Zapewne nie tylko w literaturze możemy odnaleźć dogłębny zapis tego, kim byli ludzie w danej epoce, jakie mieli marzenia i nadzieje, czego się bali, do czego dążyli i przed czym uciekali, ale tylko w niej rzeczywistość jest "skondensowana" do tego stopnia, iż stanowi dla nas gotowy materiał do rozważania na temat naszego własnego życia, do tego czym jest historia, los, powikłane relacje międzyludzkie wreszcie kim właściwie my sami jesteśmy. Oczywiście, literatura dwudziestowieczna nie jest tu wyjątkiem, wręcz przeciwnie, przez bliskość naszym czasom stanowi doskonałe zwierciadło, w którym możemy się przejrzeć.

Do jednych z najgłośniejszych dokonań literackich dwudziestolecia międzywojennego należy bez wątpienia powieść Stefana Żeromskiego zatytułowana "Przedwiośnie". Autor przedstawia w niej dzieje młodego człowieka, Cezarego Baryki, który wychował się w Baku, stolicy Azerbejdżanu, gdzie jego ojciec był urzędnikiem carskiej administracji. Okres jego dojrzewania przypada akurat na czas, gdy w Rosji dokonywał się wielki przewrót społeczno - ustrojowy nazwany później Rewolucją Październikową. Cezary z początku zafascynowany tym, co wokół się niego dzieje, wkrótce odkrył, że rewolta ma dwa oblicza: z jednej strony jest prowadzona w imię słusznych spraw, z drugiej zaś prowadzi wręcz do niewyobrażalnego rozlewu krwi i ludzkiego cierpienia. To był jedno z pierwszych i najważniejszych wydarzeń w życiu naszego bohatera. Drugie zaś stanowiła opowieść jego ojca o Polsce, ojczyźnie, której Cezary nigdy nie widział, a mającej być rajem na ziemi, krainą "szklanych domów". Niejako drugą strona tego doświadczenia było rozczarowanie młodego człowieka, gdy na własne oczy zobaczył ową "ziemie obiecaną". Nędza i kompletna ruina gospodarcza. Nasz bohater jednak dłużej się nad tym nie zastanawiał, gdyż porwał go wir wydarzeń historycznych oraz towarzyskich. Jeśli chodzi o te pierwsze, to wziął udział we wojnie polsko - bolszewickiej, jeśli zaś drugie, to po zakończeniu działań wojennych udał się do majątku swego frontowego przyjaciela Hipolita Wielosławskiego, który znajdował się w Nawłoci. Mógł tu zakosztować życia wyższych sfer, które było pozbawione wszelkich troski materialnych, ale równocześnie dość jałowe, którego monotonie przerywały tylko ekscesy erotyczne. Równocześnie we Chłodku, ubogiej wsi, mógł się przekonać, że ziemiaństwo to wcale nie reprezentatywna dla polskiego społeczeństwa grupa społeczna, że we wolnej Polsce chleb nie jest czymś oczywistym, że ludzie są wykorzystywani i upadlani wręcz w niewyobrażalny sposób. Nic zatem dziwnego, że nasz bohater po powrocie do Warszawy na swe studia medyczne chętnie wysłuchiwał tyrad komunisty Szymona Gajowca, ani to że stanął na czele manifestacji robotników zmierzających pod Belweder.

Żeromski przedstawił w powyżej omówionej książce niepokoje, które nurtowały ówczesnych ludzi: nierówności klasowych, takiego a nie inne kształtu odrodzonego państwa Polskiego, które nie potrafiło zapewnić swym obywatelom choćby elementarnej opieki, strachu przed rewolucją…

Nieco inaczej rzecz przedstawia się w powieści Zofii Nałkowskiej zatytułowanej "Granica". Autorka przedstawiła w niej kilka znakomitych portretów psychologicznych ludzi uwikłanych w niełatwa rzeczywistość społeczną i ekonomiczną dwudziestolecia międzywojennego oraz skomplikowane relacje międzyludzkie.

Jej głównym bohaterem jest Zenon Ziembiewicz. Jego rodzina należała do mocno zdeklasowanej szlachty. Jego ojciec był zarządcą majątków bogatszych odeń przedstawicieli tej grupy społecznej. Rodzina Ziemkiewiczów niczym specjalnym nie wyróżniała się od wielu jej podobnych: matka pozowała na głęboką i subtelną osobowość, ojciec wdawał się w romanse ze służącymi, zaś syn marzył o lepszym jutrze dla wszystkich ludzi na ziemi i bardzo krytycznie odnosił się do tego, co zastawał w domu. Zenon widzi jak świat, w którym przyszło mu żyć jest niesprawiedliwie urządzony, jak inni czerpią zyski z pracy innych i jaka pogardę zamiast wdzięczności im okazują.

Nałkowska pisząc swa powieść oparła się na torii, że to przede wszystkim otoczenie, w jakim człowiek wyrasta warunkuje to, kim on się później staje. Zenon zamierza być kimś zupełnie innym od swego ojca, kimś, komu na sercu leży dobro ogółu, a nie tylko jego własny partykularny interes, kimś, kto nie będzie stwarzał fałszywych pozorów, że żyje w cnocie, zgodnie z przykazaniami dekalogu, z tej prostej przyczyny, że właśnie tak będzie prowadził swą egzystencję. Pierwszym ostrzeżeniem, że może być inaczej powinien być dla niego romans, który nawiązał z prostą, wiejską dziewczyną, Justyną Bogutówną. Potrafił on jednak jakoś się z tego usprawiedliwić przed sobą - ot, letnia miłość, zdarza się. Mijały lata - Zenon skończył studia, został redaktorem w gazecie, ożenił się z Elżbietą Biecką. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, nie licząc dwóch wydarzeń: po pierwsze, nasz bohater związał się z pewnymi wysoko postawionymi i uposażonymi ludźmi, po drugie zaś, ponownie wziął sobie Justynę na kochankę. Wkrótce nasz bohater został wybrany na prezydenta miasta, w którym mieszkał. W tym mniej więcej czasie dwie wspomniane w poprzednim zdaniu sprawy okazały się być brzemienne w skutki. W przenośni i dosłownie. Znajomi oczekiwali wdzięczności, a Justyna spodziewała się dziecka. Zenon okazał wdzięczność, nie raz i nie dwa, natomiast dziewczynie kazał zrobić skrobankę. Losy Zenona są przykładem na to, jak człowiek może zdegenerować się moralnie w przeciągu swego życia i jak nawyki wyniesione z domu wpływają na nas mimo tego, że jesteśmy obdarzeni wolna wolą.

Nałkowska w swej powieści pokazała niepokoje ówczesnych ludzi, które wiązały się przed wszystkim problematyką dziedziczenia psychicznego oraz wpływem środowiska na to, kim się stajemy.

Problemem nurtującym Witolda Gombrowicza, a który przedstawił w swej powieści zatytułowanej "Ferdydurke", była kwestia tego, kim naprawdę jest człowiek, gdy już odrzuci wszystkie formy, które go określają czy to społeczne, czy to obyczajowe. Odpowiedź udzielona przez autora nie napawała optymizmem: nie ma człowieka, istnieją wyłącznie formy. Jej bohater przekonuje się o tym na własnej skórze.

Józio to mężczyzna, który przekroczył już próg trzydziestu lat, a wciąż nie było wiadomo kim on właściwie jest, co szczególnie denerwowało jego ciotki. Nic zatem dziwnego, że pewnego dnia w domu naszego bohatera pojawił się profesor Pimko, który postanowił go zaprowadzić do szkoły, aby tam nasz bohater stał się w końcu kimś, nabrał jakiejś formy. Dalszą akcje utworu stanowią przygody Józia w owej wszechnicy, następnie w domu pensjonarki, w końcu zaś majaku szlacheckim. W każdym z tych miejsc nasz bohater przechodzi swoistą indoktrynację, mająca na celu przyprawienie mu jakiejś gęby, formy. Szkole jest upupiany: może być chłopakiem lub chłopięciem, w domu pensjonarki poznaje rodzinę, w której panują stosunki na wskroś nowoczesne i wymaga się, aby nasz bohater do nich dostosował, w dworku szlachecki zaś zapoznaje się z formami bytowania rodziny ziemiańskiej oraz miłością Miętusa do prostego "pachołka". Zmęczony już tym wszystkim nasz bohater ucieka przed tymi wszystkimi, którzy chcą wtrącić go w jakąś formę, ale z przerażeniem konstatuje, że nie ma przed nią ucieczki.

Gombrowicz w swej powieści wyraża obawy ludzi, którzy nie chcą być zdegradowani do roli, jaką im przypisało społeczeństwo, tradycja, czy też obyczaj, a jednocześnie sugeruje, że nie potrafimy bez tych naszych "gąb" żyć, że wcześnie czy później one nas dopadną. Jedynym wyjściem jest tu wieczna niedorosłość, której rozkosze były udziałem Józia nim do drzwi jego mieszkania zapukał Pimko.

Na podstawie przytoczonych przykładów możemy stwierdzić, że pisarzy, którzy tworzyli w okresie dwudziestolecia międzywojennego, interesowały przede wszystkim zależności jednostki od ogółu bez względu na to, jakie by one nie były (ekonomiczne, rodzinne, psychiczne). Oczywiści to nie wszystko, co można powiedzieć o tej epoce literackiej, wszakże trudno takie nazwiska jak choćby - Stanisław Witkiewicz ("Szewcy"), Bolesław Leśmian, Julian Tuwim, Władysław Broniewski, Bruno Schulz, Julian Przyboś, Tadeusz Peiper - umieścić w jednej szufladzie, charakteryzując przy tym ich twórczość jednym zdaniem. Jedno jest jednak pewne żadnemu czytelnikowi, który zechce się zapoznać z prozą, liryką czy dramatem, powstałymi w tamtych latach, nie zabraknie podniet do snucia własnych rozważań na temat - kim jest człowiek?, skąd pochodzi?, do czego zmierza?, i zapewne wielu, wielu innych. Może on także tutaj znaleźć siłę do walki z wszelkimi formami zniewolenia, jakie czyhają na człowieka podczas jego egzystencji na tym świecie, a jeśli nie siłę, to przynajmniej znak, że w tym co go spotyka nie jest osamotniony i że inni również stykają się z tego typu problemami.

Z czasów wojny i okupacji pochodzi wiele przerażających świadectw tego, co ludzie mogą uczynić innym ludziom, a równocześnie tego, co mogą dla nich zrobić zupełnie bezinteresownie, z czystego odruchu serca. Chyba jeszcze nigdy w dziejach literatury nie zostało utrwalone na jej kartach świadectwo tak potwornego czasu, w którym zrealizował się niemalże każdy senny koszmar, każda obawa i niepokój, ludzkości. Chciałbym się temu przyjrzeć poprzez pryzmat trzech dzieł, mianowicie: "Medaliony" Zofii Nałkowskiej, "Opowiadania obozowe" Tadeusza Borowskiego, "Inny świat" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

"Medaliony" to zbiór kilkunastu relacji więźniów obozów koncentracyjnych zebranych przez Zofie Nałkowską. Na ich podstawie można się przekonać do jakiego okrucieństwa i bestialstwa byli w stanie posunąć się faszyści. Więźniowie byli bici, poniżani, ich racje żywnościowe nie były w stanie choć połowicznie zaspokoić ich głodu, za każdy niemal wykroczenie groziła śmierć i to nie szybka, od kuli, ale wielodniowa męczarnia w bunkrze, gdzie skazaniec przebywał bez jedzenia i picia, aż skonał. Na więźniach przeprowadzano również zwyrodniałe eksperymenty medyczne, które zwykle kończyły się dla wybranego do tego celu nieszczęśnika zgonem w wielkich męczarniach. Najgorszą jednak rzeczą, którą naziści uczynili ludziom za drutami, było zniszczenie ich człowieczeństwa, np. z opowiadania "Dno" dowiadujemy się, że w lagrach nie rzadkie były przypadki ludożerstwa.

Innym rodzajem zła, jakie wyrządzono tym ludziom, było przyzwyczajenie ich do niego. Tak na przykład jeden z asystentów doktora Spannera przywykł do tego, że używa mydła zrobionego z tłuszczu ludzkiego. Oczywiście, na początku trochę się wzdrygał, ale po pewnym czasie stało się mu to obojętne. Zresztą bardzo dobrze się pieniło. Innym tego typu przykładem znieczulenia na zło było wydarzeni, jakie rozegrało się przed bramą obozu po wyzwoleniu. Gromadka dzieci bawiła się tam w palenie Żydów. Takie ich było potoczne doświadczenie rzeczywistości za drutami kolczastymi.

Jednakże przykłady upodlenia człowieka przeplatają się w tej książce z przykładami jego zaprawdę "nieludzkiego" wręcz heroizmu. Jednym z nich są koleje życia Dwojry Zielonej, kobiety, która będąc katowaną, głodzoną i poddawaną nieustannej presji psychicznej znalazła w sobie siłę, aby to wszystko przetrwać. Płynęła ona z nadziei, że będzie mogła kiedyś stanąć przed ludźmi i opowiedzieć im o tym, co ją spotkało. Podobnie Michał P., więzień, Żyd, człowiek, którego rodzina została zamordowana przez nazistowskich siepaczy, on także znalazł w sobie dość siły, aby się nie załamać, aby nie dać się zezwierzęcić, aby wreszcie podjąć ryzyko ucieczki. Udała się, a Michał. P. mógł opowiedzieć swoją historię. Jeszcze inny przykład heroizmu i nie poddawania się straszliwej logice sytuacji dały więźniarki, które przywieziono z Grecji - po prostu, zaczęły one śpiewać hymn narodowy.

To w tych ludziach i ich czynach przetrwało człowieczeństwo w tych nieludzkich czasach.

Tadeusz Borowski w swym cyklu opowiadań "Pożegnanie z Marią" dał z kolei wyraz swym własnym doświadczeniom obozowym, jakkolwiek ich głównego bohatera, który zresztą również nosi imię Tadeusz, nie należy do końca utożsamiać z autorem. Nazywa on siebie człowiekiem "lagrowanym", czyli takim, który pojął prawa rządzące rzeczywistością poza drutami. Po pierwsze, należy wyzbyć się wszelkich odruchów człowieka cywilizowanego, gdyż to w obozie nie jest nagradzane, jeśli już to komorą gazową. Po drugie, lepiej za wiele nie myśleć i nie odczuwać, gdyż wtedy rodzą się wątpliwości, a te zawsze sprowadzają na człowieka nieszczęście. Po trzecie, czasami, aby móc przeżyć, musisz poświęcić innego człowieka. Po czwarte, żadne kłamstwo, krzywoprzysięstwo, szantaż, itp. nie są czymś wstydliwym i jeśli nie można ich uniknąć, to należy z nich korzystać bez mrugnięcia oka. Wszystko to brzmi bardzo cynicznie i odpychająco, ale mimo to Tadeusz nie wydaje się być osobą, która byłaby do cna zepsuta. To raczej rzeczywistość, w której żył, narzuciła mu pewne swoje prawa, czego konsekwencją była jego taka a nie inna postawa.

Z kolei w opowiadanie "U nas w Auschwitzu" jest swego rodzaju traktatem filozoficzno moralnym, w którym Borowski rozważą kwestię, co człowiek musi mieć w swoim wnętrzu, aby przeżyć w świecie za drutami. Tylko nadzieja i miłość jest w stanie nas ocalić, gdyż tylko one mają moc wynoszenia człowieka poza granice jego ograniczeń biologicznych, poza to bycie istotą, której można zadać ból i zmusić do posłuszeństwa. To właśnie chce nam przekazać Borowski, gdy bohater jego opowiadania mówi: "I sądzę, że godność człowieka naprawdę leży w jego myśli i w jego uczuciu".

Walkę o swą godność podjęło również kilkoro bohaterów "Innego świata" Gustawa Herlinga Grudzińskiego, człowieka, który przeszedł przez łagr sowiecki. Wśród nich byli między innymi: Michał Kostylew, Rusto Karinen oraz Eugenia Fiodorowna. To ludzie, którzy potrafili się przeciwstawić systemowi każde na swój swoisty sposób.

Michał Kostylew wolał się samookaleczyć - wkładał swą rękę do ognia - niż choćby jeden dzień przepracować na rzecz znienawidzonego systemu politycznego i społecznego. Ta dość okropna forma buntu była jego jedyną szansą zamanifestowania własnego człowieczeństwa, wyrazem jego godności. Z kolei Rusto Karinen był człowiekiem, który podjął próbę ucieczki z łagru, ale po tygodniu go złapano i skazano na ciężki karcer. Ale jak sam twierdził, tych kilku dni na wolności nie zamieniłby nawet na darowanie kary czy większe racje żywnościowe. Natomiast Eugenia Fiodorowna nie uległa nagabywaniu lekarza Jegorowa, pozostała samodzielną jednostką, która w miarę możliwości kierowała własnym losem. Znalazła szczęście w miłości do pewnego człowieka.

Te trzy losy, tak w sumie odmienne, stanowią dla nas dowód, że człowiek jest w stanie zachować swą godność nawet w najstraszliwszych opresjach, nawet jeśli formy jej ekspresji nie są dla nas przekonujące (Kostylew). Tu także można szukać siły do zmagań z własny losem, który nie raz nam mocno, choć nieporównywalnie z tym, co przeżyli ludzie w obozie, daje w kość.

Tak, jak już o tym powiedziałem, w powyżej omówionych utworach przedstawiono większość koszmarów ludzkich, które jednak nie należały do porządku snu, ale do porządku rzeczywistości. Jedyną zatem obawą, jaką one nas mogą napawać jest to, że wszystko to może się powtórzyć, że ludzie ponownie będą ludziom gotować podobny los…

Niepokojów egzystencjalnych nie brakuje również w poezji polskiej. Tadeusz Różewicz w swym wierszu "Ocalony" czyni jego bohaterem podmiot liryczny, który po części można utożsamić z osoba autora. Jest nim młody człowiek, który przeżył wojnę i widział straszliwe rzeczy, jaki ludzie ludziom czynili. Cały jego świat, który wspierał się na przekonaniu o istnieniu dobra i miłości, na których opiera się ludzka rzeczywistość, legł w gruzach. Jesteśmy zwierzętami, które potrafią się zabijać z byle powodu - o kawałek ziemi, o to, kto lepszy, wreszcie bez powodu. We wierszu pojawia się dramatyczny apel - prośba, w którym podmiot liryczny zwraca się… właściwie nie wiadomo do kogo, mówiąc że poszukuje "nauczyciela i mistrza". W świecie, w którym nie istnieją już żadne wartości, tylko om mógłby ponownie nazwać górę górą, dół dołem, prawo prawem, lewo lewem, ale czy uda się go znaleźć? To wątpliwe.

Ten wiersz jest wyrazem niepokoju poety o świat, w którym po wojnie przyszło mu żyć, świat, który zarówno go otacza, jak i w nim jest. Czy podniesie się z gruzów? Czy przyjdzie ktoś i przyniesie nową nadzieję? Czy będziemy w stanie patrzyć na człowieka, jak na, właśnie, człowieka, a nie zwierze, które chce nas zabić?

W powieści Alberta Camus zatytułowanej "Dżuma" znajdujemy wiele aktualnych niepokojów nurtujących człowieka. Ten utwór będący swoista parabolą przenosi nas do Oranu, miasta położonego na wybrzeżu Afryki, w którym wybuchła epidemia dżumy. Początkowo zagrożenie wydaje się być niewielkie, a w każdym razie do opanowania, lecz jednak wkrótce okazuje się, że miasto musi zostać odizolowane, a jego mieszkańcy będą właściwie musieli sami sobie poradzić ze skutkami tej choroby. Camus przedstawia nam reakcje różnych ludzi na spotkanie z dżumą, a właściwie jej objawami, czyli straszliwe cierpienie starych i młodych, bogatych i biednych, głupich i mądrych, które zwykle kończy się niemniej bolesną śmiercią. Doktor Bernard Rieux jest pierwszym, który rozpoznał dżumę i pierwszym, który stanął do walki z nią, chociaż jego możliwości było mocno ograniczone. Oczywiście, dżuma jest tu tylko metaforą, to nie z nią tak naprawdę stacza bój Rieux, lecz ze złem, które w zalega w najciemniejszych zakamarkach duszy i zawsze jest gotowe stamtąd wypełznąć, a najbardziej przerażające jest to, że nikt nie jest od niego wolny i nikt nie może czuć się bezpiecznym. W postawie doktora jest więc coś heroicznego, gdy walczy on z czymś, co tak naprawdę nigdy nie może zostać pokonane do końca, co być może jest częścią naszej istoty, albo przynajmniej egzystencji, jaką wiedziemy na tym świecie. Czyż jednak to oznacza, że musimy stać wobec zła ze założonymi rękami - zdaje się krzyczeć Rieux? Nie, gdyż nasze człowieczeństwo nie polega na staniu obok, ale na aktywnym sprzeciwianiu się złu.

Dzięki "Dżumie" możemy zrozumieć, że nawet jeśli otaczający nas świat wydaje się być nieludzki, to i tak w nas samych znajduje się wystarczająca ilość godności i człowieczeństwa, aby nadać mu sens, aby włączyć go do świat wartości. I nie jest przy tym ważne, że tyle również jest w nas zła i że zapewne ono nigdy nie zniknie, gdyż nie jest ono w stanie nas przemóc, a przynajmniej nie wszystkich, czego przykładem jest Rieux. Zatem jeśli nam sił brak, to możemy szukać w naszym otoczeniu takich "świeckich świętych", na których moglibyśmy się wesprzeć w potrzebie.

Z przytoczonych powyżej przykładów dwudziestowiecznych utworów literackich możemy wyczytać wiele przykładów obaw i niepokojów, które wcale nie zniknęły w obecnych czasach, co najwyżej nieco zmieniły swoją formę. Być może jest to kwestia naszej natury, która nie ulega tak szybko zmianom jak rzeczywistość nas otaczająca, i generuje zatem wciąż te same lęki, które, niestety, aż nazbyt często okazują się nie być wyłącznie tworami naszego umysłu. Możliwe zatem, że rola literatury polega na ostrzeganiu nas przed nieszczęściami, które mogą się wydarzyć, ale wcale nie muszą, gdyż to zależy wyłącznie od nas.

Bibliografia:

Stefan Żeromski - "Przedwiośnie" (Cezary Baryka)

Zofia Nałkowska - "Granica" (Zenon Ziembiewicz)

Witold Gombrowicz - "Ferdydurke" (Józio Kowalski)

Zofia Nałkowska - "Medaliony"

Tadeusz Borowski - "Opowiadania obozowe"

Gustaw Herling-Grudziński - "Inny świat"

Tadeusz Różewicz - wiersz "Ocalony"

Albert Camus - "Dżuma" (Bernard Rieux, Raymond Rambert)