Oczywiście pierwsze refleksje, które nieodzownie nasuwają się po lekturze opowiadania zatytułowanego "Ikar" są związane z II wojną światową. Na ten temat wiele napisano, ale ilekroć czytam o tych strasznych czasach, to ogarnia mnie przerażenie, że tak wiele cierpień zgotowano wtedy ludziom. Przecież każdego wtedy mogła czekać śmierć. Właściwie nie można było w żaden sposób przed tym się zabezpieczyć. Co gorsze nikt nie zwracał uwagi na dziejący się dramat i losy ludzi w okupowanej Polsce. Gdyby świat wcześniej zareagował może historia by się inaczej potoczyła i ludobójstwo nie nabrałoby takiej skali.

Przeraża również to, że ludzie tak niewiele wyciągają wniosków z minionych dziejów. Dalej brutalnie podchodzi człowiek do człowieka i są takie sytuacje, gdy decyduje prawo pięści. Świat, w którym nam przyszło obecnie żyć z wielką obojętnością patrzy na cierpienie innych. Nie ma też sposobu by zapobiegać nieszczęściom i biedzie. Dominuje egoizm, który zamyka nasze oczy na to, co dzieje się z naszymi bliźnimi. Powinniśmy zdecydowanie walczyć z takimi przejawami złą, bo one do niczego dobrego nie prowadzą. Należy dołożyć wszelkich starań, by chronić naszych bliźnich.

Opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza uświadamia, że należy cieszyć się z każdej chwili życia. W końcu nie wiadomo, ile nam czasu przeznaczono na ziemska egzystencję, więc nie warto niczego zmarnować. Może się bowiem okazać, że niewiele nam dano lat życia. W związku z tym ważne jest wykorzystanie nawet każdej godziny egzystencji. Należy kochać, radować się, bo jutro może już nie być takiej okazji. Krótko mówiąc "carpe diem" póki jeszcze można.