Była Wigilia i wszyscy ludzie zbierali się powoli wokół wigilijnego stołu. Czy na pewno wszyscy? W dalekiej Laponii mieszkała młoda kobieta o imieniu Helena. Helena była wdową i spodziewała się dziecka. Poczuła, że właśnie tej nocy urodzi się jej dziecko. Jednak noc była mroźna, drogi nieprzejezdne i żaden lekarz nie mógł do niej dotrzeć. Zresztą, może żaden by nie chciał, w końcu była Wigilia i wszyscy właśnie siadali do wigilijnej wieczerzy.

Helena napaliła w kominku i siedziała na łóżku czując, że zaraz się rozpłacze. Dzidziuś w jej brzuszku bardzo chciał już znaleźć się na świecie, a ona bała się, że bez pomocy lekarza sobie nie poradzi. Nagle usłyszała, że ktoś puka w okienko. Ucieszyła się, że lekarzowi jednak udało się dojechać i otworzyła drzwi. Przez chwilę myślała, że nikogo za nimi nie ma, ale popatrzyła na dół i zauważyła małego, zmarzniętego aniołka. Szybko wpuściła go do środka i zapytała, co tutaj robi. Aniołek był najwyraźniej zasmucony:

- Zostałem zesłany z ważną misją. Mam dostarczy świętemu Mikołajowi nowe skarpetki, żeby nie zmarzł dzisiejszej nocy. Ale ja zabłądziłem w zamieci i zupełnie nie wiem, gdzie jestem…

Helenie żal się zrobiło małego przybysza z nieba. Chociaż nie czuła się najlepiej, zrobiła wielki kubek gorącej czekolady i napoiła aniołka. Maluch zaróżowił się ładnie i zapytał, gdzie mieszka święty Mikołaj.

- Nie wiem, aniołku. Mówią, że gdzieś tutaj, ale ja nigdy go nie spotkałam.

- Ach, w takim razie chyba pójdę go poszukać - powiedział aniołek i skrzywił się, ponieważ wcale nie miał ochoty błąkać się na mrozie. Z kolei Helena nie chciała być dziś sama.

- Aniołku, zostań ze mną. Już noc i pada śnieg, nie znajdziesz świętego Mikołaja. A ja będę miała dziecko i twoja obecność dodałaby mi otuchy.

Aniołek zmarszczył czółko i zastanawiał się chwilę.

- Obawiam się, że tak zrobić nie mogę. W niebie niepokoiliby się o mnie - powiedział poważnie, a Helena, słysząc to, bardzo posmutniała.

- Ale - rozchmurzył się aniołek - możemy zrobić tak. Ja ci obiecam, że dziecko urodzi się zdrowe, silne i ładne, a na dodatek zostawię ci te magiczne skarpetki. Gdy dziewczynka, która się urodzi, skończy czternaście lat, dasz jej te skarpetki na gwiazdkę, a ona wtedy zrozumie, czym jest prawdziwe Boże Narodzenie.

Helena uśmiechnęła się. Tego właśnie potrzebowała - zapewniania, że dzidziuś będzie zdrowy i silny. Na dodatek miała to być dziewczynka, a Helena właśnie marzyła o dziewczynce. Pożegnała się z aniołkiem i podziękowała pięknie za podarek. Aniołek odleciał, a Helena po kilku godzinach wydała na świat rozkosznego, różowego maluszka. Dała dziewczynce na imię Anusia.

Lata mijały, Anusia rosła i stała się całkiem dużą dziewczynką. Mieszkała tylko z mamą, więc Helena często prosiła ją o pomoc. Anusia była dobrą dziewczynka, ale często wolała bawić się z koleżankami niż pomagać mamie w pracach domowych. Laponia to piękny kraj, zawsze było tyle ciekawych zabaw - bitwa na kulki śnieżne, lepienie bałwana, jazda na saneczkach. Anusia była dobrą dziewczynką, po prostu bardzo lubiła wesołe zabawy, a obowiązki domowe - średnio. Tylko przygotowania do Wigilii Anusia zawsze bardzo lubiła. Pomagała mamie przyrządzić aromatyczny barszcz z uszkami, pysznego karpia i słodką kutię. A wieczorem siadały w dwójkę przy wieczerzy i łamały się opłatkiem. Pod skromną choineczką Anusia zawsze znajdowała prezent. Zwykle skromny - orzechy, jabłka, czasem książkę - bo na taki było stać Helenę, ale zawsze sprawiający jej dużo radości.

Wreszcie nadszedł oczekiwany przez Helenę czas. Czternaste urodziny Anusi, a jednocześnie czternasta Wigilia w jej młodym życiu. Helena przygotowała wyjątkowo smaczną wieczerzę, a Anusia pomogła przy kręceniu maku. Ponieważ ich chatka była bardzo mała, tym razem zamiast choinki powiesiły nad stołem pięknie pachnącą jodłową gałąź. Gdy dziewczynki nie było w domu, Helena odnalazła w piwniczce magiczne skarpetki i zapakowała je pięknie w czerwony, szeleszczący papier. Nadszedł wieczór i Helena z córką usiadły do wieczerzy. Po kolacji Helena zauważyła, że Anusia zerka wyczekująco w stronę pięknego prezentu, więc powiedziała:

- Anusiu, kochane dziecko, w tym roku dostaniesz trochę inny prezent niż zwykle… Nie mogę ci w tej chwili powiedzieć, na czym polega jego wyjątkowość, ale wkrótce się o tym sama dowiesz. Proszę, rozpakuj prezent!

Anusia wesoło rozwinęła papier. Gdy zobaczyła, że w środku są skarpetki, zdziwiła się trochę. Spodziewała się pięknej porcelanowej lalki albo może aksamitnej sukienki? Jednak nie chciała sprawić przykrości mamie i uśmiechnęła się radośnie, jakby wielkie, czerwone skarpety były właśnie tym, o czym marzyła.

- Dziękuje, mamusiu. Jesteś kochana!

- Nie ja, Anusiu, nie ja - tajemniczo odparła Helena, ale Anusia nie zastanawiała się nad sensem tego zdania.

Tymczasem zapadła noc i zbliżała się pora pójścia do łóżka. Helena poprosiła jeszcze Anusię, aby zaniosła jedzenie psiakowi, który pilnował ich domu. Anusia przygotowała smaczną kolacje dla psa, narzuciła na ramiona szal, a na stopy, po chwili namysłu, włożyła nowe skarpetki. Były naprawdę ciepłe. Gdy pies zajadał, Anusia popatrzyła na gwiazdy. Było ich na niebie mnóstwo, wszystkie lśniły wesoły. Anusia uśmiechnęła się do gwiazdek. Nagle usłyszała dziwny dźwięk, jakby srebrne dzwoneczki. Zdziwiła się i wytężyła wzrok. Po chwili zauważyła, że od strony lasy zbliża się jakiś wielki kształt. Gdy był już bliżej, przekonała się, że to ogromne sanie zaprzęgnięte w trzy pary wspaniałych reniferów. Sanie podjechały pod furtkę domku Heleny i Anusi. Dziewczynka zobaczyła, że siedzi w nich dziwny, malutki, zielonkawy ludzik ze spiczastymi uszkami. Wyskoczył z sań i zapytał:

- Czy to jest chatka, w której mieszka mała dziewczynka o imieniu Anusia?

- Tak, mieszka tu… To znaczy mieszkam tu… Ale nie jestem już taka mała…

Ludzik nie był zainteresowany wyjaśnieniami:

- Czy ty jesteś Anusia? - Anusia skinęła głową. - W takim razie wskakuj do sań, nie mamy czasu do stracenia.

- Ale… Ja nie mogę jechać! Jest późno, co by mama powiedziała. A poza tym, gdzie mielibyśmy jechać? - Anusia miała straszną ochotę pojechać ze śmiesznym ludzikiem, czuła, że szykują się niebywałe przygody. Z drugiej strony jednak nie chciała, żeby mama martwiła się o nią. Zielony ludzik był już trochę zniecierpliwiony:

- Jak to gdzie? Do Świętego Mikołaja. Dziś twoje czternaste urodziny, Święty Mikołaj zabiera cię z sobą na rozdawanie podarków.

Spotkać prawdziwego Świętego Mikołaja! Rozdawać razem z nim świąteczne podarki! Takiej pokusie Anusia nie umiała się oprzeć. Wskoczyła do san, zerkając z niepokojem w okna chatki.

Pędzili zaśnieżoną śnieżką, a potem, niepostrzeżenie, sanie wzbiły się w powietrze. Anusia krzyknęła, przerażona, ale zielony ludzik najwyraźniej panował nad sytuacją. Jechali w stronę gwieździstego nieba i Anusia uważała, że to najpiękniejsza podróż na świecie. Wreszcie sanie znów skierowały się na dół i Anusia zobaczyła na horyzoncie srebrzysty pałacyk. Gdy podjechali bliżej, okazało się, że jest cały z lodu. Ledwo stanęli, przed drzwi pałacyku wybiegł Święty Mikołaj. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie Anusia wyobrażała: zażywny staruszek z pokaźnym brzuszkiem, śnieżnobiałą brodą i wielkim, czerwonym nosem. W tym momencie staruszek najwyraźniej się spieszył, bo nawet nie zauważył Anusi i zaczął besztać ludzika:

- Gdzie ty się podziewałeś? Czy wiesz, która jest godzina? Jak ja zdążę rozwieść te wszystkie prezenty?

Ludzik usiłował zrzucić winę na Anusię:

- To dziewczynka! Dziewczynka nie mogła się zdecydować, czy ma jechać, czy też nie!

- Dziewczynka? Jaka dziewczynka? Co ty tym razem wymyśliłeś? - wzrok Świętego Mikołaja padł na Anusię i oblicze staruszka rozpogodziło się. - Anusia! Tyle lat na ciebie czekałem. Chodź tu do mnie, dziecko, poznajmy się!

Anusia nieśmiało podeszła i dygnęła. Święty Mikołaj wziął ją w ramiona i serdecznie uścisnął:

- Bardzo mi miło wreszcie cię poznać, Anusiu, ale nie mamy teraz czasu na pogaduszki. Musimy dziś odwiedzić wiele domów i wiele dzieci. Zanim wyruszymy, Anusiu, musimy ustalić jedną rzecz. Noc już się kończy i obawiam się, że nie zdążymy rozwieść wszystkich prezentów. Wobec tego te prezenty, których nie dostarczymy, dostaną się tobie - to mówiąc Święty Mikołaj odsunął na bok wielki wór pełen prezentów. - Czy zgadzasz się na takie rozwiązanie?

- Ależ tak, oczywiście - wykrztusiła Anusia, której aż oczy się zaświeciły na widok wielkiego wora, z którego, o ile mogła dostrzec, wystawała porcelanowa nóżka.

- Znakomicie - uśmiechnął się dobrotliwie staruszek, choć w jego oczach zabłysło coś jakby rozczarowanie. - Ruszajmy zatem w drogę!

Anusia, Święty Mikołaj i zielone ludziki, które, jak Anusię poinformował szeptem Mikołaj, były elfami, zapakowali się do sań. Gdy jechali, Anusia wyciągnęła przed siebie nóżki. Z brązowych, zniszczonych trzewików wystawały czerwone skarpetki. Na ich widok Mikołaj uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Elfy zaś mrugnęły do siebie porozumiewawczo.

- Anusiu, powiedz mi, dlaczego tak lubisz Boże Narodzenie? - poważnie zapytał Święty Mikołaj, gdy na horyzoncie widać już było pierwsze domy. Anusia musiała zastanowić się chwilę.

- Cóż, chyba… Chyba najbardziej lubię prezenty.

Święty Mikołaj chciał cos odpowiedzieć, ale właśnie sanie zatrzymały się przed pierwszą chatka. Staruszek poprosił dziewczynkę, żeby chwilkę poczekała, a sam uniósł się z kilkoma paczkami na dach. Anusia zobaczyła, że domek jest biedny. Podeszła do okna i zobaczyła upchnięte w jednym łóżku dzieci. Wszystkie miały na sobie wytarte koszulki nocne, a przykryte były szarym, dziurawym kocykiem. Anusia zrozumiała, że powodzi im się nawet gorzej niż jej i mamie i zrobiło jej się ich żal. Nagle w jej głowie zaświtał pewien pomysł. Z namysłem spojrzała na wielki wór pełen prezentów, które miały przypaść jej. Może nie potrzebuje aż tyle podarków? Może niektórymi mogłaby podzielić się z tą biedną rodziną? Nie namyślając się wiele Anusia sięgnęła po kilka paczuszek i cichutko weszła do chatki. Szybko położyła prezenty pod ubożuchną choinką i wycofała się cichutko. Gdy znalazła się na zewnątrz, nie mogła oprzeć się pokusie, by zajrzeć przez okno. Kiedy wpatrywała się w skromny pokoik, nagle usłyszała szelest. Drzwi do saloniku otworzyły się i stanęło w nich kilkoro przecierających oczy maluchów. Dzieci przez chwilę stały w milczeniu. Najwyraźniej nie były przyzwyczajone do takiej ilości prezentów. Potem jednak zaczęły wesoło się śmiać i pobiegły pod choinkę. Anusia zobaczyła jeszcze, jak mała dziewczynka ze śmiesznymi, warkoczykami wyciąga z paczki za porcelanową nogę najpiękniejszą lalkę, jaką można sobie wyobrazić, gdy ktoś położył jej rękę na ramieniu. Odwróciła się, tuz za nią stał Święty Mikołaj i uśmiechał się promiennie.

- Więc zdecydowałaś się podzielić swoimi prezentami z innymi dziećmi?

Anusia zawstydziła się trochę. Może Mikołaj obrazi się, że nie chciała jego podarków?

- Prezenty są śliczne i bardzo za nie dziękuję… Tylko te dzieci nie mają chyba wielu zabawek i ja… - Mikołaj nie pozwolił jej skończyć:

- Ależ nie tłumacz się, dziecino, twój gest był piękny!

Anusia ucieszyła się i zebrała na odwagę, by przedstawić staruszkowi swój pomysł:

- Jeśliby Święty Mikołaj nie miał nic przeciwko, to ja bym chętnie podzieliła się z dziećmi wszystkimi moimi prezentami. Ja mam wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba, a na świecie jest tyle dzieciaków, które nie mają nic… Mikołaj ponownie jej przerwał:

- Anusiu, muszę zdradzić ci pewną tajemnicę. Skarpetki, które masz na nogach nie są zwyczajne. To magiczne skarpetki. Człowiek, który ma je na nogach musi zachowywać się zgodnie ze swoim prawdziwym charakterem. Innymi słowy, dobrzy ludzie czynią dobro, a źli - zło. Tak więc, ta noc była pewnego rodzaju testem, który zdałaś na piątkę.

Anusia nie wiedziała co powiedzieć. Było jej bardzo przyjemnie, że Święty Mikołaj ma o niej tak dobre mniemanie. A jeszcze bardziej, że swoimi podarkami uszczęśliwi dziś na świecie tyle dzieci. Anusia poczuła, że jeszcze jedno musi wyjaśnić:

- Wiesz,, kochany Mikołaju, to nie jest jednak tak, że najbardziej lubię prezenty. Najbardziej lubię uczucie, że mogę komuś coś dać. Podzielić się tym, co mam z kimś, kto nie został tak hojnie obdarowany przez los.

Święty Mikołaj aż uścisnął dziewczynkę, tak bardzo spodobało mu się to, co powiedziała. Jednak nie mieli już czasu na dalsze rozmowy. Noc prawie się kończyła, a mieli jeszcze przed sobą wiele domów, w których mieli zostawić świąteczne podarki. Na szczęście zdążyli odwiedzić wszystkie, a to dlatego, że Ania dzielnie pomagała Świętemu Mikołajowi.

Nad ranem Anusia była tak zmęczona, że drzemała w saniach. Wreszcie zatrzymali się przed chatką jej mamy. Anusia uściskała na pożegnanie Mikołaja i zielone Elfy. Po czym pobiegła do domu i wsunęła się do swojego ciepłego łóżeczka. "Tak, to była niezwykła noc" - pomyślała. I zaraz zasnęła.