieszkańcy miasta jakby nie zdawali sobie sprawy z zagrażającego ich życiu niebezpieczeństwa i zaczynali okazywać rozdrażnienie wywołane sytuacją, która godziła w ich interesy. Wnosili też protesty do prefekta przeciwko „braku elastyczności” powziętych środków, który to „brak elastyczności” przejawiał się w kategorycznym zakazie opuszczania miasta i przybywania do niego. By uświadomić skalę zagrożenia, prefekt zaczął publikować regularne komunikaty o liczbie zmarłych, jednak nie odniosło to oczekiwanego efektu, gdyż ludzie mieszkający w tym 200-tysięcznym mieście nie wiedzieli, ile osób dziennie umierało wcześniej - przed wybuchem epidemii. W piątym tygodniu doniesiono o 321 zmarłych, zaś w szóstym - o 345. Wzrost ten spowodował wzrost niepokoju, ale nadal wielu uważało, że jest to tylko stan przejściowy, który szybko się zmieni na lepsze.

Pod koniec miesiąca wprowadzono ograniczenia w rozdziale żywności i benzyny. Do Oranu przybywały już tylko niezbędne produkty. Przed wieloma sklepami pojawiały się kolejki. Mieszkańcy zaczęli masowo uczęszczać do kin i kawiarni. Rozpowszechniło się przekonanie o skuteczności alkoholu jako środka mogącego zapobiec zarażeniu, co spowodowało duży wzrost jego spożycia. Ogólnie jednak mieszkańcy miasta żyli podobnym do dawnego stylem. W dwa dni po zamknięciu bram doktor Bernard spotkał Granda, który opowiedział mu historię swego życia. Wcześnie ożenił się z dziewczyną z sąsiedztwa. Aby zapewnić sobie utrzymanie, przerwał studia i osiadł na jakiejś posadzie. Jednak z czasem - bardzo dużo pracując - stawał się coraz bardziej przemęczony, co nie pozostało bez wpływu na życie rodzinne. Stan finansowy małżeństwa też nie ulegał w wyniku jego wysiłków poprawie. Po kilku latach jego żona - zmęczona szarą monotonią i trudami tego pożycia - odeszła. Grand zdawał sobie sprawę, że popełnił błąd, zaniedbując się w okazywaniu małżonce swych uczuć i chciał to naprawić. Te wspomnienia trzymały go jakby nieco z dala od zarazy i reszty otaczającej go rzeczywistości.

W trzy tygodnie po zamknięciu bram Bernard spotkał Ramberta, który prosił go o wystawienie zaświadczenia, że nie jest zarażony. Dziennikarzowi wydawało się, że zaświadczenie to umożliwiłoby mu wydostanie się z miasta i powrót do ukochanej kobiety. Doktor jednak odmówił wystawienia takiego świadectwa, nie chcąc brać odpowiedzialności za możliwość rozprzestrzeniania się dżumy poza granice miasta. Rambert stwierdził wówczas, że doktor najwyraźniej nie rozumie uczuć dwojga kochających się ludzi, którzy są zmuszeni pozostawać w przymusowym odosobnieniu.

Jednak Bernard - choć rozumiał punkt widzenia dziennikarza i jemu podobnych - zdawał sobie sprawę z tego, że możliwe jest jedynie konsekwentne działanie i pewnego rodzaju odporność na okropne nieraz sceny, których był świadkiem, szczególnie w momentach, gdy przychodził po chorych, aby zabrać ich do szpitala. Rodziny zadżumionych przeczuwały, że po rozstaniu z chorymi najprawdopodobniej nie zobaczą ich już więcej, dlatego też bardzo często zarażonych musiano zabierać nawet przy użyciu siły - z pomocą policji i żołnierzy. Wiedząc, iż litość męczy, kiedy jest bezużyteczna, doktor nie bronił się przed litością i po pewnym czasie rzeczywiście uodpornił się na rozliczne emocje powiązane z sytuacjami, z którymi codziennie się stykał. To uodpornienie było mu jednak pomocne w jak najlepszym wykonywaniu zawodu lekarza, czyli niesieniu pomocy potrzebującym. Z tego powodu ten pozornie negatywny proces w rzeczywistości miał raczej pozytywne efekty.

Pod koniec pierwszego miesiąca dżumy odbył się tydzień modlitw, zakończony uroczystą mszą do świętego Rocha. Podczas tej mszy płomienne kazanie wygłosił ojciec Paneloux. Miał liczne audytorium, gdyż w niedzielny poranek zwykle oblężona była plaża, jednak obecnie zakazane zostały morskie kąpiele i wielu amatorów pływania znalazło się w świątyni. Większość mieszkańców nie czuła jeszcze realnego zagrożenia ze strony choroby, ale - choć orańczycy nie byli przesadnie religijni - uważała, że modlitwa nie może zaszkodzić. Kazanie, którego nastrój wspierała szalejąca za oknami kościoła ulewa, wywarło bardzo duże wrażenie na słuchaczach. Ojciec Paneloux twierdził, że dżuma jest karą za grzechy, których dopuścili się mieszkańcy miasta, a szczególnie za grzech zaniedbania w modlitwie. Kaznodzieja nakreślił przed słuchaczami wizję Boga, który - daremnie oczekując swych wyznawców w świątyni - nie zaspokojony ich zdawkowymi modłami i niedzielnymi wizytami, zesłał zarazę jako napomnienie i wezwanie do opamiętania.

Kiedy wrażenie wywołane słowami kaznodziei minęło, jedynie niektórzy mieszkańcy miasta zachowali przekonanie o uwięzieniu w tym mieście z powodu jakiejś nie znanej im zbrodni, którą popełnili. Świadomość tego uwięzienia, które mogło zagrażać życiu zaczęła się szerzyć - pojawił się wszechobecny strach, odczuwany przede wszystkim w ogólnie panującej atmosferze. Pewnego wieczoru doktor Bernard spotkał Granda, który zwierzył mu się ze swych starań związanych z powstającą właśnie powieścią. Urzędnik pragnął, by jego dzieło olśniło wydawcę i wkładał bardzo wiele wysiłku w pracę, aby osiągnąć oczekiwany efekt. Grand zaprosił nawet doktora do siebie i przeczytał mu fragment utworu o przejażdżce konnej pewnej damy. Stwierdził też, że dopiero wówczas będzie zadowolony, kiedy np. zdanie należące do tego fragmentu będzie posiadało rytm konnego kłusu. Wychodząc od urzędnika, doktor spostrzegł dwóch mężczyzn, którzy zmierzali w stronę bram miasta z zamiarem zmylenia czujności stojących tam straży i ucieczki. Był to jeden z przejawów utraty zdrowego rozsądku, spowodowanej poczuciem beznadziejnego uwięzienia.

Rambert należał do grupy osób, która starała się uniknąć szkodliwego wpływu narastającej paniki. On również jednak próbował wydostać się z miasta, ale wybrał przede wszystkim drogę formalną. Chodził po wszelkich możliwych urzędach argumentując, że jako obcy w mieście powinien uzyskać zgodę na powrót do domu i rodziny. Jednak urzędnicy obawiali się zrobić jakikolwiek wyjątek od reguły, gdyż w mieście znajdowało się przecież więcej przybyszów, którzy również pragnęliby jak najszybciej wyjechać. Zmęczonemu chodzeniem po urzędach dziennikarzowi zaświtała nadzieja na spełnienie marzenia o wyjeździe, gdy z prefektury otrzymał ankietę związaną z jego danymi personalnymi i życiorysem. Jednak kiedy odnalazł urząd, z którego ankieta pochodziła, dowiedział się, że dane te są potrzebne na wypadek, gdyby zachorował na dżumę i zmarł. Chodziło o poinformowanie rodziny i ewentualny zwrot przez rodzinę kosztów jego leczenia. Po tym zdarzeniu Rambert popadł w stan odrętwienia - błąkał się samotnie po kawiarniach i restauracjach szukając w gazetach informacji o zbliżającym się końcu epidemii. Pewnego dnia o zmierzchu doktor Bernard zauważył dziennikarza siedzącego w jednej z kawiarni i od razu odgadł przyczynę jego samotności - Ramberta ogarniała w tym momencie rozpacz. Widok ten był dodatkowym bodźcem dla lekarza, który stwierdził, że trzeba jak najszybciej zwalczyć chorobę, aby dopomóc tym wszystkim daremnie oczekującym uwolnienia. Rambert dużo czasu spędzał też w poczekalniach na opustoszałym dworcu kolejowym, dążąc w marzeniach do swej ukochanej kobiety.

Pod koniec czerwca, niedługo po pamiętnym kazaniu, nadeszła fala upałów, które sprzyjały rozprzestrzenianiu się choroby. Ludzie zdawali sobie z tego sprawę. W mieście ciągle narastało niezadowolenie. Patrole żandarmerii były zmuszone prawie siłą rozpędzać tłumy gromadzące się przed zamkniętymi bramami. Z notatek Tarrou wynikało, że w tym czasie gazety, podając liczbę zmarłych, mówiły już o około stu na dzień. Obserwując też ludzi, był świadkiem tragedii, którą przeżył mieszkający naprzeciw niego staruszek, kiedy specjalny patrol żandarmerii zastrzelił większość gromadzących się w pobliżu kotów (były obok psów nosicielami zarazy). W notatkach Tarrou znalazło się też miejsce poświęcone pewnemu 75-letniemu, choremu na astmę mężczyźnie, który był pacjentem doktora Bernarda. Staruszek, kramarz z zawodu, kiedy doszedł do pięćdziesiątki przerwał swą pracę i położył się do łóżka, choć jego stan tego nie wymagał. Nie znosił widoku zegarów, więc przez cały ten okres odmierzał sobie czas pomiędzy posiłkami, przekładając po jednym ziarenku groch z jednego garnka do drugiego. Tarrou stwierdził, że jeżeli „świętość jest zespołem przyzwyczajeń”, to staruszek jest święty. Pomimo trudności z zaopatrzeniem miasta w papier powstał nowy dziennik - „Kurier Epidemii”, w którym oprócz informacji o zarazie było miejsce dla wypowiedzi wszystkich tych, którzy pragnęli dodać odwagi współmieszkańcom. Tarrou opisuje również powszedni dzień miasta. O godzinie szóstej ustawiają się kolejki po gazety, następnie przeładowane tramwaje przewożą masy ludzi z miejsca na miejsce. Niedługo potem otwierane są pierwsze lokale i sklepy, w których brakuje już wielu produktów. Około jedenastej na głównych ulicach pojawia się wielka liczba spacerujących młodych mężczyzn i kobiet. W południe ludzie zapełniają restauracje, co pozwala im uniknąć nieco problemów związanych ze zdobyciem żywności. Jednak każdy z gości przed posiłkiem wyciera dokładnie naczynia i sztućce z obawy przed zarażeniem. Około godziny drugiej miasto pustoszeje.

Pewnego wieczoru do doktora Bernarda przyszedł Tarrou z planem zorganizowania ochotniczej grupy sanitariuszy, którzy pomagaliby lekarzom oraz zakładom pogrzebowym. Gość wyraził swe niezadowolenie z powodu małej energii wkładanej przez prefekturę miasta w przeciwdziałanie epidemii. Zapytany o to, czemu walczy z chorobą, jeśli nie wierzy w Boga, doktor odpowiedział, że gdyby wierzył, wówczas pozostawiłby Bogu troskę o chorych i przestał się nimi zajmować. Bernard przyznał się też do świadomości, iż jego zwycięstwa nad chorobą są jedynie tymczasowe, ale nie jest to wystarczającym powodem, aby porzucić starania o chorych. Obaj mężczyźni pojechali później wspólnie z wizytą do starego astmatyka.

Następnego dnia Tarrou zebrał pierwszą grupę sanitariuszy-ochotników i przystąpił z nimi do pracy. Narrator wyraża w tym miejscu opinię, że właściwie trudno tu mówić o bohaterstwie, gdyż ich postępowanie więcej miało wspólnego ze świadomością sytuacji i elementarną logiką - jedyną kwestią było dla nich uświadomienie sobie, że wokół rzeczywiście szaleje dżuma, oraz odpowiedź na pytanie czy należy z zarazą walczyć, czy też nie. Liczna grupa mieszkańców, którzy uświadomili sobie tragiczną rzeczywistość uważała, że wszelka walka jest bezcelowa. Jednak Tarrou i jego towarzysze uważali, że tak nie jest. Do aktywnie walczących z epidemią zaliczał się też doktor Castel, który cały swój wysiłek włożył w przygotowanie surowicy przeciwko dżumie, ponieważ dostawy z zewnątrz zaspokajały zapotrzebowanie w stopniu minimalnym. Wśród sanitariuszy-ochotników znalazł się Grand, który - ze względu na swój wiek oraz pracę w urzędzie i w domu - mógł w ciągu dnia poświęcić tej pracy jedynie czas pomiędzy godziną 18.00 a 20.00. Obok ofiarnego niesienia pomocy innym każdego dnia zmagał się też ze swą książką, co spowodowało roztargnienie podczas pracy w urzędzie. Jego szef - niezadowolony z postawy pracownika - zganił go za zaniedbania, które przypisywał uczestnictwu w pracach drużyn sanitarnych. Grand nie był w stanie przerwać pracy nad książką, mimo iż bolał nad swym roztargnieniem i przyznawał pod tym względem rację swemu przełożonemu. Doktor Bernard i Tarrou byli świadkami jego udręki, a czasem także próbowali pomóc mu odnaleźć właściwe dla wyrażenia jakiejś myśli słowo.

Rambert po wyczerpaniu możliwości oficjalnych, zaczął szukać mniej legalnych dróg opuszczenia miasta. Poszukując informacji i odpowiednich ludzi trafił przypadkiem na Cottarda, który - zajmując się przemytem do miasta towarów objętych ograniczeniami i posiadając odpowiednie znajomości - obiecał pomóc dziennikarzowi. Tego samego popołudnia obaj mężczyźni udali się do dzielnicy de la Marine, gdzie - w małej kawiarence - uzyskali kontakt z Garcią, około trzydziestoletnim, opalonym mężczyzną, noszącym na palcach kilka pierścieni. Garcia wyznaczył Rambertowi spotkanie, które miało się odbyć dwa dni później, o godzinie 11.00 przy Urzędzie Celnym. Kiedy w wyznaczonym dniu Cottard wraz z dziennikarzem udawali się na miejsce spotkania, zostali na moment zatrzymani przez Tarrou i doktora Bernarda, którzy przejeżdżali właśnie tamtędy samochodem. Do grupki rozmawiających dołączył na chwilę sędzia Othon, który stwierdził, że w czasie epidemii zmalała liczba przestępstw pospolitych, ale za to zdarzają się częściej wykroczenia przeciwko nowym zakazom i zarządzeniom. Niedługo potem Rambert dociera z Cottardem pod Urząd Celny, gdzie spotykają Garcię. Ten przedstawia im Raoula, który ustala cenę 10000 franków za pomoc w wydostaniu się z miasta. Rambert zgadza się, zaś Raoul wyznacza mu spotkanie następnego dnia w hiszpańskiej restauracji w dzielnicy de la Marine. Rambert udaje się tam - tym razem już samotnie - i spotyka Raoula oraz Gonzalesa - potężnej postury mężczyznę o końskiej twarzy. Gonzales miał znaleźć „odpowiednich ludzi” i dać dziennikarzowi odpowiedź po kolejnych dwóch dniach. W tym czasie Rambert spotkał się z doktorem Bernardem, którego poinformował o swych poczynaniach. Doktor nie zganił jego starań, a nawet okazał zrozumienie dla jego pragnień. W rozmowie z lekarzem Rambert dowiedział się o dalszym rozszerzaniu się epidemii oraz o przyjeździe dziesięciu lekarzy i stu osób z personelu pomocniczego. Doktor Bernard jednak uważał, że zaraza niedługo rozszerzy się tak bardzo, że ta pomoc okaże się niewystarczająca. W umówiony czwartek dziennikarz udał się o godzinie ósmej rano do katedry, gdzie spotkał Gonzalesa, ale dowiedział się, że ludzi, którzy bezpośrednio mogą mu pomóc w wydostaniu się z miasta będzie mógł spotkać dopiero następnego dnia. W piątek o tej samej porze przy „pomniku poległych Oranu” Gonzales poznał go z dwoma młodymi żołnierzami - Marcelem i Luisem, którzy co pewien czas pełnili wartę przy bramie miasta. Ponieważ za dwa dni rozpoczynali służbę przy bramie zachodniej wraz z dwoma żołnierzami zawodowymi, postanowili ulokować dziennikarza u siebie - niedaleko bramy - aby można było oczekiwać na odpowiedni moment. Następne spotkanie ze strażnikami miało się odbyć za dwa dni w hiszpańskiej restauracji. Nazajutrz Rambert spotkał w hotelu Tarrou, który zaproponował mu spotkanie z doktorem Bernardem. Umówili się na wieczór w barze hotelowym. O godzinie 23.00 Tarrou wraz z doktorem pojawili się w umówionym miejscu. Dziennikarz podzielił się z nimi swoją radością z powodu zbliżającego się wyjazdu. Tarrou wyraził swe rozczarowanie, ponieważ miał nadzieję, że dziennikarz przyłączy się do jednej z drużyn sanitarnych. W niedzielę o godzinie 19.30 Rambert zajął miejsce w restauracji. Czekał tam nadaremnie do 21.00. Następne pół godziny spędził jeszcze w kawiarni znajdującej się naprzeciw restauracji, jednak dwaj żołnierze nie pojawili się. Następnego ranka, zaczynając od nowa swe starania, udał się do doktora Bernarda, gdzie dowiedział się, że Cottard będzie tu nazajutrz wieczorem. Kiedy o oznaczonej godzinie pojawił się u lekarza, zastał tam Cottarda i Tarrou. Cottard umówił się na następny dzień z Rambertem w kawiarence, w której po raz pierwszy spotkali się z Garcią. Tam wyznaczyli spotkanie Garcii, który pojawił się następnego dnia rano. Garcia stwierdził, że być może żołnierze nie mogli opuścić dzielnicy zamkniętej w celu sprawdzenia zameldowania. Dwa dni później Rambert spotkał się ponownie z Gonzalesem, który zaproponował, aby nazajutrz udać się do Marcela i Luisa. Ponieważ ich nie zastali, wyznaczyli im spotkanie następnego dnia na placu du Lycee. Tego samego wieczoru do dziennikarza przyszli doktor Bernard i Tarrou, którzy byli ciekawi szczegółów całej sprawy z wyjazdem. Obaj mężczyźni dowiedzieli się, że Rambert brał udział w wojnie w Hiszpanii „po stronie zwyciężonych”. Z wydarzeń tych dziennikarz wyciągnął wniosek, że człowiek jest zdolny dokonać wielkich czynów, ale nie jest zdolny do wielkiego uczucia, zaś dla niego ważne jest jedynie poświęcenie, życie lub śmierć dla ukochanych osób, zaś inne odmiany bohaterstwa go nie interesują. Dziennikarz zaatakował obu gości, twierdząc, że łatwo im przychodzi poświęcać się dla innych, ponieważ nie mają nic do stracenia. Doktor Rieux wyszedł po tych słowach, ale Tarrou zatrzymał się jeszcze na chwilę, aby poinformować dziennikarza, że żona lekarza znajduje się właśnie w sanatorium o kilkaset kilometrów od Oranu. Dziennikarz został sam na sam ze swym zdumieniem. Następnego dnia zadzwonił do Bernarda i zaproponował swą pomoc do czasu wyjazdu z miasta. Doktor przyjął ofertę.

III

W połowie sierpnia zaraza osiągnęła swój szczyt i przeniosła się z dzielnic biedoty, położonych na obrzeżu miasta, do dzielnic handlowych, leżących bliżej centrum. Władze podjęły zatem decyzję o izolowaniu najbardziej zakażonych dzielnic. Uwięzieni w mieście mieszkańcy podzieleni teraz byli na „mniej” i „bardziej uwięzionych”. Ze wzrostem liczby zachorowań wzrosła też liczba pożarów, gdyż wielu ludzi po stracie bliskich podpalało domy w mniemaniu, iż w ten sposób zniszczą zarazki choroby. Dopiero zagrożenie uwięzieniem, które w zaistniałych warunkach równało się prawie nieuchronnie zarażeniu, powstrzymało podpalaczy. Dżuma szczególnie upodobała sobie zamknięte społeczności, takie jak wojsko, więzienia i oba klasztory. Zmarłych, którzy należeli do służb więziennych, dekorowano początkowo pośmiertnie odznaczeniami wojskowymi, ale prędko tego zaprzestano, gdyż wywołało to oburzenie wśród żołnierzy.

Nastało wielkie rozprzężenie. Nocami częściej zdarzały się ataki przypuszczane od wewnątrz na bramy miasta. Tym razem jednak napaści dopuszczały się uzbrojone grupy mieszkańców. Zwiększyła się liczba rabunków. Władze zadecydowały o wprowadzeniu „stanu oblężenia”, który wiązał się z zaostrzeniem kar przewidzianych za podobne wykroczenia. Jednak rozstrzelanie kilku przyłapanych rabusiów niewiele pomogło, gdyż nie miało znaczenia wobec olbrzymiej liczby zgonów wywołanych samą chorobą. Coraz bardziej komplikowała się też sprawa pogrzebów. Początkowo grzebano pospiesznie i bez zwyczajowych ceremonii, zniesiono też nabożeństwa pogrzebowe, odbywające się w normalnych warunkach w kościele. Zmarłemu najczęściej nie towarzyszyła rodzina, gdyż odbywała kwarantannę. Niezbędne formalności również były załatwiane bardzo szybko, tuż przed pogrzebem. Następnie ładowano ciało na karawan lub do specjalnie w tym celu przystosowanego ambulansu i wywożono na cmentarz, mieszczący się za jedną z bram. Od przybycia na cmentarz do odjazdu zebranych do miasta upływało nie więcej niż 15 minut. Postępowanie takie było podyktowane względami bezpieczeństwa. Po pewnym czasie zaczęło brakować trumien i miejsca na cmentarzu. Zaczęto więc ciała składać do dwóch (jednego dla mężczyzn i jednego dla kobiet), a następnie jednego, wspólnego dołu wypełnionego niegaszonym wapnem. Pracujące przy grzebaniu zmarłych ekipy były bardzo zagrożone niebezpieczeństwem zakażenia i wielu członków tych ekip rzeczywiście zapadało na dżumę, która właściwie we wszystkich przypadkach kończyła się śmiercią. Jednak ochotników do tej pracy nie brakowało, gdyż w mieście zapanowało bezrobocie i związana z nim ściśle nędza, za pracę zaś przy grzebaniu ciał oferowano atrakcyjną zapłatę, uwzględniającą wysoki stopień ryzyka.

Kiedy w sierpniu z powodu wielkiej liczby zachorowań zabrakło miejsca na cmentarzu, zaczęto ciała zmarłych przewozić do krematorium i tam spalać. Piec krematoryjny znajdował się za wschodnimi bramami miasta, więc przesunięto posterunki wojskowe nieco dalej, do krematorium zaś uruchomiono specjalną linię transportową - przystosowano do przewożenia zwłok bezużytecznie stojące tramwaje. Z początku gęsty i duszący dym opadał na dzielnice położone w pobliżu krematorium, ale po licznych protestach ich mieszkańców, którzy nie chcieli słuchać tłumaczenia, że sam dym - jakkolwiek przykry - nie jest niebezpieczny, skierowano go w inną stronę za pomocą skomplikowanego układu przewodów. Wszyscy mieszkańcy cierpieli niezmiennie z powodu rozłąki z najbliższymi pozostającymi poza Oranem, jednak po kilku tygodniach ich wspomnienia wyblakły, a ludzie zobojętnieli. Orańczycy przyzwyczaili się do tego cierpienia, które im spowszedniało i straciło wszelką posiadaną do tej pory wzniosłość. Podobnie płaskie i bezbarwne stawało się też przeżywanie śmierci bliźnich. Każdy pragnął już tylko, aby to wszystko jak najprędzej się skończyło - nawet jeśli oznaczało to śmierć.

IV

Nadszedł wrzesień i deszczowy październik, choroba jednak nie ustępowała. Lekarze i członkowie ekip sanitarnych odczuwali coraz większe znużenie monotonią otaczającej ich śmierci. Doktor Bernard, Rambert, Tarrou i Grand - tak jak wielu innych - nie zwracali już uwagi na statystyki i stracili rachubę zmarłych. Każdy z nich próbował też w jakiś sposób - mniej lub bardziej świadomie - oderwać się od okropnej rzeczywistości. Grand łączył pracę w merostwie z funkcją sekretarza doktora Bernarda oraz pracą nad swą książką. Bernard z kolei coraz częściej wybiegał myślą do swej żony. Pewnego razu zatelegrafował do opiekującego się nią w sanatorium lekarza i otrzymał wiadomość o pogorszeniu jej stanu zdrowia. Tarrou - bardziej odporny od dwóch poprzednich - pozornie poświęcał swą uwagę Cottardowi, jednak interesował się ciągle szczegółami codziennego życia miasta postawionego w niecodziennej sytuacji. Castel doprowadził do końca prace związane z wyhodowaniem nowej szczepionki, którą postanowiono podać jako pierwszemu synkowi sędziego Othona. Doktor Bernard - w wyniku przemęczenia - coraz częściej tracił kontrolę nad swoją wrażliwością, choć wszelkimi sposobami starał się myśleć jedynie o niesieniu pomocy chorym. Nie było to łatwe, gdyż bardzo jasno widział, że jest wobec zarazy i śmierci bezsilny, zaś jego rola sprowadziła się do informowania rodzin zarażonych o tym fakcie i zabrania chorego do szpitala. Jego pojawienie się było niegdyś traktowane jako zbawienne, teraz zaś odbierano je jako wieść o wyroku śmierci na bliską osobę. Rieux i jego przyjaciele ograniczyli też z konieczności wszelkie gesty współczucia, gdyż nie byli już w stanie okazywać tego współczucia każdemu choremu z osobna. Liczba przypadków, z którymi się stykali doprowadziła ich też do zaniedbania podstawowych środków ostrożności i higieny, związanych z wizytami u chorych i dezynfekcją. Na to również nie było po prostu czasu.

Jedynym człowiekiem w mieście, który nie poddał się zniechęceniu i rozpaczy, był Cottard, który trzymał się na uboczu, jednak nie izolował się od innych. Szczególnie przypadł mu do gustu Tarrou, który mimo znużenia wciąż na nowo znajdował energię do działania i życzliwości. Tak więc Cottarda i Tarrou połączyła rozwijająca się przyjaźń. Tarrou obserwował też dokładnie przyjaciela, czego odbicie znalazło się w jego notatkach. Pisał on, że Cottard, nad którym za jakieś dawne grzechy ciążyłoby w normalnej rzeczywistości widmo śledztwa i uwięzienia, należał w tym momencie do jednej wielkiej grupy skazanych oczekujących łaski. To, że sam wyrok odnosił się do innej płaszczyzny - dla niego była to wcześniej sprawa kryminalna, dla wszystkich w tej chwili zaś była to kwestia wyroku w zawieszeniu: zachorowania i śmierci - nie przeszkodziła mu w budowaniu stosunku do innych ludzi pełnego zrozumienia dla ich sytuacji, którą on przeżywał wcześniej. Tarrou razem z Cottardem - w miarę wolnego czasu - odbywali wspólnie spacery po ulicach miasta, obserwując zmianę w obyczajowości mieszkańców. Dostrzegali oni, jak ludzie w obliczu prawie pewnej śmierci zaczynają naprawdę - choć bez przesady - korzystać z życia. Pewnego razu wybrali się do Opery Miejskiej na spektakl „Orfeusz i Eurydyka”. Przedstawienie to było regularnie i niezmiennie grane co piątek od początku zarazy, gdyż odtwarzał je zespół, który został uwięziony w Oranie przez dżumę. Spektakle te stanowiły dla widzów również ucieczkę od rzeczywistości, gdyż każdy przywiązywał tu dużą wagę do stroju, jak gdyby wytworna suknia lub frak były w stanie odpędzić dżumę. Tego wieczoru śpiewak grający Orfeusza w trzecim akcie dobrał moment, w którym rozkraczony i z odsuniętymi od ciała rękami upadł, odgrywając scenę śmierci. Ta pozycja tak charakterystyczna dla chorych na dżumę sprowadziła publiczność do poziomu codziennej rzeczywistości, jednak sielankowa dekoracja oraz nagła zmiana nastroju wywołały piorunujący efekt: wszyscy w milczeniu, ale szybko zaczęli się rozchodzić.

Na początku września Rambert poprosił doktora Bernarda o jeden dzień wolnego, gdyż miał się spotkać z dwoma żołnierzami, którzy mieli mu ułatwić wydostanie się z miasta. Okazało się, że strażnicy obejmą posterunek przy bramie w przyszłym tygodniu, ale padła równocześnie propozycja, aby dziennikarz od razu udał się do ich domu i tam zamieszkał, co zapobiegnie problemom z nawiązaniem kontaktu w odpowiednim czasie. Oczekiwanie przeciągnęło się do dwóch tygodni, podczas których Rambert - choć pracował bez wytchnienia od rana do nocy - nie potrafił przestać myśleć o zbliżającym się wyjeździe. Pewnego dnia doktor powtórzył mu podczas rozmowy słowa Othona, który radził, aby dziennikarz starał się trzymać z dala od podejrzanego środowiska przemytników. W następnym tygodniu Rambert przeniósł się do domu młodych żołnierzy. Tam dużo czasu spędzał samotnie lub na rozmowach ze starą Hiszpanką, matką chłopców, gdyż proszono go, aby starał się jak najrzadziej wychodzić. Stara kobieta pytała go wówczas, czy nie boi się zarazić swej żony, gdy się z nią spotka. Odpowiadał, że rzeczywiście istnieje ryzyko, ale niewielkie. Na pytanie o to, czy żona jest ładna i miła, odpowiadał twierdząco, zaś przecząco na pytanie o to, czy wierzy w Boga. Odpowiedź na te pytania wyjaśniała starszej kobiecie fakt, że jego żona jest dla niego jedyną wartością i dlatego za wszelką cenę próbuje do niej powrócić. We środę dziennikarz dowiedział się, że następnej nocy będzie mógł opuścić miasto. O czwartej po południu Rambert, który zachowywał się tego dnia dość niespokojnie, udał się z wizytą do doktora Bernarda. W jego biurze spotkał Tarrou, który - ze względu na przemęczenie lekarza - starał się odizolować go od zbędnych spotkań i problemów. Jednak dziennikarz postawił na swoim i wspólnie udali się do szpitala, gdzie zastali doktora, który właśnie przecinał jednemu z pacjentów nabrzmiałe wrzody. Rambert, Tarrou i Bernard pojechali wspólnie do domu doktora. W drodze dziennikarz oznajmił, że po przemyśleniu sprawy doszedł do wniosku, iż jednak sprawa zarazy dotyczy również jego, dlatego postanowił pozostać i pomóc przyjaciołom w zmaganiach z dżumą.

Pod koniec października zachorował synek sędziego Othona. Wizyta doktora Bernarda w domu sędziego przebiegała spokojnie, choć matka dziecka - pozornie spokojna - była na progu załamania nerwowego, gdyż potwierdziło się, iż chłopiec zapadł na dżumę. Rodzice jednak bez zbytnich skarg podporządkowali się obowiązującym prawom - zgodzili się bez oporu oddać dziecko do szpitala, sami zaś mieli poddać się kwarantannie, choć było to związane z rozłąką, gdyż w hotelu, służącym za miejsce odosobnienia, znalazło się miejsce jedynie dla matki z córeczką, podczas gdy ojciec miał udać się do obozu odosobnienia, ulokowanego na stadionie miejskim. Doktor zabrał chłopca ze sobą do szpitala, gdzie stwierdził, że stan dziecka jest beznadziejny. Wpadł więc na pomysł, aby zastosować nowe serum (szczepionkę) Castela, co zrobiono jeszcze tego samego wieczora. Ponieważ z działaniem szczepionki wiązano duże nadzieje, wokół łóżka małego pacjenta od czwartej rano czuwali: doktor, Castel i Tarrou, a później dołączyli jeszcze: ojciec Paneloux, Grand oraz Rambert. Wszyscy musieli walczyć ze sobą, aby wytrwać w miejscu, gdzie byli narażeni na oglądanie okropnych cierpień konającego niewinnie dziecka. Chłopiec jęczał i zwijał się z bólu przez kilka godzin, jednak serum tylko przedłużyło jego cierpienia, gdyż dziecko jednak skonało. Oglądanie jego agonii było dla wszystkich zgromadzonych wysiłkiem prawie ponad siły. Doktor Rieux stracił nawet nad sobą panowanie, gdyż miał również w pamięci prośbę matki o uratowanie dziecka i jej ufność w skuteczność działań lekarskich. Pod wpływem tych przeżyć doktor zaatakował słownie ojca Paneloux, wyrzucając mu jego pamiętne słowa o dżumie jako karze za grzechy. Lekarz stwierdził też, że nie jest w stanie kochać świata, w którym „dzieci są torturowane”. Po chwili jednak Bernard opamiętał się, ale - jak stwierdził jezuita - nie dał się przekonać o istnieniu łaski i o tym, że działa dla zbawienia człowieka. Lekarz stwierdził w odpowiedzi, że zarówno on, jak i kapłan wspólnie kroczą drogą znoszenia zła i walki z nim, choć ich nastawienie do zła tak bardzo się różni.

Ojciec Paneloux od początku swej działalności w formacjach sanitarnych bardzo ofiarnie pracował dla dobra chorych. Po śmierci małego Othona zaszła w nim jakaś zmiana. Pewnego razu zaproponował doktorowi, aby przyszedł do kościoła na kazanie, które miało mieć związek z rozprawą przygotowywaną przez jezuitę na temat: „Czy kapłan może radzić się lekarza”. Kościół był tego dnia wypełniony jedynie w trzech czwartych, gdyż od początku panowania dżumy ludzie odeszli w dużej mierze od praktyk religijnych, zaczęli bardzo cenić sobie rozmaite przepowiednie, które wydawcy, czując w tym dobry interes, rozpowszechniali masowo, zaś medaliki i amulety św. Rocha były traktowane jak magiczne talizmany chroniące przed zachorowaniem. To drugie od początku zarazy kazanie ojca Paneloux było wygłoszone w odmiennym od poprzedniego tonie. Przede wszystkim utożsamiał się ze słuchaczami, mówiąc „my” oraz przemawiając łagodniej i z większym zastanowieniem. Motywem głównym kazania było cierpienie niewinnych dzieci w odniesieniu do wiary w Boga i Jego dobroć oraz problemy, które wiążą się z rozumowym podejściem do tego zjawiska. Kapłan uznał owo cierpienie za jedną z tajemnic, która mimo wysiłków nie może zostać przez człowieka zrozumiana, ale równocześnie nie może zostać pominięta w rozważaniach i powinna prowadzić do poszukiwania w nieszczęściach dotykających chrześcijanina „tego, co jest dla niego dobrodziejstwem”. Kaznodzieja stwierdził też, że w czasie trwania zarazy lub jakiegokolwiek innego kataklizmu zaburzającego „normalny” porządek życia i wiary nie wolno ani poniechać działań związanych z wyjściem z ciężkiej czy pozornie beznadziejnej sytuacji, ani też zaniechać środków ostrożności i rozsądnego postępowania. Należy natomiast próbować wręcz po omacku szukać odpowiedniej drogi postępowania i starać się czynić dobro innym ludziom. Niektórzy słuchacze wynieśli z tego kazania wrażenie, że ojciec Paneloux jest bliski herezji. Pewien diakon stwierdził też, że wspominana uprzednio rozprawa jezuity nie uzyska „imprimatur” (aprobaty władz kościelnych na rozpowszechnianie jako myśli zgodnej ze stanowiskiem Kościoła). Kilka dni później Paneloux przeniósł się do domu pewnej „starej i pobożnej pani”. Pewnego rana gospodyni zastała go w łóżku złożonego gorączką i dusznościami. Zaproponowała, że sprowadzi lekarza, jednak on nie wyraził zgody, tłumacząc się swymi zasadami. Tłumaczenie to gospodyni potraktowała jako efekt działania gorączki, ale nie nalegała dłużej. Chorego dręczył też silny kaszel i wrażenie, że w głębi gardła tkwią mu blokujące oddech kawałki waty. W dwa dni później chory uznał, że sprowadzenie lekarza nic mu już nie pomoże, ale zgodził się, aby wezwać doktora Bernarda. W południe został zabrany do szpitala, gdzie Bernard stwierdził, że oprócz obrzęku gardła i duszności, kapłan nie ma innych objawów dżumy. Chory nie życzył sobie niczyjego towarzystwa, poprosił jedynie o krucyfiks (stojący krzyż), który trzymał od tej pory w rękach. Gorączka wzrastała, wzmagał się też kaszel. Następnego dnia rano kapłan już nie żył. Stwierdzono, że jego przypadek jest wątpliwy - nie było wiadomo, czy to rzeczywiście dżuma.

Dzień Wszystkich Świętych obchodzony zawsze uroczyście, tym razem minął jakby nie zauważony - ludzie mieli każdego dnia zbyt wiele okazji do obcowania ze zmarłymi, aby jeszcze dodatkowo świętować ich dzień. Dżuma już nie rozprzestrzeniała się: liczba zmarłych utrzymywała się na stałym poziomie. Miejsce choroby związanej z występowaniem wrzodów zastąpiły przypadki „dżumy płucnej”, której przebieg był podobny do choroby ojca Paneloux - brak wrzodów i szybsza śmierć. Zaraza zabrała też w tym czasie doktora Richarda, który zatrzymanie się choroby przypisywał optymistycznie działaniu serum uzyskanego przez Castela. Na szpitale przeznaczono już wszystkie budynki użyteczności publicznej, oprócz samego merostwa. Na jeden z obozów przeznaczonych dla odbywających kwarantannę przeznaczono też miejski stadion, którego wysokie mury izolowały skutecznie mieszkające w rozbitych na jego płycie namiotach rodziny zadżumionych. W pewne niedzielne popołudnie na stadion ten wybrali się Tarrou i Rambert, którym towarzyszył Gonzales - piłkarz, bardzo tęskniący do swego zajęcia i z powodu bezczynności godzący się objąć zarząd nad tym właśnie obozem. Wśród odbywających kwarantannę panowało poczucie nieznośnej rozłąki z krewnymi i znajomymi, połączone z nie mniej nieznośną świadomością, że bliscy zagłębieni w troski codziennego życia nie są w stanie o nich ciągle pamiętać i w gruncie rzeczy zapominają o odosobnionych. Podczas pobytu na stadionie spotkali się oni z Othonem, którego upewnili w przekonaniu, że jego syn Filip nie cierpiał wiele przed śmiercią. Sędzia - który wciąż był elegancko ubrany, jednak nie dbał już o siebie tak jak dawniej - prosił też, aby przekazali jego podziękowania doktorowi Bernardowi.

W mieście wzmagały się niepokoje i rozmaite zamieszki. Pewnego wieczoru Rieux i Tarrou odwiedzili starego astmatyka, który również mówił wiele o zamieszkach i przewidywał, że dojdzie do wybuchu wśród niezadowolonych, którzy rekrutowali się spośród najuboższych mieszkańców miasta. Niezadowolenie to miało swe korzenie w niewystarczającym zaopatrzeniu najuboższych w żywność. Po rozmowie ze starcem obaj mężczyźni wyszli na taras, znajdujący się na dachu domu. Tam Tarrou opowiedział historię swego życia i wyjaśnił motywy swego postępowania. Był synem zastępcy prokuratora generalnego. Jego ojciec był poczciwym i nie wyrastającym zbytnio ponad przeciętność - mimo zajmowanego wysokiego stanowiska - człowiekiem. Miał jedną pasję - kolejowy rozkład jazdy Chaixa, w którym znajdowały się informacje o kursowaniu pociągów w całej Europie. Rozkładu tego uczył się na pamięć i często z pamięci podawał zachwyconemu synowi szczegóły dotyczące rozmaitych tras oraz czasu przejazdu pociągów między poszczególnymi stacjami. Pewnego razu chłopiec został zaproszony przez ojca na jedną z rozpraw sądowych. Na ławie oskarżonych siedział wówczas bardzo niespokojny, niewysoki, rudy, trzydziestoletni mężczyzna, któremu groziła kara śmierci. Starszy Tarrou w roli prokuratora okazał się być całkiem innym niż w życiu rodzinnym człowiekiem. Walczył o karę śmierci dla winowajcy i osiągnął swój cel. Później jeszcze - zgodnie z przepisami - poszedł też na egzekucję. Od dnia rozprawy młody Tarrou zaczął nienawidzić sądów, wyroków śmierci i egzekucji. Egzekucje odbywały się wcześnie rano, więc ojciec udając się na nie, wstawał wcześniej niż zwykle. Kiedy pewnego razu - w rok później - pożyczył od syna budzik i rankiem wyszedł, po powrocie nie zastał już syna w domu. Chciał, aby syn powrócił, ale młody Tarrou zagroził, że jeśli zostanie do tego zmuszony, popełni samobójstwo. Po śmierci ojca zabrał żyjącą jeszcze matkę do siebie. Po jej śmierci zajął się polityką i zaczął zwalczać między innymi karę śmierci, którą uznawał za morderstwo. Przez jakiś czas jednak wierzył też w hasła, iż w dążeniu do powstania „lepszego” świata trzeba kilka osób uśmiercić. Kolejnym przełomem była egzekucja, którą oglądał na Węgrzech. W odległości 1,5 metra od skazańca stał pluton egzekucyjny, zaś kule wymierzone w serce wyrwały w piersi zabitego wielką dziurę. Od tej pory młody Tarrou uważał, że nie wolno przyznawać komukolwiek prawa do wydawania wyroku śmierci w imię jakichkolwiek wyższych racji, stan zaś taki uznał za swoistą dżumę, której podlegają w mniejszym lub większym stopniu wszyscy członkowie europejskiego (i chyba nie tylko) społeczeństwa. Doszedł też do wniosku, że należy odrzucić każde postępowanie, które prowadzi do odebrania komuś życia lub w sposób bezpośredni je odbiera. Wszyscy ludzie dzielą się według niego na trzy kategorie: zarażonych, ofiary i lekarzy. Tych ostatnich, którzy walczą ze śmiercią, jest bardzo mało. Tarrou zaś postanowił zawsze stawać po stronie ofiar i w ten sposób dążyć do wejścia do trzeciej kategorii, której osiągnięcie według niego było równoznaczne z osiągnięciem spokoju. Uważał też, że jedyną drogą do osiągnięcia spokoju jest „sympatia”. Po tej rozmowie obaj mężczyźni udali się na plażę, na którą mogli wejść jedynie dzięki odpowiednim przepustkom i długo pływali w ciepłym i cichym morzu - między innymi dla oderwania się od rzeczywistości i dla odprężenia potrzebnego dla normalnego funkcjonowania i pracy w tych trudnych warunkach.

Dżumy nie powstrzymało nadejście chłodów, które trwały przez cały grudzień. Pod koniec miesiąca doktor Bernard otrzymał list od sędziego Othona, który zawiadamiał, że z powodu pomyłki administracji jest nadal przetrzymywany w obozie, chociaż jego żona została już wypuszczona. Składała ona protest w prefekturze, jednak nie odpowiedziano niego to pozytywnie. Na polecenie Rieux Rambert zajął się sprawą i sędzia spotkał się kilka dni później z doktorem Bernardem. Zaskoczył go prośbą o powrót do obozu, tym razem jednak w charakterze pomagającego tam ochotnika. Lekarz umożliwił mu spełnienie tej prośby. Boże Narodzenie tego roku różniło się nastrojem od poprzednich - mieszkańcy byli smutni i ponurzy, zaś z powodu trudności w zaopatrzeniu na jakiekolwiek przyjemności związane ze świętami stać było tylko najbogatszych, którzy byli w stanie zapłacić za nie złotem. Dzień wcześniej Grand nie stawił się o umówionej godzinie, więc następnego ranka przyjaciele rozpoczęli poszukiwania. Po południu doktor Bernard odnalazł go stojącego przed ciemną wystawą sklepową. Stary mężczyzna płakał. Doktor wiedział, że wspomina on w tej chwili jedne z minionych świąt i moment swych zaręczyn z Jeanne. Doktor chciał zabrać przyjaciela do domu, ten jednak wyrwał mu się i zaczął uciekać, jednak po chwili upadł na ziemię. Został zabrany do domu, gdzie lekarz stwierdził dżumę płucną. Zdecydowali z Tarrou nie przewozić chorego do szpitala i pielęgnować go na miejscu. Kilka godzin później Grand poprosił doktora o odczytanie tekstu z pięćdziesięciu stron jego rękopisu. Okazało się, że jest to jedno jedyne zdanie powtarzane w najrozmaitszych wersjach. Na ostatniej stronie widniał świeży napis: „Moja droga Jeanne, dziś jest Boże Narodzenie...”. Chory rozkazał doktorowi spalić rękopis. Po zrobieniu zastrzyku Rieux poinformował Tarrou, że chory nie przetrzyma tej nocy, jednak ku ich zdumieniu następnego dnia gorączka ustąpiła i już nie powróciła. W tym czasie przywieziono też do szpitala chorą dziewczynę, u której wystąpiła podobna reakcja. W ciągu tygodnia przypadki wyzdrowienia zdarzyły się jeszcze czterokrotnie. Pod koniec tygodnia stary astmatyk zawiadomił doktora o pojawieniu się nie widzianych w mieście od kwietnia szczurów. Zaraza zaczęła ustępować.

V

Od tego momentu zaraza cofała się coraz wyraźniej. Jednak początkowo mieszkańcy miasta nie dawali się zbytnio ponieść radości, która - jak się obawiali - mogła okazać się przedwczesna. W miarę upływu czasu coraz więcej zarażonych osób odzyskiwało zdrowie. Dżuma ustępowała nieregularnie - zdarzały się jeszcze okresy, kiedy umierało po kilka osób więcej niż zwykle, ale były to już jej ostatnie porywy. Przez cały styczeń panowała też wśród mieszkańców miasta jeszcze zmienna atmosfera - z nadziei i radosnego podniecenia zmieniała się w stany depresji. Zdarzały się też jeszcze przypadki ucieczki z miasta, w większości udane. Uciekali ci, z których dżuma wykorzeniła całkowicie nadzieję. Życie powoli powracało do normy. Na nowo zorganizowały się klasztory, powrócili też do koszar rozproszeni żołnierze. 25 stycznia prefektura po naradzie z komisją lekarską uznała, iż epidemia uległa zahamowaniu. Ogłoszono też ostrożnie, że o ile zaraza nie powróci w ciągu dwóch tygodni, bramy miasta zostaną otwarte. Był to dzień powszechnej radości, choć nie wszyscy się cieszyli. Były to rodziny, które jeszcze odbywały kwarantannę oraz ci, którzy oczekiwali na wiadomości o stanie zdrowia bliskich przebywających właśnie w szpitalu. Do nielicznych pechowców, którzy zmarli w tym okresie powracającej nadziei zbliżającego się wyzwolenia, należał sędzia Othon.

Jeden tylko człowiek podążał pod prąd ogólnego nurtu uczuć i nadziei. Był nim Cottard. Powrót miasta do normalnego życia napawał go lękiem, gdyż na nowo zaczął się obawiać aresztowania. Wywołało to wyraźną zmianę w jego zachowaniu - z domu wychodził bardzo rzadko i tylko ukradkiem, pod wieczór, przestał prawie spotykać się z ludźmi. Podczas wizyt u doktora Bernarda wciąż dopytywał się o możliwy rozwój wypadków związanych z epidemią i jakby podsycał w sobie nadzieję na powrót dżumy. Kiedy pewnego dnia Tarrou odprowadzał Cottarda do domu, na ich spotkanie wyszło dwóch mężczyzn, którzy zapytali o Cottarda. Ten usłyszawszy to, odwrócił się nagle i uciekł. Zaskoczeni nieco funkcjonariusze udali się spokojnym krokiem za nim.

Dwa dni później Tarrou zachorował. Doktor Bernard doszedł wraz ze swą matką do wniosku, że będą się opiekować chorym w domu. Miał on objawy obu odmian dżumy - dręczyły go zarówno wrzody, jak i ciężki kaszel z krwawymi wymiotami. Przez dwa dni każdą wolną chwilę Rieux i jego matka poświęcali na czuwanie przy chorym. Lekarz odczuwał teraz wyjątkową bezsilność wobec postępującej choroby. Mimo zastosowania wszelkich możliwych środków, jego przyjaciel zmarł. Matka zaproponowała Bernardowi wyjazd w góry, do sanatorium, aby tam odpoczął, a przy okazji spotkał się z chorą żoną. Jednak następnego ranka Bernard otrzymał telegram z wiadomością, iż jego żona zmarła przed ośmioma dniami. Wiadomość tę przyjął ze spokojem i rezygnacją. Pewnego lutowego poranka otwarto bramy miasta. Życie powróciło do normy - na nowo pojawiły się pociągi i statki. Zorganizowano dla uczczenia tego zdarzenia wiele zabaw. Zakochani, którym do tej pory czas rozłąki niezmiernie się dłużył, pragnęli nagle, aby zwolnił swój bieg dla wynagrodzenia im chwil samotności. Rambert, oczekując niecierpliwie na stacji na przyjazd żony, zdawał sobie zarazem sprawę, że dżuma odmieniła go, że nie jest już tym samym co niegdyś człowiekiem. Zaraza wycisnęła na jego życiu niezatarte piętno. Wszyscy inni mieszkańcy Oranu mniej lub bardziej świadomie przeżywali tę chwilę podobnie, choć moment powitania bliskich zagłuszył w nich takie myśli. Tego samego popołudnia doktor Bernard szedł pogrążony w rozmyślaniach poprzez napełnione rozradowanymi parami ulice. Zastanawiał się nad sensem rozłąki, która była przez tak długi czas udziałem tych ludzi. Doszedł do wniosku, że sens ten nie jest ważny, ważna za to jest „odpowiedź na nadzieję ludzi”. Odpowiedź tę znaleźli ci wszyscy, którzy oczekiwali na czułość ze strony drugiego człowieka, czegoś, czego osiągnięcie mogło zależeć od nich samych. Ci wszyscy zaś, którzy - podobnie jak Tarrou - szukali czegoś więcej, czegoś ponad człowiekiem, nie zostali zaspokojeni.

W tym miejscu narrator przedstawia się jako doktor Bernard Rieux, któremu zależało na „tonie obiektywnego świadka”. Pragnął też opisywać uczucia i przeżycia wszystkich członków dotkniętej zarazą społeczności. Jednak stwierdza, że był człowiek, w imieniu którego nie mógł się wypowiadać - to Cottard. Idąc tego samego popołudnia w kierunku domu Granda, został zatrzymany przez kordon policjantów, którzy poinformowali go, że jakiś szaleniec strzela do tłumów. Chwilę później pojawił się też w tym miejscu Grand, który ze wzburzeniem spostrzegł, że strzały padają z okna Cottarda. W jakiś czas potem przybył samochód z ekipą specjalną. Strzały z karabinu maszynowego odegnały szaleńca od okna, sześciu policjantów zaś wbiegło w bramę domu. Wywleczono stamtąd siłą małego człowieczka, w którym Grand rozpoznał swego sąsiada. Niedługo potem urzędnik pożegnał lekarza stwierdzając, że jest zadowolony, ponieważ napisał do Jeanne, ze zdania zaś, nad którym tak usilnie pracował usunął wszystkie przymiotniki. Rieux udał się do swego starego pacjenta - astmatyka, który słysząc o śmierci Tarrou stwierdził, że - jak to w życiu bywa - odchodzą najlepsi. Wyraził też przekonanie, że ludzie „zawsze są tacy sami”. Patrząc z tarasu na niebo rozpostarte nad miastem doktor Bernard wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z radującego się miasta i rozmyślał o bliskich, których stracił i zapomnieniu, w które się oni pogrążyli. W tym momencie postanowił napisać opowiadanie, które stanowiłoby kronikę i zawierało doświadczenie wyniesione z czasu panowania zarazy: w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę. Słysząc okrzyki radości zdawał sobie też doskonale sprawę z tego, o czym nie pamiętali ci wszyscy wyrażający swą nieopisaną radość - że radość ta zawsze jest zagrożona, gdyż bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika i pewnego dnia może się na nowo uaktywnić nawet po wielu latach, atakując nie spodziewających się niczego ludzi.

Potrzebujesz pomocy?

Współczesność (Język polski)

Teksty dostarczyło Wydawnictwo GREG. © Copyright by Wydawnictwo GREG

autorzy opracowań: B. Wojnar, B. Włodarczyk, A. Sabak, D. Stopka, A. Szóstak, D. Pietrzyk, A. Popławska
redaktorzy: Agnieszka Nawrot, Anna Grzesik
korektorzy: Ludmiła Piątkowska, Paweł Habat

Zgodnie z regulaminem serwisu www.bryk.pl, rozpowszechnianie niniejszego materiału w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, utrwalanie lub kopiowanie materiału w celu rozpowszechnienia w szczególności zamieszczanie na innym serwerze, przekazywanie drogą elektroniczną i wykorzystywanie materiału w inny sposób niż dla celów własnej edukacji bez zgody autora podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.