Nietypowa Wigilia

Właściwie, gdy byłam młodsza, to z wielkim utęsknieniem czekałam na Wigilię. Wtedy wszyscy zbierali się przy ogromnym stole w pokoju rodziców i zabawy było co niemiara. Moi młodsi bracia, którzy zawsze lubili plątać figle, szczególnie wtedy mieli dużo do roboty. Kiedy mieli po kilka lat wprost nie mogli usiedzieć na swoich miejscach i nieraz zdarzało się, że jakieś danie wigilijne lądowało na dywanie.

Jak do tego dochodziło? Ot zwyczajnie. Wszyscy w najlepsze łamali się opłatkiem, składali sobie życzenia i na moment nikt nie zwracał uwagę na malców. Te parę sekund wystarczyło, by cały obrus został ściągnięty ze stołu i piękny serwis potłukł się w drobny mak. Na szczęście dla wszystkich talerze były jeszcze puste, bo inaczej malcy mogliby się poparzyć. Niemniej i tak było trochę sprzątania, a plamy z kompotu nigdy później nie udało się zmyć z dywanu.

W mojej pamięci pozostał także uroczysty śpiew kolęd i rozpakowywanie prezentów. Na ten szczególny moment wszyscy czekali z niepokojem. Nigdy nie było wiadomo, czy otrzyma się to, o czym się marzyło. Jednak sam moment rozrywania opakowania był piękny. Do tego jeszcze dochodził śnieg i ten niezwykły widok rozciągający się za oknem.

Kiedy dorosłam Wigilię traktuje już trochę inaczej. Oczywiście to zawsze dobry czas, by się spotkać z dalszą i bliższą rodziną, ale gdzieś znikła magia tego czasu. Jednak w dzieciństwie trochę inaczej się do wszystkiego podchodzi. Jednak w czasie ostatniej Wigilii też była nietypowa sytuacja.

Przygotowania do tego dnia przebiegały bez zakłóceń. Chinka pięknie udekorowana stała w salonie. Mama z wielkim zaangażowaniem pracowała w kuchni. Jak zwykle chciała przygotować dwanaście potraw, chociaż mówiliśmy jej że to jest niekonieczne. Jednak ona wolała nie zmieniać tradycji obowiązującej w naszym domu. Pozostała cześć rodziny sprzątała. Już przyjechali pierwsi goście: babcia z dziadkiem Kiedy na stole były już półmiski z jedzeniem wszyscy składali sobie życzenia. Kiedy wszyscy zabrali się dojedzenia, ktoś puka do drzwi. Tato otwiera zamek widzi zdesperowaną twarz sąsiada. On prosi o pomoc, bo nie może znaleźć swojego pięcioletniego syna, który całkiem niedawno był na placu zabaw, ale teraz zniknął.

Bez wahania wszyscy z nas poderwali się z miejsc i ruszyliśmy na poszukiwania. W domu zostali tylko dziadkowie, którzy i tak nie znali tutejszych okolic. Z wielkim niepokojem przetrząsaliśmy okolice, ale nigdzie nie było żadnego śladu. Po dwóch godzinach chcieliśmy się poddać, ale nagle mój brat powiedział, że słyszy jakiś płacz. Poszliśmy za tym głosem i okazało się, że był ... Paweł - syn sąsiada. Siedział skulony za pomnikiem w parku. Płakał, bo było ciemno, a on nie wiedział jak wrócić do domu.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Sąsiad dziękował nam za pomoc przez kilka kolejnych dni. My kolację wigilijną dokończyliśmy tuż przed północą. Jednak i tak się cieszyliśmy, że udało się pomóc Pawłowi.