To była kraina, w której czas płynął wolniej, odmierzany nie zegarkiem, lecz rytmem wschodów słońca i dźwiękiem dworskiego dzwonu. Gdybym mógł przenieść się do świata opisanego przez Adama Mickiewicza, moim ulubionym miejscem bez wątpienia byłby stary, gęsty sad przylegający do soplicowskiego dworku, tuż obok słynnego ogrodu Zosi.
To miejsce miało w sobie magię, której próżno szukać w dzisiejszym świecie. Wyobrażam sobie, jak w upalne popołudnie kładę się pod rozłożystą, sędziwą jabłonią, której konary uginają się pod ciężarem owoców rumianych niczym policzki wiejskiej dziewczyny. Wokół unosi się ciężki, słodki zapach skoszonej trawy, wymieszany z aromatem dojrzewających gruszek i śliwek. Ciszę przerywa jedynie miarowe bzyczenie pszczół uwijających się przy pobliskich ulach oraz daleki, stłumiony gwar rozmów dobiegający z ganku, gdzie Sędzia zapewne znów debatuje o grzeczności i porządku.
To właśnie tutaj, w cieniu drzew, najlepiej czuć ducha Soplicowa. Z jednej strony widać białe ściany dworku, symbol gościnności i polskiej tradycji, z drugiej zaś rozciągają się złote pola zbóż, „pomalowane zbożem rozmaitem”. Siedząc tam, czułbym się częścią tego sielskiego ładu. Mógłbym obserwować Zosię karmiącą ptactwo, słyszeć echo polowania niosące się z oddali lub przyglądać się, jak zachodzące słońce barwi niebo na purpurowo, zapowiadając wieczorną ucztę i kolejne opowieści Wojskiego.
Mój ulubiony zakątek to oaza spokoju, gdzie natura i człowiek żyją w idealnej harmonii. To tam, wśród szumu liści, najłatwiej byłoby mi zrozumieć tęsknotę poety za „krajem lat dziecinnych”, który zawsze pozostanie czysty i piękny jak pierwszy poranek wiosny.