Nazywam się Andrzej. Jestem jeszcze młodym człowiekiem, a w moich żyłach płynie szlachecka krew. Mieszkam na Litwie, w niewielkim dworku, który sąsiaduje z Soplicowem, będącym posiadłością Sędziego. Łączą mnie z nim, a także z Wojskim przyjacielskie stosunki. Wiele czasu spędzamy razem. Mamy podobne zamiłowanie łowieckie i często urządzamy wspólne polowania.

Właśnie rozeszła się po wsi nowina, że swój matecznik opuścił ogromny niedźwiedź. W Soplicowie i w całej okolicy ochoczo chwycono za broń. Wieść o wyśledzeniu zwierzęcia, zastała mnie, gdy właśnie odpoczywałem po sutym śniadaniu. Natychmiast poderwałem się i złapałem strzelbę, wiszącą na ścianie. Puściłem się pędem w stronę gęstego lasu. Spotkałem po drodze moich sąsiadów, którzy także wybierali się na łowy. Wydawało się, że znalezienie bestii jest kwestią czasu. Niedźwiedź był osaczony i nie mógł się wymknąć, ale przez długi czas udawało mu się ukryć przed naszymi oczami. W pewnym momencie Wojski przyłożył ucho do porośniętej ziemi. Zapanowała cisza. Niecierpliwie wpatrywałem się w przyjaciela. Patrzyłem jak marszczy skupioną twarz. Wreszcie usłyszeliśmy upragnione "Jest!". Psy też już wyczuły niedźwiedzia i zaczęły warczeć. Na początku pojedynczo, później ujadały już wszystkie razem i z impetem rzuciły się między drzewa. Ich szczekanie przybierało na sile. Nagle wszystko ucichło. Wtem ciszę rozdarł ryk i przejmujący skowyt. Wiedzieliśmy, co się stało, słysząc jęk konających psów. Czekaliśmy. Zerknąłem na towarzyszy, na ich twarzach widać było napięcie i obawę. Wojski upomniał wszystkich, by nie ruszali się ze swoich stanowisk. Nie wytrzymaliśmy i wbrew ostrzeżeniom Wojskiego ruszyliśmy w kierunku, gdzie znajdował się niedźwiedź. Kiedy go w końcu dojrzałem ogarnął mnie paraliżujący strach. Patrzyłem jak bestia miota ogarem niczym zabawką. Rozległy się trzy strzały, lecz żaden nie trafił. Niedźwiedź z nieruchomiał na moment od huku. Także ja stałem przez chwilę bez ruchu, później złożyłem się do strzału i wypaliłem. Powietrze rozdarł okropny ryk. Niedźwiedź był ranny, ale nie martwy. Ból rozjuszył go tylko. Zwierzę porzuciło szczątki ogarów i zwróciło się w naszą stronę. Ponownie padły strzały, ale chybiły. Sytuacja była śmiertelnie niebezpieczna. Krew odpłynęła mi z twarzy. Stałem blady, nie mogąc się ruszyć. Widziałem jak piana cieknie z pyska bestii, a oczy wypełnia furia. Rozczapierzone pazury błyszczały w słonecznym świetle jak szable. Niedźwiedź wciąż ryczał, a jego skowyt rozchodził się po kniei. Ziemia drżała przy każdym jego kroku. Zwierzę zbliżyło się do mnie i byłem pewien, że za moment rozstanę się z życiem. Nie wiem, jaki, cudem udało mi się uskoczyć przed jego potężną łapą. Wiedziałem, że to nie potrwa zbyt długo i niedźwiedź mnie dopadnie, jednak niespodziewanie zwierz upatrzył sobie nowy cel. Zwrócił się w stronę, gdzie stali Wojski, Hrabia i Tadeusz.

Nie wiadomo skąd pojawiły się nagle pozostały przy życiu ogary. Jeszcze bardziej rozwścieczyły niedźwiedzia, który stanął na tylnich łapach. Wyrywał z ziemi korzenie i ciskał przed siebie. Starczyło, że trącił jednego z psów łapą, a ten przeleciał kolka metrów, nim opadł na ziemię. Strach dławił mnie w gardle. Bestia, jakby demonstrując swoją siłę, wyrwała z korzeniami młode drzewo i kręciła nim jak maczugą. Potem niedźwiedź ruszył wprost na Tadeusza i Hrabiego. Ci, zdawali się czekać na niego ze strzelbami gotowymi do strzału. Wystrzelili niemal równocześnie, ale żaden nie trafił. Nie pozostało im i innego, jak rzucić się do ucieczki. Wiedziałem, że nie mają szans. Nie mogłem strzelać, bo bestia była zbyt daleko. Poza tym obawiałem się, że mógłbym przypadkiem trafić któregoś z nich. Niedźwiedź o mało nie dosięgną pazurami Hrabiego. Myślałem, że biedak za chwilę straci życie, gdy niespodziewanie zjawili się Rejent, Asesor, Gerwazy oraz Ksiądz Robak. Oddali strzały w stronę bestii. Ktoś w końcu trafił śmiertelnie niedźwiedzią, który wyskoczył w górę, a potem zwalił się na ziemię jak głaz. Ciężko ranne zwierzę wciąż ryczało i próbowało raz jeszcze się podnieść. Niedźwiedź wymachiwał łapami i przewracał oczyma. Z jego piersi dobywało się ciężkie dyszenie. Poczułem ogromną ulgę, lecz żal mi było konającego stworzenia. Bezpieczne już ogary zaczęły z wściekłością tarmosić okrwawione ciało niedźwiedzia. Musieliśmy odciągnąć je siłą, by nie uszkodziły skóry. Nad zwłokami zaczęli się gromadzić pozostali uczestnicy polowania. Krzyczeli z radości i podrzucali czapki do góry. Wojski chwycił swój bawoli róg i odegrał na zakończenie polowania pieśń zwycięstwa. Ogromną radość zakłócił spór, który wywiązał się między Rejentem a Asesorem. Spierali się, który z nich pokonał niedźwiedzia. Żaden nie chciał ustąpić. Potworzyły się grupy zwolenników każdego z nich. Gerwazy nie brał udziału w sporze, tylko bez słowa rozciął paszczę zwierzęcia i wydostał kulę, która zadała mu śmiertelną ranę. Nie pasowała ona do broni żadnego z nich. Pochodziła natomiast z jednorurki należącej do klucznika Horeszków. Jednak to nie on wystrzelił. Sam przyznał, że zdjęty strachem nie był w stanie nacisnąć spustu. Zrobił to za niego ksiądz Robak, który nie miał ze sobą swojej broni. Zdziwienie ogarnęło zebranych. Chcieli wyrazić swą wdzięczność Bernardynowi, ale ten gdzieś zniknął. Emocje powoli opadały, rozpalono ognisko, by podgrzać bigos przygotowany dla uczestników polowania. Na rozgrzewkę podawano przednie wino. Wiwatowano i wznoszono toasty na cześć księdza Robaka. Siedzieliśmy i opowiadaliśmy sobie wrażenia z polowania. Byłem trochę zawstydzony swoim strachem, jaki wzbudził we mnie niedźwiedź. Pocieszało mnie, że inni byli równie przerażeni jak ja. Żałowałem, że nie mnie udało się powalić zwierzę. Najważniejsze, że nikt nie ucierpiał. Mocno szumiało mi w głowie od wina, kiedy wracałem do siebie. Rodzina powitała mnie z ulgą, wiedząc o walce z niedźwiedziem i czekała na moją opowieść.