Koniec wieku XIX to czas, który do historii powszechnej nie wchodzi pod hasłem jakiegoś wybitnie istotnego wydarzenia politycznego czy społecznego. Zwykle jednak okresowi schyłkowemu każdego wieku przypisuje się jakieś szczególne znaczenie - często przywołuje się wtedy proroctwa, przypomina apokaliptyczne wizje końca świata i sądu ostatecznego. Ci, którym dane było doświadczyć życia w takim okresie - przełomu wieków, kierują się często emocjami, instynktem, popędami i przesądami, które wywołują strach, prowadzący do stanów chorobowych, do napięcia psychicznego. Trudno stwierdzić, dlaczego taki niepokój budzi moment przejściowy w dziejach - właściwie nic się nie zmienia - tylko liczba oznaczająca wiek, nazwa czasów, ale przecież kategorie te są czysto umowne. Koniec wieku XIX przynosi nastroje charakterystyczne dla fin de siecle, a więc końca wieku. Usposobienie tego czasu i postawę ludzi, którzy ulegali tym trendom określano już wtedy słowem decadence, pochodzącym z języka francuskiego i oznaczającym schyłek. Co wpłynęło na takie ukształtowanie zbiorowej świadomości? Uleganie nudzie i poczuciu bezsensu, negowanie wszelkich działań i wartości kończyło się w efekcie nałogami, biedą i chorobami wenerycznymi. Poglądy tych schyłkowców zamknąć można w stwierdzeniu, że wszystko już było, że nic nowego nie jesteśmy w stanie stworzyć, że świat i ludzkość zmierza do kresu. Wyrazem tych pesymistycznych myśli jest utwór "Evviva l'arte!" Kazimierza Przerwy - Tetmajera. "Po co żyć, po co my żyjemy? Czy cokolwiek z tego ma sens?" - pytają ludzie przełomu wieków. Działania ludzkie są nic nie warte. Nie możemy nic uczynić, aby wydostać się z tego bagna, jakim jest współczesny świata, możemy jedynie w coraz to nowych używkach i środkach pobudzających zmysły uciekać w inny świat, a przez to szukać zapomnienia.

Ludzie, którzy określali siebie dekadentami byli smutni i głęboko nieszczęśliwi. Wynikało to także ze szczególnej wrażliwości, jaką się charakteryzowali, z wyrafinowanych nerwów, a to łączyło się z ich nieprzystosowaniem do świata. Kręgi dekadenckie charakteryzowała głęboka niechęć do reszty społeczeństwa, szczególnie tej określanej mianem filisterskiej, która przymykała oczy na losy świata i ograniczała się do dbania o swój mają tek i byt. Dekadenci nie przywiązywali wagi do wartości materialnych, aby jednak mogli prowadzić ekstrawagancki styl życia, z jakim ich kojarzymy musimy zauważyć, że pieniądze były im potrzebne. Często wśród nich spotkać można było artystów, którzy sztukę pojmowali w sposób szczególny. Nie była ona już rzemiosłem, nie była narzędziem utylitarnym jakiejś idei, czy grupy. Sztuka stała się celem sama w sobie, co wyrażało hasło "sztuki dla stuki". Była wolna od wszelkich norm, zasad, ideologii, nie znała rozróżnienia na dobro i zło, brzydotę i piękno - artysta mógł wyrażać wszystko. Miał wyrażać głębię duszy "we wszystkich jej przejawach" bez żadnych ograniczeń. Była dla nich zatem wszystkim, absolutem, religią. Artystę zaś określało się jej kapłanem. Artyści modernistyczni, jak inni ludzie im współcześni odznaczali się bardzo głęboko rozwiniętym sceptycyzmem, wątpili we wszystko. Jedyne, co było pewne i oczywiste to koniec, śmierć, kres wszystkiego. Dlatego skupiano się na poszukiwaniu drogi ucieczki, zapomnienia, zatopienia się w niebycie. "Wiara w niewiarę" tym paradoksalnym stwierdzeniem określić można ich myślenie. Epoka ta to czas zwątpienia w człowieka, cywilizację, naukę, technikę, Boga, we wszystko. Właściwie nie istniała dla nich taka kategoria, jak przyszłość: świat w poprzedniej epoce przeżył szczyt swego rozwoju, oni zaś uważają się za świadków jego upadku. Podstawą takiego pojmowania dziejów w świata stała się teoria "ewolucjonizmu organicznego", szczególnie istotnego w epoce pozytywizmu. Za naturalne uważali uleganie w tej sytuacji zwierzęcym instynktom i popędom, bowiem człowiek także ulega degradacji, razem z upadającym światem, upada i on. Jak już wspomniałam ich sposobem na zabicie nudy i odsunięcie się od tego świata były używki: od alkoholu zaczynając (podobno Verlaine i Baudelaire pili rozcieńczony denaturat), przez bujny sposób prowadzenia życia erotycznego (właściwiej należało by powiedzieć: przez rozwój różnych form zboczenia seksualnego), na narkotykach (szczególnie morfinie i opium) kończąc. Najbardziej pożądanym stanem była nirwana, a więc uwolnienie całkowite od spraw tego świata. Efektem takiego sposobu prowadzenia życia była ciężka śmierć, pełna bólu i cierpienia, którą umarł między innymi czołowy poeta symbolizmu francuskiego, autor takich utworów, jak "Albatros", czy "Padlina" Charles Baudelaire - zaraził się bakteriami przenoszonych drogą płciową. Czasami nawet narkotyki nie przynosiły ulgi w cierpieniu.

Efektem artystycznych aspiracji tego grona, ale także ich skandalicznego prowadzenia się było określenie, które przyjęło się w odniesieniu do nich - nazywano ich ironicznie "cyganerią wielkomiejską". Obiektywnie patrząc określenie to nawet w swoim negatywnym odcieniu jest adekwatne dla nazwania tej grupy. Bo przecież byli to ludzie, którym zwykle niewiele czasu zajmowało przehulanie dużych nawet sum tak, ze potem zostawali bez grosza na zapłacenie za obiad, po zamknięciu knajp i kawiarń można ich było spotkać na halach dworcowych. Dla przeciętnego, porządnego obywatela musiało to być szokujące, jeśli przypomnimy, że ludzie ci uważali się za elitę umysłowa i kulturalną współczesnego świata. Cyganie na przełomie XIX i XX wieku to nie wesołe grupy wędrowników, bawiących gra, śpiewem i tańcem, ale zakorzenieni w mentalności ówczesnej rabusie i oszuści, których imprezy często przeradzały się w orgie.

Postawa dekadencka była pułapką błędnego koła światopoglądu, który ja ukształtował. Sprowadzała się do bezczynności, marnowania czasu i marnowania życia, a często i talentu. Alfred Schopenhauer, prawodawca dekadenckiej filozofii twierdził, ze nie ma skutecznego sposobu ucieczki przed bezsensem - ani śmierć, ani uczucia, ani nirwana, ani sztuka - nic nie jest w stanie ochronić człowieka. Są to wszystko wartości przemijające, po których zostaje tylko cierpienie. Co zatem pozostawało ludziom żyjącym w świadomości katastrofy, która jeśli już się nie dzieje, to jest nieuchronna? Bezczynność - prowadząca do tworzenia wielkich dzieł lub do samobójczej śmierci.

Pozytywnym skutkiem pesymistycznego i krytycznego pojmowania świata przez artystów przełomu wieków była niewątpliwie zmiana w widzeniu roli sztuki. Domagano się sztuki wolnej, swobodnej, indywidualnej, otwartej, autentycznej - "sztuki dla sztuki". Doprowadziło to do jej formalnego i tematycznego wyzwolenia z wszelkich dotychczasowych tendencji, mód, zobowiązań. Sztuka często stawała się zatem rejestratorem czarnych nastrojów, przeczuć wypływających z głębi duszy podmiotu twórczego. A także ujmującym zapisem towarzyszących im uczuć smutku, melancholii, zagubienia, osamotnienia. Brzydota przedstawiana w naturalistyczny sposób stała się równoprawną kategoria estetyczną także w poezji zarejestrowanej dotychczas dla wysterylizowanych, "wyższych" doznań i tematów. Człowieka i świat często w twórczości tej ograniczano do jego cielesności, organiczności, zewnętrzności, zapominało się, że ma umysł i dusze. Sztandarowym już utworem, który w taki sposób prezentuje rzeczywistość jest "Padlina" Baudelaire'a. W wierszu tym podmiot liryczny w formie apostrofy zwraca się do swej ukochanej, co otwiera od razu skojarzenia z liryką miłosną, erotyczną. Jednak dalszy ciąg zaskakuje, a nawet szokuje. Bo to pierwotne nawiązanie do konwencji okazuje się potrzebne, aby ta konwencje zaburzyć, zniszczyć, zbrudzić. Metodą konstrukcyjna tego utworu jest kontrast, który wywołuje niesmak. Piękny poetycki styl wypowiedzi przeplatany jest tutaj kolokwializmami wszystko koresponduje to z nietypowym zestawieniem na poziomie przedmiotu utworu, a mianowicie połączeniu opisu pięknego ciepłego poranka z przedstawieniem, leżącej w rowie obok drogi padliny. Zestawienie to służy przypomnieniu, że taki los jest wspólny wszystkim organizmom ziemskim, że właściwie niczym nie różnimy się od zwierząt, że tak samo będą nas "toczyć robaki". "Taką będziesz kiedyś" mówi podmiot liryczny do swej ukochanej. Jest to bardzo nietypowe zważywszy na konwencję i estetykę charakterystyczną dla utworów skierowanych do wybranki serca. Tematyka przemijalności, ulotności piękna i wdzięków wyrażona jest tutaj w bardzo brutalny sposób.

Dekadentyzm w literaturze zaowocował także dużą ilością utworów ograniczających się do nieustannego narzekania, użalania się nad sytuacją świata i ludzkości bez konstruktywnych pomysłów na wyjście z tej sytuacji. Pojawiają się jednak w tej epoce negacji i zwątpienia utwory, które wskazują na tworzenia sztuki jako na jedyne wartościowe i sensowne działanie. Przypomnieć warto "Evviva l'arte" Kazimierza Przerwy-Tetmajera, czy "Albatrosa" Charlesa Baudelaire'a. W utworze pod tytułem "Albatros" znajdziemy takie słowa:

"Artysta jest podobny księciu na obłoku,

Który brata się z burzą, a szydzi z łucznika;

Lecz spędzony na ziemię i szczuty co kroku,

Wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka."

Utwór ten po raz kolejny podejmuje temat doskwierającego artystom rozdarcia między ich światem a rzeczywistością filistrów, tłumu szarej ludzkości. Wśród tego społeczeństwa skrzydła, które czynią ich niezwykłymi, wyjątkowymi, które włączają ich w tradycje widzenia poety jako człowieka o szczególnej roli przewodnika, stojącego ponad tłumem okazują się w realnych warunkach przeszkodą, balastem, ograniczeniem, powodem samotności i śmieszności. Poeta jest tutaj nieco niezdarny, nieudolny, bo przecież ma do dyspozycji wielkie narzędzie - symbol wolności - skrzydła, które prowadzą do wyzwolenia, a choć tłumaczy się wpływem innych trudno uwierzyć, że sam nie korzysta z tego wielkiego daru. Że nie wzlatuje ponad bagno świata. Brakuje mu motywacji, wewnętrznej siły i mobilizacji, aby wzbić się w przestworza i tak marnieją bezużyteczne skrzydła, marnieje człowiek i jego talent, marnieje poezja i sztuka.

We wspomnianym utworze Kazimierza Przerwy - Tetmajera uważanym również za swoisty manifest epoki przeczytamy "życie nasze nic niewarte" - jako wyraz typowego "dla dziecięcia wieku" zniechęcenia. Ale z drugiej strony przeczytamy wracające, bo często powtarzane tutaj sformułowanie: "Evviva l'arte!", a więc "Niech żyje sztuka!" W zestawieniu z poczuciem bezsensu słowa te wydają się być desperackim krzykiem rozpaczy człowieka, który chce się uchwycić czegokolwiek. Bo absolutyzacji sztuki w świecie zanegowanym towarzyszy obserwacja realiów świata: "Niech pasie brzuchy nędzny filistrów naród" - jak przeczytamy w utworze. Mimo więc tego okrzyku mamy poczucie jakiegoś bezbrzeżnego smutku i bezsensu świata i wszelkich działań. Właściwie odnieść można wrażenie, że utwór ten jest wyrazem wewnętrznej walki podmiotu z samym sobą, bo momentami mamy wrażenie, że sam sobie przeczy, a jego słowa przesycone są ironią. Jeśli nic nie ma sensu, to po co głosić pochwałę sztuki. Po co tworzyć?

Warto tutaj zastanowić się także nad tym, czy dekadentyzm jest zjawiskiem, które skończyło się wraz z końcem życia ludzi, dla których był swoistą religią, wyznaniem wiary w niewiarę. Nastroje dekadenckie towarzyszom chyba ludziom wszystkich przełomów wieków, co wiąże się z jakąś magicznością czasu, z przekroczeniem (umownej przecież) granicy stuleci.

Ale także wśród dzisiejszej młodzieży, która często podkreśla, że warunki są dla jej rozwoju nieprzychylne, że nie ma perspektyw na przyszłość nazwać możemy współczesnymi dekadentami. Szarość życia, nuda codzienności, bieda realiów owocuje zniechęceniem i bezsensem, którego skutkiem także są nałogi, zboczenia, przemoc. Młodzież osiedlowa metropolii miejskich tworzy często mini społeczność z własna subkulturą, stylem życia, hierarchią wartości. Jest to swoista cyganeria naszych miast. Swoje poglądy manifestują w tekstach hip-hopowych piosenek, czy w kolorowych lub utrzymanych w odcieniach bieli i czerni graffiti. Centrum ich życia kulturalnego i towarzyskiego stanowi ławka pod blokiem. Warto zauważyć i chyba należy się przyznać do tego, że dekadencki stan ducha staje się czasami i naszym udziałem. Właściwie jest to bardzo łatwe i wygodne - ulec takim pesymistycznym nastrojom. Aby wyzwolić się z bezczynności, do której przyzwyczaj i którą w pewien sposób uzasadnia filozofia schyłkowców trzeba wielkiej wewnętrznej siły przede wszystkim osobistej, która leży w naszym charakterze. Czy bezrobocie, trudna sytuacja materialna, środowisko, otoczenie - to rzeczywiście pełne i uczciwe wytłumaczenie. Może to tylko przykrywka, naciągane usprawiedliwienie, bo trudno przed sobą samym przyznać się do słabości i duchowego lenistwa. Gdzieś w naturze człowieka leży pytanie o sens świata, natury, jego samego. W pewnym sensie po to człowiek myśli, żeby tego sensu poszukiwać, może także po to, żeby wątpić. Przyznać jednak trzeba, że są w dziejach ludzkości czasu bardziej nastrajające dekadencko i mniej. Zjawisko to największe rozmiary przybrało właśnie na przełomie XIX i XX wieku. Trzeba więc sprawiedliwie stwierdzić, ze czynniki społeczne, polityczne, historyczne w znacznym stopniu wpływają na postawę człowieka. Świadczy to o jego zależności od wielu czynników, ale także o jego wrażliwości. Jeśli ulegnie on czynnikom zewnętrznym wpada w błędne koło zależności od swoich nastrojów i stanów ducha, kieruje się emocjami, przestaje być panem samego siebie, żyje w pułapce i całe jego bycie i działanie podporządkowane jest wrażeniom, uczuciom, które nie mają solidnej podstawy.