„Przyjmując ze czcią i głęboką wdzięcznością nadany mi stopień lekarza i pojmując całą wagę związanych z nim obowiązków, przyrzekam i ślubuję, że w ciągu całego życia będę spełniał wszystkie prawem nałożone obowiązki, strzegł godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamię, że według najlepszej wiedzy będę dopomagał cierpiącym, zwracającym się do mnie o pomoc, mając na celu wyłącznie ich dobro, że nie nadużyję ich zaufania i że zachowam w tajemnicy to wszystko, o czym się dowiem w związku z wykonywaniem zawodu. Przyrzekam i ślubuję, że do Kolegów Lekarzy będę się zawsze odnosił z koleżeńską życzliwością, jednak bezstronnie, mając dobro chorych mi powierzonych przede wszystkim na względzie. Przyrzekam i ślubuję wreszcie, że będę się stale doskonalił w naukach lekarskich i że ze wszystkich sił starał przyczynić się do ich rozkwitu i że podam zawsze bez zwłoki do wiadomości świata naukowego wszystko to, co udało mi się wynaleźć lub udoskonalić.”  To słowa przysięgi Hipokratesa, którą składają lekarze. Są to piękne słowa, które każdy lekarz powinien znać na pamięć i nimi się kierować. Ale niestety... Współczesny świat jest okrutny i nawet normy i zasady narzucone z góry i tak oczywiste nie są w stanie kierować życiem niektórych ludzi... Dzisiejsi lekarze biorą łapówki, mordują. Nie liczy się dla nich zdrowie i życie pacjentów tylko własny zysk. Mało jest dzisiaj „prawdziwych” lekarzy. Dlaczego tak jest?

- Cześć Marcin - powiedziałam kiedy weszłam do jego pokoju. Patrzył przez okno, jak zawsze od jakiegoś czasu... Zawsze go lubiłam. Razem się wychowywaliśmy, na jednym podwórku, zawsze nierozłączni. Byliśmy nierozłączni jak rodzeństwo; nie widzieliśmy świata po za sobą. Byliśmy w jednym wieku, ale Marcin był starszy o 2 miesiące. Każde rozstanie było dla nas karą. Od przedszkola zawsze siedzieliśmy razem  w ławce, a kiedy któreś z nas było chore, drugie przynosiły mu lekcje i opowiadało co było w szkole. Nigdy żadne z nas nie miało problemów w szkole, pomagaliśmy sobie nawzajem; nigdy nie pozwoliliśmy żeby któremuś z nas stała się krzywda. Marcin oczywiście miał kolegów, ale nie przyjaciół. Miał tylko mnie, a ja jego. Było nam tak dobrze. Świetnie się rozumieliśmy. Razem dorastaliśmy. Niektórzy nawet mówili, że chyba będziemy małżeństwem, ale to nie było tak - my po prostu byliśmy przyjaciółmi. Aż nagle, nie wiadomo kiedy wszystko się zmieniło...

Oboje dostaliśmy się do wymarzonego gimnazjum. Oczywiście razem. Bardzo się cieszyliśmy. Snuliśmy plany na przyszłość. On chciał zostać lekarzem, a ja prawnikiem. Pierwszy semestr w nowej szkole był bardzo udany. Mieliśmy dobre stopnie, fajnych kolegów i koleżanki. Wszystko zmieniło się po feriach. Wyjechałam na tydzień w góry. Chciałam wziąć ze sobą Marcina, ale do niego przyjechałam rodzina. To była nasza pierwsza rozłąka. Codziennie dzwoniłam. Rozmawialiśmy długo. Pewnego dnia, gdyż nim rozmawiałam poczułam, że coś jest nie tak...

- Hej Marcin co jest? - pytałam.

- Nic. A co ma być? - odpowiedział i zaśmiał sie, ale to nie był jego śmiech. - Ty lepiej już tutaj wracaj, bo nie mam z kim grać  w statki. - żartował. Ale nie uwierzyłam w to. Postanowiłam nie naciskać i nie męczyć go przez telefon. Nie mogłam wytrzymać w górach i chciałam jak najszybciej wracać do domu - czułam, że coś jest tam nie w porządku... Kiedy wróciłam od razu pobiegłam do Marcina. Drzwi otworzył mi jego ojciec.

- Cześć wujek - rzuciłam uśmiechnięta. Wujek Janek, ojciec Marcina, był złotym człowiekiem. Kochał go nad życie bo razem z ciocią Zosią mieli tylko jego. Minie traktowali jak córkę. - jest Marcin? - spytałam.

- Tak. Jest w pokoju. Idź do niego. - odpowiedział mi wujek, więc szybko pobiegłam.

- Hej!- zawołałam szczęśliwa, podbiegłam do niego i przytuliłam mocno. - Tyle czasu cie nie widziałam, że nawet się stęskniłam. - zażartowałam. Spojrzałam mu w oczy i już wiedziałam, że na prawdę coś jest nie tak...

- Marcin, co jest? Co się dzieje? - pytałam.

- A co ma być? Cieszę się, że ci widzę - odpowiedział. - Chodź moja mama upiekła specjalnie dla ciebie sernika. - Chciałam go przycisnąć, ale nie zdążyłam bo zaciągnął mnie do kuchni. Siedzieliśmy przy herbacie i serniku, ja opowiadałam jak było w górach chociaż nie miałam na to ochoty.

- Marcin, chodź pójdziemy się przejść - powiedziałam w końcu.

Poszliśmy nad rzeczkę - nasze ulubione miejsce. Zawsze potrafiliśmy siedzieć tam godzinami i szczerze rozmawiać. Przez całą drogę Marcin próbował udawać, ale ja nie dałam się nabrać. W końcu nie wytrzymałam:

- Marcin, przecież widzę, że coś się stało. Coś jest nie tak. Powiedz mi, co? - prosiłam. Posmutniał.

- Pamiętasz jak ci mówiłem, że mój tato narzeka na bóle brzucha? - skinęłam potwierdzająco głową - I właśnie. On poszedł z tym do lekarza i okazało się.... - zawiesił głos - Gosia... on ma raka.

Nie. Ja chyba się przesłyszałam. Rak?! To niemożliwe. W głowie miałam milion myśli: Jak? Dlaczego? Co dalej? Co będzie?

- Marcin, ale jak to rak? - byłam w szoku. Nie wiedziałam co mam powiedzieć.

- Rak płuc - odpowiedział krótko.

Siedzieliśmy w milczeniu nie wiem ile: 10 minut, 20, godzinę, dwie...  W końcu przytuliłam Marcina i zapewniałam, że wszystko będzie w porządku, że wszystko się ułoży, że wujek wyzdrowieje. Mówiłam i bardzo chciałam w to wierzyć.

Wróciliśmy do szkoły. Marcin stał się milczący. Nie mógł sie na niczym skupić. Nie dziwiłam się. Musiałam mu pomóc. Podtrzymywałam go duchu, rozmawiałam z nim. W szkole pisałam za niego prace, odrabiałam zadania, pomagałam na sprawdzianach. Nie potrafiłam pomóc mu inaczej. Chociaż bardzo chciałam...

Czas mijał. Ojciec Marcina jeździł na zabiegi, brał chemię, lampy. Wkońcu okazało się, że musi mieć operację. W szpitalu publicznym na taką operację trzeba było czekać trzy miesiące. „To niemożliwe” - myślałam. To była poważna sprawa, a oni mówią ze za trzy miesiące! Rodzina Marcina nie widziałam innego wyjścia - dać łapówkę. Złożyła się cała rodzina, nawet moi rodzice. Zebrali w sumie 2 tysiące złotych. „Czym są pieniądze jeżeli nie ma się zdrowia”, powtarzała mama Marcina.

Ma racje - myślałam. Ale dlaczego trzeba płacić żeby je mieć? wtedy się nad tym nie zastanawiałam.  Ale łapówka pomogła. Operacja była w ciągu dwóch tygodni.

Miesiąc po operacji okazało sie, że są przerzuty. To był kolejny cios. Marcin był załamany. Starałam się pomagać jak umiałam. Cały czas byłam z nim. Wujek wyglądał coraz gorzej; załamał się. Z nim też rozmawiałam. Lekarz udawał bezradność. Nawet wprost mówił, że nie pomoże. Czekał na kolejną łapówkę. Tym razem rodzina Marcina nie potrafiła uzbierać odpowiedniej kwoty... Przyszły wakacje. Zdaliśmy, ale nie były to wymarzone ocen, jednak to było nie ważne. Czas mijał, ojciec Marcina chodził na badana do różnych lekarzy, aż w końcu dowiedział się o kolejnych przerzutach... Był załamany. A lekarze nadal czekali... W końcu wujek poszedł do szpitala. Odwiedzałam go codziennie. Cały czas starałam sie być z Marcinem. Czułam, że mnie potrzebuje chociaż nie mówił o tym. Pewnego dnia rano zadzwonił telefon. „O nie” - pomyślałam. „Boże nie...”. Telefon odebrała mama. Już po jej minie wiedziałam co się stało... Szybko się ubrałam, a mama zawiozła mnie do szpitala. Biegłam tak szybko jak tylko potrafiłam. Zobaczyłam Marcina siedzącego na schodach. Ni nie mówiąc podeszłam do niego i mocno przytuliłam.

- On nie żyje - mówił przez łzy - dlaczego... Płakaliśmy oboje.

Miałam ochotę pójść do lekarzy i powiedzieć co o nich myślę, ale nie mogłam zostawić Marcina...

Przysięgę Hipokratesa lekarze powinni znać jak 10 przykazań Bożych. Nie znając tych praw próbują według nich żyć. A z całą pewnością mogę powiedzieć, że łamią dwa z nich: 5. Nie zabijaj - a przecież często świadomie skazują ludzi na śmierć. Nie zastanawiając się, że każdy człowiek to czyjaś matka, ojciec, syn, córka, mąż, żona. Patrzą tylko na swój brudny zysk! To nieludzkie... 7 - nie kradnij - biorąc łapówkę okradają ludzi; odmawiając pomocy medycznej kradną im życie...

„Przyjmując ze czcią i głęboką godnością nadany mi stopień lekarza i pojmując całą wagę związanych z nimi obowiązków przyrzekam i ślubuję, że w ciągu całego życia będę spełniał wszystkie prawem nałożone obowiązki  (...), będę pomagał cierpiącym zwracającym się do mnie o pomoc, mając na celu wyłącznie ich dobro...” Piękne słowa. Co z tego skoro tak bezmyślnie wypowiadane...

A teraz on siedzi przy oknie...