Już sam motyw domu implikuje pewne wartości. Dobre lub złe - zawsze są wchłaniane przez nas i w przyszłości wydają owoc...

Pierwszym, niewątpliwie najbardziej typowym, wzorcem domu jest po prostu dom rodzinny. No, tak, napisałam „po prostu”... Oznaczać musiałoby to, że jest on mało ważnym, wręcz banalnym pojęciem. Jednakże właśnie rodzina, środowisko, w którym dorastamy jest ziarnem, które wnika w nas głęboko i w przyszłości kiełkuje.

„Jest sie takim, jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie my, jest się takim jak miejsce, w którym się jest...”

Zofia Nałkowska

Jest się takim, jaki jest nasz dom...

Stereotyp domu rodzinnego doskonale zilustrowany jest w wielu lekturach. Na tle losów bohaterów mogłam stwierdzić, jak różny potrafi być ten dom, dom rodziców, moich pierwszych słów i kroków...Dom, w którym powinnam czuć się bezpieczna i, do którego mam prawo zawsze wrócić. Cóż, nie zawsze bywa tak, jak byśmy tego chcieli... Różnorodne sytuacje z życia dnia codziennego, tragedie osobiste, czy jeszcze więcej - dramaty narodu, wojny... To wszystko czasami karze nam odejść z tej ostoi ciepła. Nakazuje odciąć tę „pępowinę”, która zawsze dawała gwarancję, że póki mieszkamy obok rodziców, współmałżonka, dzieci..., w ogóle wśród bliskich ludzi, dla których my sami jesteśmy rodziną..., że nie grozi nam nic złego, że zawsze możemy zawrócić w ich stronę...Nie zawsze jednak się to udaje. I właśnie na przykładzie bohaterów literackich chciałabym nakreślić przyczyny opuszczania domu, powracania do niego lub też nie, oraz ukazać jego różne motywy.

Pierwszą rodzinę ukazuje już Biblia. Prarodzice stworzyli prototyp rodziny. Raj był dla nich niwami szczęście i w nim euforii. Jednak, przez swój błąd, musieli opuścić Eden i udać się na peregrynację w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogliby zbudować swą „przystań”. Z oczywistych powodów juz nigdy nie mogli odzyskać swobody dojrzałego ducha. Już na zawsze otoczyli mgłą wiecznego wdrążania w pragnienie spokoju swoje potomstwo. Już każde następne pokolenie skazane zostało na wieczną wędrówkę ku słońcu. Słońce, w tym pojęciu, pojmowane jest przeze mnie jako jasność i gorączka uczuć w komforcie poczucia, że zawsze można wrócić. Dokąd? Tam, gdzie dla nas uosabiane jest pojęcie ciepła.

Wiele postaci literackich odchodzi z domu, niektórzy wracają, inni - nie. Dla każdej z nich dom jest jakże różnym pojęciem, jak i również przyczyna jego opuszczania.

„Legenda o św. Aleksym” opowiada o jedynym potomku rzymskiego rodu książęcego. Człowiek ten, już od dzieciństwa, przewyższał cnotami chrześcijańskimi nawet swych rodziców. Nie sprzeciwił się ojcu - poślubił królewnę, ale w noc poślubną, za zgodą żony, opuścił dom. Był ascetą. Jego umartwienia miały bardzo skrajny charakter. Wiódł życie bezdomnego tułacza i żebraka. Po latach zdecydował się powrócić do rodziny. Jednakże nie został rozpoznany przez najbliższych i przez szesnaście lat żył pod schodami własnego domu.

Przytaczając tę historię chciałam przedstawić sytuację, kiedy to odejście z domu spowodowane było jak gdyby siłą wyższą, która kierowała poczynaniami bohatera. Śluby czystości zobowiązały Aleksego do odejścia z rodzinnego domu i przyjmowania cierpienia, które ofiarował „na chwałę bożą „. Jednakże wrócił on, bo znowu ta „siła wyższa” pchnęła go w stronę lat dzieciństwa, w stronę wspomnień i przeżyć młodzieńczych. Ktoś może teraz powiedzieć: „no, dobrze, ale dlaczego powrócił?”. Jednoznacznie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Może tęsknił za żoną, rodzicami, przyrodą, środowiskiem, za tym gdzie się wychował...? Może po prostu znudziło mu się życie tułacza...?Może chciał umrzeć tam, gdzie się urodził? Może miał nadzieję, że go rozpoznają i przyjmą do siebie, i będzie mógł żyć w warunkach, zgoła nie ascetycznych, a człowieczych, na odpowiednim poziomie?...W każdym razie najistotniejszy jest fakt, że Aleksy powrócił do swego domu. I choć dane mu było tylko poczuć jego smak z zewnątrz, to i tak wierzę, że ten pierwiastek obecności bliskich pozwolił mu godniej umrzeć, aniżeli gdzieś daleko od nich.

Podobnie jest w „Przypowieści o synu marnotrawnym”. Młodszy syn poprosił ojca, aby ten dał mu część należnego mu majątku. Zabrawszy swój „przydział”, wyruszył w świat. W bardzo krótkim czasie roztrwonił pieniądze i zdecydował się wrócić. Ze skruchą błagał ojca, aby pozwolił mu pracować z najemnikami, by miał co jeść. Rodzic nakazał zabić najbardziej utuczone ciele i wydał ucztę na cześć syna. Powiedział: „mój syn był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się”. Starzec ten wybaczył ucieczkę od obowiązków swojemu synowi i jego naganny sposób prowadzenia się. Potrafił wybaczyć to, że tak bardzo go zranił... Cieszył się, bo uznał, że jego syn nie żyje, a oto, po tak długim czasie, zobaczył go „zmartwychwstałego”, uniesionego ponad rozpustę i grzech. Zobaczył go skruszonego, ze wstydem w oczach błagającego o przyjęcie z powrotem...

Podziwiam tego młodzieńca za siłę woli i odwagę. Za to, że potrafił przyznać się do tak wielkiej pomyłki życiowej. Ale czy wróciłby, gdyby nie zabrakło mu pieniędzy? Myślę, że nie...I w tym przypadku świadomość, że ktoś w domu czeka, że można wrócić i prosić o wybaczenie, a zostanie się przyjętym, zwyciężyła. Syn wrócił, nie zapomniał drogi do domu..., bo tej nigdy się nie zapomina...

Bohater epopei narodowej Adama Mickiewicza - Tadeusz Soplica również wyjechał z rodzinnych stron. Jednak tym razem, Tadeusz opuścił dom, ale nie na tak długi czas i nie w tak radykalny sposób, jak poprzednie postaci z lektur - wyjechał, by zdobywać wykształcenie. Wrócił stęskniony i w pełni szczęścia w rodzinne strony. Podobnie zresztą jak jego rówieśnik z powieści Elizy Orzeszkowej pt.: „Nad Niemnem” - Witold Korczyński. Również wyjechał z Korczyna do szkoły. Po powrocie stwierdził, że najdroższe mu są ziemie rodzinne. Tęsknił za domem, bo także mógł czuć, że ktoś na niego czeka. Ten komfort pozwala nam swobodnie żyć. Możemy być z daleka od ostoi lat dziecinnych, ale gdy wspomnimy dawne dni, gdy zatęsknimy za smakiem tamtej aury, za tamtym deszczem i zapachem ulubionej potrawy..., to motywuje nasze działania, daje spokój ducha i pewność, że jeżeli coś nie wyjdzie nam tu, z daleka od rodzinnych dróg, to zawsze możemy do nich powrócić, odpocząć i jechać dalej lub pozostać...

Dom rodzinny powinien pełnić funkcję medykamentu na chory wokół nas świat. Wzmacniać w nas i aplikować w serce atom szczęścia, który w przyszłości poniesie nas ku grawitacji wśród własnych marzeń. Planetoidy celów będą na wyciągnięcie ręki, gwiezdne burze nie będą straszne i nigdy nas nie zranią, bo my - powiązani nicią świadomości przynależności z domem, będziemy brnąć dalej i dalej... do wyznaczonych planet własnej kariery. I choć chwilami potężne stopy czasu miażdżą nas, naszych bliskich..., to pozostają tamte myśli i uczucia, wspomnienia domu rodzinnego.

Rodzina przestawiona w „Żonie modnej” przez Ignacego Krasickiego to ironicznie ukazany związek młodego i skąpego mężczyzny z pewną elegantką. Kobieta ta w ogóle nie szanowała polskich tradycji i zwyczajów, moda francuska zdominowała całkowicie jej gust. Natomiast mąż... Hmm... Czy ten człowiek, jeżeli kiedykolwiek odważyłby się opuścić dom, wróciłby do niego? Czy jakiekolwiek pozytywne uczucia i wspomnienia kazałyby mu powrócić? Tę kwestię pozwolę sobie pozostawić bez odpowiedzi, gdyż pytania moje mają raczej charakter retoryczny. W rzeczywistości jednak ta modna żona to nowomodna szlachta polska, a mąż jest symbolem społeczeństwa o konserwatywnych poglądach. Czy wśród takich kontrastów i antagonizmów jakikolwiek emigrant mógłby stworzyć swoim dzieciom prawdziwy dom, z zasadami i własna tradycją...?

Najwybitniejsi polscy poeci (Cyprian Kamil Norwid, Adam Mickiewicz, Julian Słowacki) zmuszeni byli opuścić swój kraj w obawie przed represjami. Żyli i tworzyli na obcych ziemiach. Wówczas przejawiali oni tendencje do identyfikowania się jako bezdomni tułacze i pielgrzymi. Wyrazem tęsknoty za domem rodzinnym są „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego” oraz niewątpliwie - „Sonety krymskie” (szczególnie zaś „Stepy akermańskie”, gdzie całość tego pięknego utworu przykrywa czarna, jedwabna chusta - nieustanne czekanie podmiotu lirycznego na „głos z Litwy” - głos z ziem ojczystych).

Z kolei Jan Kochanowski twierdził, że jedynie cnotliwe i mierne życie ziemianina mogło być gwarancją do założenia przykładowej rodziny. W „Odprawie posłów greckich” napisał:

„Kto ma swego chleba,

Ile człeku trzeba,

Może nic nie dbać o wielkie dochody,

O wsi, o miasta i wysokie grody,

To pan, zdaniem moim,

Kto przestał na swoim”.

Myślę, że Kochanowski chciał przez to powiedzieć, że każdy człowiek - założyciel rodziny, każdy ojciec powinien wiedzieć, jak wielkim skarbem są jego żona i dzieci. Powinien zapewnić im byt maksymalnie na takim poziomie, jak potrafi. Bo jedynie mężczyzna, który wkłada własna pracę w budowę i utrzymanie domu może takowy stworzyć szczęśliwym dla potomstwa.

Moim zdaniem właśnie, w większości, skromne rodziny, żyjące z pracy własnych rąk potrafią, poprzez szacunek do tej pracy, być szczęśliwe. Z takiego domu żal odchodzić, ale zawsze radością jest do niego powracać...

W jednej ze swych fraszek pt.: „Na dom w Czarnolesie” Jan Kochanowski zwraca się z prośbą do Boga o udzielenie błogosławieństwa na całe życie:

„Inszy niechaj pałace marmorowe mają

I szczerym złotogłowem ściany obijają,

Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystym,

A Ty mnie zdrowiem opatrz i sumieniem czystym,

Pożywieniem uczciwym, ludzką życzliwością,

Obyczajami znośnymi, nieprzykrą starością”

Czyż właśnie nie w takim domu wiele osób chciałoby żyć? Czy te powyższe słowa nie są odzwierciedleniem skromnej, zdrowej i szczęśliwej egzystencji?... Sądzę, że dziś każdy z nas jest w pewnej części antropocentrykiem i prośba o zdrowie, pożywienie i życzliwość ludzką jest naturalnym zjawiskiem.

Lecz istnieją również inne „domy”, gdzie pustka przepełniona niemym krzykiem, prośbą o bladym spojrzeniu martwego ducha szczęścia... To ukryty atom marzeń o lepszym człowieku..., którego powszechnie nazywa się „tatą”. To chęć zabicia dawcy plemnika... Nie ma miłości... Jest nienawiść i improwizacja uczuć.

Jakże dwa różne obrazy. Tak samo różne, jak i prawdziwe. W tym drugim przypadku pięknie byłoby odejść i nigdy już nie powrócić...

Ksiądz Jan Twardowski znakomicie ujmuje tę kwestię w swym wierszu pt.: „Śpieszmy się”.

„Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą

zostaną po nich buty i telefon głuchy

tylko to co nieważne jak krowa się wlecze

najważniejsze tak prędko że nagle się staje

potem cisza normalna więc całkiem nieznośna

jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy

kiedy myślimy o kimś zostając bez niego...”

Jakże banalnie można zinterpretować te słowa... Może przytoczę tu pewną historyjkę...

Otóż, w pewnym domu uczucie spokoju, ciepła i serdeczności było abstrakcją, na miłość nałożono embargo, a nić rodzinną przecięły nożyce nienawiści i ślepej pustki... Fizycznie i prawnie-rodzina, a poza tym...- nic. Nieustający ból, strach i słone krople - łzy... Krzyk i zło - oto co mogli sobie dać. Któregoś z wielu dni najmłodsza osoba odeszła... Nie myślała dokąd pójść.. Po prostu szła i szła... I choć było zimno, ciemno a z nieba coraz szybciej spadały kropla za kroplą... - czuła nareszcie upragniony spokój. Szła i wiedziała, że dała sobie szczęście, którego nie doświadczyła przez tamte wszystkie okropne lata. Postać ta, ukojona w swej wewnętrznej radości, szła i było jej dobrze. Zmarzła - ale zimno to było, w porównaniu z zimnem ich serc, ciepłem... Wytężała wzrok - ale by zobaczyć drogę, a nie, by szukać szczypty spokoju... Padał deszcz - ale był on błogosławieństwem, które obmywało ją z grzechu nienawiści, a przede wszystkim - nie spadał z nieba, pod którym stał ten dom...

I kiedy tej osoby zabrakło, w końcu zrozumieli... I zrozumiał on, ten, co stworzył ten dom... Było już za późno. Szczęśliwa była ona, bo już nigdy nie wróciła... A w domu zapanował głuchy dźwięk pierwszych jej słów... Odbijał się echem od ścian, jaka kara dla niego za grzechy, które popełnił, i które mimowolnie zakiełkowały w nich wszystkich... Jej cichutki śmiech zapamiętał stary żyrandol i powtarzał go lampie na jej biurku.. Tak, dla przypomnienia, że w tym - jak gdyby domu - coś nieodwołalnie zgasło...

Wracając do słów księdza Twardowskiego, chciałabym je zinterpretować na tle tego, co przed chwilą napisałam. Żyjąc z przymusu wśród ludzi, którzy tworzą „rodzinę” nie potrafimy okazać im innych uczuć, aniżeli niechęć, czy obojętność... Nie „śpieszmy się (ich) kochać”... Kiedy odchodzą - umierają lub po prostu wyjeżdżają, zapanowuje cisza „całkiem nieznośna”, wtedy „myślimy o kimś zostając bez niego”, a „telefon głuchy” dopełnia czarę pustki i winy własnej za to, co uczyniliśmy swojemu współdomownikowi.

Innym wzorem domu jest Ojczyzna - 

„Pola malowane zbożem rozmaitem

Wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem”

Człowiek, który jest zagrożony jej utratą, postrzegany może być jako bezdomny. Na przykład, Wiktor Judym - bohater z powieści Stefana Żeromskiego pt.: „Ludzie bezdomni” - wraz z rodziną musiał wyemigrować, aby uniknąć represji grożących mu za udział w konspiracyjnym ruchu robotniczym. Swojej żonie, która zapytała, kiedy wrócą do Polski, do Warszawy - odpowiedział:

- „Do Warszawy? Masz ci! Jakże mam wracać? Zgłupiałaś? A zresztą po jakie sto tysięcy diabłów?”

Wiktor potraktował Polskę jak jeden z wielu krajów, z ta jednak różnicą, że mieszkając w niej, nie będzie mógł żyć na godnym poziomie i dlatego z chęcią z niej wyjechał.

W pewnym sensie rozumiem jego postępowanie... Skazując żonę i dzieci na niepewny los, kierował się dobrymi intencjami, a jego bezdomność miała podłoże ekonomiczne i polityczne.

Podobny los spotkał starego Leszczykowskiego, którego ze względów politycznych „burza wyrzuciła z kraju”. Jak i również Wacław - brat Joasi, był człowiekiem bezdomnym, pozbawionym możliwości powrotu do kraju. Śmierć, z daleka od Polski, która przygniotła go swym ciężarem nieodwracalności, była jak gdyby symbolem bezdomności całego narodu, poddanego represjom po upadku powstania styczniowego. Bezdomna była także sama Joasia, która po utracie majątku rodzinnego, wyruszyła w świat i nie mogła „dopasować” się do żadnej z klas społecznych. Jeszcze inny rodzaj bezdomności przejawia Korzecki. Był on zagubiony duchowo. Jego własna dusza nie stanowiła dla niego ostoi, nie mógł identyfikować jej z - pewnego rodzaju - domem. Podczas jednej z rozmów z doktorem Judymem, Korzecki zacytował fragment hymnu Juliusza Słowackiego pt.: „Smutno mi Boże”:

„Żem prawie nie znał rodzinnego domu,

Żem był jak pielgrzym, co się z drodze trudzi

Przy blaskach gromu...”

W lekturze tej jest bardzo wiele takich przykładów.

Nie wspomniałam jeszcze o głównym bohaterze książki - doktorze Tomaszu Judymie. Pochodził on z domu ubogiego, uzależnionego od alkoholu, szewca. Jednak bardzo się oddalił od tej warstwy społecznej. Z rodziną brata w zasadzie nie łączyły go żadne więzi rodzinne. Doktor Judym wyjechał z Warszawy. Świadomie opuścił rodzinne ulice, drogi, znajome twarze, aby wyrwać się z pustego kieratu nędzy i nieustającego braku czegoś: jedzenia, pieniędzy, uczuć... Wiedział jednak, że pomimo wykształcenia zawsze jest uzależniony od pochodzenia. Był idealistą, zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro ludzi najuboższych. Podczas spotkania u doktora Czernisa, powiedział:

„Czy nie naszym obowiązkiem jest szerzyć higienę tam, gdzie nie tylko jej nie ma, ale gdzie panują stosunki tak okropne? Któż to ma czynić, jeśli

nie my? Życie nasze całe składa się z pasma poświęceń.”

Był, odważę się tak napisać, „dzieckiem świata”. Kolejny hotel, mieszkanie przyjaciela, stancja...- wszystkie te miejsca pełniły w jego życiu rolę domu. Często też zmieniał miejsca zamieszkania. Kiedy spacerował po Zagłębiu, mijał ludzi tak bardzo podobnych do tych, wśród których się urodził. „W duszy Judyma błąkało się dla tych ludzi przywitanie czy pozdrowienie, ale na usta nie miało siły wypłynąć. Obchodził ich w milczeniu. Piersi jego trzęsły się, a w nich serce. Najtajemniejsze, najbardziej istotne uczucie wewnętrzne witało w tych ciemnych i brudnych figurach ojca i matkę.

- To mój ojciec, to moja matka - szeptały jego wargi”.

Więc jednak coś go łączyło z tymi osobami...

Później, gdy wszedł do kopalni, zobaczył ludzi, dla których właściwie praca była domem. Domem - czarnym grobem, w którym obślizgłe robaki z wściekłością wyszarpują ostatnie uczucia... A oni sami byli bryłkami kamienia przygniatającego ostateczne pulsowanie ich ciasnych umysłów... „Przywierał do mózgu obraz figur tych starców, ledwie dających się z mroku wyróżnić, tych czarnych brył, które za życia mieszkają z grobie, śnią w nim przez resztę dni swoich jak pająki, czekając cierpliwie na chwilę, kiedy już na zawsze wstąpią do ziemi, kiedy wejdą w jej zimne łono na „szychtę” wieczną. Łańcuch ciemnej niedoli przykuwa ich do miejsca. W starczym drzemaniu widzą pewno ciepłe słońce wiosenne i jasne łąki kwiatami zasiane...”.

Co dzień mijamy ludzi, którzy mają świadomość, że już niedługo opuszczą swój dom - rodzinę, bliskich, kraj... Chorzy na nieuleczalne choroby czekają na „ten” dzień, by później pójść w kierunku światła... A alkoholicy?, narkomani?, ludzie balansujący na wąskiej krawędzi poważnych przestępstw?... Niemym głosem mówią nam: ave atque vale (witaj i żegnaj zarazem). Ich domem jest to, czym żyją. Do tego przecież wciąż wracają, z dnia na dzień... Wracają i odchodzą, walczą lub umierają...

Jeżeli już jestem przy temacie śmierci, to czy właśnie ona, gdy już tańczy nad naszym ciałem, nie stanowi dla nas domu? Domu, którego budowaliśmy sobie przez całe nasze życie... Jego fundamentami będą nasze serca, ścianami - dobre uczynki, oknami - bezinteresowna pomoc innym, a dachem - uczucia... A każde zło, jakie teraz popełnimy, będzie dla niego gromem i błyskawicą, lawiną błota i pustynną burzą...

Sam Żeromski, w jednym z listów do swej narzeczonej, napisał:

„Dom jest dla człowieka częścią jego istoty, toteż najbardziej brak tej części odczuwają tacy jak ja, co nie mieli prawie rodzinnego domu...”

Pisarzowi problem bezdomności był szczególnie bliski. Może właśnie dlatego napisał on tak wspaniałą powieść, jaką są „Ludzie bezdomni”. Szkoda jednak, że problemu tego nie można ekstyrpować ze społeczeństwa. Oczywiście nie biorę tutaj pod uwagę metody par force, czyli siłą. Choć myślę, że i ona nie przyniosłaby w stu procentach rezultatu.

Powracając do tematu domu, jako ojczyzny, od którego może zbyt bardzo odbiegłam, to pojawia się on w wielu lekturach.

Tytułowy bohater utworu Adama Mickiewicza pt.: „Konrad Wallenrod” był Litwinem. Bardzo kochał swoja ojczyznę i dla niej zdradził zasady średniowiecznego rycerza, opuścił dom i ukochaną kobietę.

„Szczęścia w domu nie zaznał, bo go nie było w ojczyźnie”.

Motywowany ogromną miłością do kraju, takową, która uczyniła go gotowym do największych poświęceń, pokonał Krzyżaków.

„Przez sto lat Zakon ran swych nie wygoi (...) Straszniejszej zemsty nie wymyśli piekło. Ja więcej nie chcę, wszak jestem człowiekiem! (...) Już dosyć zemsty - i Niemcy są ludzie”.

Tak więc zemsta Konrada była jednocześnie jego osobistą klęską. Nie spełniły się jego marzenia o spokojnym życiu z Aldoną. Pustelnica pozostała w wieży, a on sam - odszedł na zawsze... Myślę, że Konrad okazał się egoista popełniając samobójstwo... Bo jakże łatwo jest odejść... Chwilowy ból, mimowolny skurcz a potem już cisza..., tylko spokojne, pulsujące światło... A ludzie, którzy kochali tego, teraz juz tylko, trupa - nakładają na swoje, obrzmiałe już barki, jego problemy, swoja winę za jego śmierć... Ale, po długim czasie, wybaczają, bo darzyli uczuciem tego człowieka, a quia fortis est ut mors di lectio (miłość jest mocna jak śmierć).

Natomiast bohater utworu Juliusza Słowackiego - Kordian - był młodzieńcem pełnym entuzjazmu, spragnionym bohaterskiego czynu. Dlatego tez przystąpił do spisku koronacyjnego. I w chwili, gdy jego starsi współtowarzysze stwierdzili, że ich plan jest niewykonalny, Kordian wyraził pogardę dla nich i sam postanowił zabić cara.

„...Narodowi

Zapisuję, co mogę... Krew moją i życie,

I tron do rozporządzenia próżny”.

Kordian nie spełnił swych zapowiedzi, nie zabił cara. Przerosła go sytuacja, w której znalazł się on sam i jego naród. „Poświęcił się za nic”, ale niegdyś wierzył, że ratuje swój kraj. Bo tak ukochał tę ziemię ojczystą, jak żadne z jej dzieci... Być może jego zmierzenia były tylko wyimaginowanymi marzeniami, jednakże i tak świadczyły o wielkim przywiązaniu do domu, jakim był jego kraj. Kordian również odszedł..., a „pomógł” mu w tym pluton egzekucyjny..

Z kolei życie bohaterów Elizy Orzeszkowej również przesiąknięte jest motywami patriotycznymi, kolejnym zrywem narodowowyzwoleńczym - powstaniem styczniowym. Lektura pt.: „Nad Niemnem” doskonale ilustruje ówczesne życie tych postaci literackich, w tak trudnym okresie dla narodu polskiego.

Andrzej Korczyński brał udział w tym powstaniu. Za miłość do ojczyzny zapłacił własnym życiem. Pragnął, by ojczyste ziemie były wolne, wyzwolone spod protektoratu obcych rąk. Pragnienie to nakazywało mu, już za zawsze, spocząć właśnie w tej ukochanej ziemi...

Qui ante diem periit: sed miles, sed pro patria - zginął młodo, ale jak żołnierz, ale za ojczyznę...

Bohater tejże również lektury - Anzelm Bohatyrowicz, podobnie jak Andrzej, bronił swej tożsamości narodowej. On pozostał w „izbach” domu - Polski... Jednak, rozczarowany klęską, odizolował się od świata. Tak bardzo przeżył pogrom tego, o co walczył. I on chciał stworzyć dla swych rodaków dom czysty, bez śladów błota z butów wroga na dywanach polskich łąk, bez zanieczyszczonych wrogimi spojrzeniami obcych ludzi - korytarzy ulic... Niestety nie udało mu się to...

Tymczasem, młodszy brat Andrzeja Korczyńskiego - Dominik okazał się „czarną owcą” w rodzinie Polaków. Zdradził swoje pochodzenie, swój kraj, swoje niebo, kwiaty i drzewa... Zdradził to, co, przez tak wiele lat, tworzyli jego przodkowie... Został urzędnikiem carskim i nie zamierzał już nigdy wrócić do swego domu. Może to i lepiej? Przecież po powrocie nie mógłby w nim już nigdy czuć się bezpiecznym.

Przejdę teraz do innej powieści. Mam na myśli mianowicie utwór Bolesława Prusa pt.: „Lalka”. Jeden z jej bohaterów - Ignacy Rzecki - był idealistą politycznym. W jego monotonnym życiu był jeden bohaterski epizod - kampania węgierska 1848 r. Wciąż wierzył w Napoleona, który był dla niego symbolem walki powstańczej, demokratycznej równości ludów w walce o wolność... Wierzył w demokratyczną Polskę. A swoją współczesność ocenił w następujący sposób: „ I to ma być wiek, który nastąpił po XVIII, po tym XVIII wieku, co napisał na swych sztandarach: wolność, równość, braterstwo? Za co zginęli moi kamraci?”. Rzecki walczył o to, w co wierzył - o walczył, wśród ludzi, którzy uważali go za starego dziwaka...

Natomiast epizodycznie wspomnę tylko o Stanisławie Wokulskim, który opuścił swój dom i wyruszył na wojnę bułgarsko-turecką, by tam dziesięciokrotnie powiększyć swój majątek. Jednak bohater ten powrócił w ojczyste strony, by wśród bliskich żyć i pracować, aby później już na zawsze ich opuścić..

Ukazałam powyżej głównie dwa wzory domu: dom rodzinny i dom - kraj ojczysty. Niewątpliwie istnieją ich jeszcze setki. Bo dla każdego dom jest tam, gdzie odnaleźć może te wartości, te uczucia, których potrzebuje, dla których chce mu się żyć, które pozwalają mu funkcjonować... Dom - to asilum, które bije ciepłem, a przede wszystkim - bezpieczeństwem. Taka jest moja interpretacja tego pojęcia.

Bo domem może być tak banalna rzecz, jak własny pokój... Nie całe mieszkanie, tylko ten jeden pokój. Bo właśnie w nim siedząc, słuchając muzyki i popijając kawę ze śmietanką, mogę się odprężyć, wyrzucić za okno wszystkie problemy i uśmiechnąć się... To takie proste.

Niewątpliwie, kolejnym wzorem może być motyw domu Boga, zarówno w sensie dosłownym, czyli kościoła - jako budynku, jak i w sensie całej rodziny chrześcijańskiej.

Opuszczamy dom, wyjeżdżając z podróż. I jest to kolejna banalna rzecz. Ale czy właśnie z banałów nie jest zbudowany świat?...

Zygmunt Korczyński, który nigdy nie był związany z ziemią ojczystą, bardzo często opuszczał dom rodzinny... Wiele podróżował. Jest on praktycznie kolejnym przykładem bohatera literackiego, który kreuje postać mieszkańca całego świata.

Istnieje tyle przyczyn, powodów, dla których odchodzimy z własnego domu (poprzez pojęcie ‘własnego domu’ rozumiem indywidualne podejście każdego człowieka do kwestii jego roli i miejsca w ich życiu) i tyleż samo jego rodzajów, typów, wzorów, czy nawet stereotypów.

„Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć”

(Mt. 8.9-20)

I właśnie te słowa w swoim życiu stosował Zygmunt. Tak samo zresztą, jak i prawdziwi ludzie każdej z epok.

Chciałabym jeszcze na moment powrócić do problemu bezdomności. Bo bezdomnym jest ten, co nie posiada dachu nad głową, nie ma dokąd wracać. Kwestię tę m doskonale przedstawia Stefan Żeromski w swym utworze „Ludzie bezdomni”. Juz sam tytuł świadczy o poruszanym temacie. Tak więc powieść ta jest skarbcem, z którego - jak drogie kamienie - wyciągać można różne przykłady bezdomności. Zarówno duchowej, społecznej, politycznej, jak i tej całkowicie dosłownej - bezdomności ludzi, którzy żyją w ubóstwie. Jest to biedota, zarówno wsi, jak i miast - Paryża, Warszawy, Cisów, która żyła pod mostami, w brudnych, śmierdzących zaułkach, przypadkowych noclegowiskach.

Na koniec chciałabym powiedzieć, że zawsze, gdy odchodzimy z domu, choć w pewnej części, stajemy się innymi ludźmi. I albo dopadnie nas deprawacja i opęta szyderczą liną w szaleńczym uśmiechu, albo doznamy transformacji, swoistego rodzaju oczyszczenia... Istnieje również możliwość, że Dajmonion stawi opór naszym działaniom. Wszystko to jednak zależy od tego, z jakiego domu pochodzimy, jakie wartości tkwią w naszych sercach i według jakich ideałów postępujemy. Niewątpliwie dom pełni w życiu każdego człowieka bardzo ważną rolę. I najważniejsze jest to, by w przyszłości umieć stworzyć sobie i swoim bliskim takie asilum, aby czuć się w nim bezpiecznie.

Wszyscy, wspomniani przeze mnie, bohaterowie literaccy odchodzili z domu z różnych przyczyn: Andrzej Korczyński, Konrad Wallenrod, Kordian, Anzelm Bohatyrowicz, Ignacy Rzecki - w obronie ojczyzny; Stanisław Wokulski - dla zdobycia pieniędzy; Wiktor Judym - dla pracy i ze względów politycznych; Les - w obawie przed represjami, podobnie jak Dominik Korczyński... Nie wszyscy jednak wrócili.. Tych kilka postaci jest tylko namiastką zaczerpniętą z ogromnego, i jakże pięknego, kielicha poezji polskiej. Jednakże dla nich wszystkich dom pełnił pewną wartość w ich życiu, dominował ich działania i pozwalał czuć się do niego przynależnym.

Wierze, że dla każdego człowieka definicja domu jest i będzie reminiscencją w jego życiu. Wiem także, że modele domów, które wcześniej „ulepiłam” z pewnych kryteriów, znanych mi uczuć i zaobserwowanych zjawisk, mogą się wydać mniej lub bardziej kontrowersyjne. I dlatego chciałabym zakończyć tę pracę parafrazą z Horacego: „qout capita, tot sensus”. W wolnym tłumaczeniu oznacza ona: ile głów, tyle opinii...