Po obudzeniu się rano, nie miałem ochoty na poranne mycie. Nakarmiłem swoje zwierzaki, kozie dałem kilka marchwi, gołębie ucieszyły się ziarnem, które podarował mi znajomy. Kot poradził sobie sam, zabił sobie jakąś małą myszkę. W mieście było tak jak zawsze. W sklepie zaopatrzyłem się w mleko i gwoździe, bo kilku drani zniszczyło mi płot.

Po powrocie do domu, nalałem mleka kotu i zabrałem się za naprawę ogrodzenia. Całkowicie rozbitych było sześć sztachet. W samo południe zjadłem sobie obiad, który przyniosła mi Magdalena. Magdalena ma swoją oberżę, w końcu będę musiał jej jakoś wynagrodzić za to całe dobro, które od niej płynie. Tak samo jak dziś, jutro będę musiał nakarmić i wypuścić gołębie.

Chyba zaraz się rozpada, tak więc trzeba przyprowadzić kozę do zagrody. Muszę jeszcze trochę pozamiatać izby, ale najpierw trzeba zrobić miotłę. Już późno.