Właśnie przyszło mi na myśl, że zacznę pisać wspomnienia, by utrwalić ważne wydarzenia z mego życia. Nazywam się Wipsaniusz, ma 20 lat i pochodzę z Rzymu. Mam żonę Kryspinillę i dwoje dzieci: Marcusa i Aidę. Chłopiec ma 6 lat, a dziewczynka 5. Oboje są za mali, by pójść się uczyć. Nasze mieszkanie położone jest w pobliżu Koloseum. Dom ma jedno piętro. Jestem pracownikiem pobliskiej piekarni, dzięki czemu moja rodzina ma codziennie świeże pieczywo.

Poniedziałek 25 maja

Mam urlop! Za kilka dni rozpoczynają się wielkie igrzyska, więc stwierdziłem, że należy mi się przed nimi trochę odpoczynku. Rzym oferuje wypoczywającemu człowiekowi wiele atrakcji, ja również postanowiłem z nich skorzystać. Co prawda dzień zaczął się nieszczególnie. O piątej obudził mnie wóz wywożący placki jęczmienne z naszej piekarni. Już nie mogłem zasnąć. Podziwiałem przepiękny wschód słońca, a potem udałem się z wielką przyjemnością do łaźni. Wcześniej zjadłem śniadanie złożone z placka pszennego, kilku fig i krateru słabego za to niezwykle wonnego wina. Potem wyruszyłem w stronę Term. Tam u drzwi spotkałem capsariusa, na ręce którego złożyłem opłatę za wstęp, a potem już tylko przebieralnia i już mogłem oddać się celebracji pierwszego wolnego dnia. Skorzystałem najpierw z wielkiej wanny wypełnionej zimną wodą. Maj to już u nas pora upałów, więc to mi zrobiło wspaniale - ochłonąłem i zrelaksowałem się. Następnie wyruszyłem do biblioteki, by pogrążyć się w lekturze książki, na którą już dawno miałem ochotę. Po dwóch godzinach tej przyjemności poszedłem zobaczyć, co słychać w efebium, a tam właśnie odbywały się zapasy. Tam spędziłem czas do piętnastej. Była to godzina, w której mężczyźni opuszczali łaźnie, które oddawano wyłącznie na użytek kobiet. Wyszedłem więc i ja i odebrawszy rzeczy od szatniarza, ruszyłem spacerem w stronę domu. Czułem się wypoczęty i szczęśliwy. W dodatku Kryspinilla uraczyła mnie w domu wspaniałym obiadem. Na stole piętrzyły się stosy winogron z naszej własnej winnicy położonej nieco za miastem, wspaniale pachniała pieczona wołowina podana w aromatycznym ziołowym sosie, a na deser dostałem mój ulubiony krem waniliowy. Uśmiechnięta żona oznajmiła mi, że po ciężkiej pracy należy mi się wypoczynek, więc wieczorem poszedłem do tawerny "Pod Pędzącym Rydwanem", gdzie miałem nadzieję spotkać przyjaciół, napić się wina i zjeść półmisek rydzów z Noricum będących specjalnością zakładu. Tak się też stało - do późna rozmawialiśmy o przyszłych igrzyskach, robiliśmy zakłady, radziliśmy sobie wzajemnie i żartowaliśmy. Umówiliśmy się też na polowanie w przyszłym tygodniu. Cieszę się, bo szczęście zawsze mi dopisuje, a Kryspinilla potrafi przyrządzić fantastyczne potrawy z upolowanych zwierząt. Co prawda wyrzucam sobie, że przegrałem trochę pieniędzy w kości, a trudno - jak się bawić to się bawić! Wróciłem do domy po północy i trochę się obawiałem reakcji żony, ale już spała. Rano podzielę się moimi planami z Kryspinillą, z polowania pewnie będzie zadowolona. Gorzej będzie, kiedy zapyta mnie, na co wydałem tyle pieniędzy, ale może uda mi się ją jakoś udobruchać. Mam nadzieję. Ależ jestem zmęczony, pora na sen.

Wtorek 2 czerwca

Nareszcie pierwszy dzień igrzysk, już myślałem, że się nie doczekam! Od wczesnego ranka dzieliłem się z sąsiadami radością, całe miasto przybrało odświętny wygląd, a jego mieszkańcy nie ukrywali podniecenia. Każdy miał swoich faworytów. W dodatku do Rzymu napłynęły setki gości, mieszkańców bliższych i dalszych okolic - miasto tętniące życiem na co dzień, teraz stało się prawdziwym wulkanem, wszędzie tłok, ścisk, okrzyki, śmiech! Byliśmy oczywiście dobrze przygotowani do uroczystości. Miasto zostało obwieszone tablicami, na których widniał program igrzysk. Część pokazów odbywała się w Koloseum, część w Cyrku Wielkim. Obwieszczano także, które konkurencje można oglądać bezpłatnie, a na które trzeba mieć bilety wstępu i gdzie je kupić. Przy Amfiteatrze Flawiuszy rozbito liczne namioty dla tych przybyszów, którym wystarczały noclegi bez wygód. Dla innych były otwarte liczne hotele i tawerny z pokojami, gdzie można było urządzić się wygodniej. Minąwszy pole namiotowe wkroczyłem do amfiteatru, i udałem się na swoje miejsce. Byliśmy we trzech: ja, Jolaos i Aulus. Jesteśmy przyjaciółmi i od dawna trzymamy się razem. Na rozpoczęcie igrzysk trzeba było jeszcze trochę poczekać, ale wreszcie rozbrzmiał gong oznajmiający początek widowiska. Jak zwykle na początku odbywały się vanatio, czyli walki zwierząt. Choć nie jestem człowiekiem uwielbiającym krwawe sceny, nie mogę zaprzeczyć, że jest coś niezwykłego w podziwianiu siły mięśni i sztuki walki, jaką zwierzęta bardzo mi imponują. Na arenę wjechały dwie olbrzymie klatki, z których po chwili wyskoczyły tur germański i olbrzymi niedźwiedź. Zwierzęta zastygły w bezruchu i mierzyły się wzrokiem, oceniając siły przeciwnika. Zapadła cisza, podziwialiśmy olbrzymie cielska, napięcie wzrastało z minuty na minutę. Pierwszy zaszarżował tur, jego galop odbijał się echem o ściany amfiteatru. Na pozór niezdarny niedźwiedź bez trudu uniknął ciosu usuwając się zgrabnie przed ciosem straszliwych rogów i zaatakował z boku. Głośny ryk przeszył amfiteatr - tur zachwiał się, jego bok został rozdarty niedźwiedzią łapą. Nieco osłabiony nie stracił jednak nic ze swojej potęgi. Tury germańskie, wiem to z doświadczenia, są bardzo wytrzymałe. Potrafią na przykład godzinami uciekać nawet ciężko ranne, potrafią też być w takim stanie bardzo groźne, dlatego trzeba mieć dużo doświadczenia, by na nie z powodzeniem polować. Po chwili tur zaatakował i zwalił niedźwiedzia z łap. Teraz wiedzieliśmy, że zwycięstwo rogatego olbrzyma jest już tylko kwestią czasu. Ale nie..., niedźwiedź się podniósł i ryknąwszy straszliwie zatopił kły w karku tura. Byliśmy zaskoczeni! Tego jeszcze nie było - niedźwiedź górą! To musi być jakiś niezwykły egzemplarz! Krzyczałem wraz z innymi porwany nastrojem walki. Dopiero potem, kiedy Jolaos przypomniał mi, że się z nim założyłem, że niedźwiedź przegra, mój zapał nieco osłabł.

W południe wszyscy trzej ruszyliśmy coś zjeść. Komentarzom na temat venatio nie było końca. Podczas posiłku złożonego z pieczonej baraniny, gotowanych jarzyn i prażonego bobu czytaliśmy libellus kupiony przed amfiteatrem, w którym spisano nazwiska gladiatorów, mających walczyć ze sobą po południu. Jak każdy Rzymianin cenię sobie odwagę i męstwo oraz zimną krew i opanowanie w trudnych sytuacjach. Pojedynki gladiatorów dają im okazję, by popisać się właśnie tymi cechami. Ostatnio trochę się mówi o tym, że te walki na śmierć i życie należałoby potępić. Ja nie widzę w nich nic złego, ale mogę się mylić...

Gladiatorzy, których oglądaliśmy po południu trochę mnie zawiedli. Liczyłem na większe emocje, a tymczasem byli powolni i zupełnie pozbawieni chęci walki. Patrzyli przy tym na widzów wzrokiem pełnym pogardy i groźby. Coś niecoś już słyszałem, że nastroje wśród nich nie są najlepsze, czyżby myśleli o buncie?

W nieco pesymistycznych nastrojach ruszyliśmy wieczorem do domów. Byłem bardzo zmęczony, zwłaszcza że dzień zaczął się dość wcześnie. Z tymi gladiatorami to nie taka prosta sprawa. Może my, rzymianie, powinniśmy się jednak zastanowić nad zmuszaniem ludzi do walk na arenie. W końcu jest tylu chętnych, którzy dobrze opłaceni będą uprawiać ten ryzykowny sport...

Sobota 13 czerwca

Dziś wzięliśmy z Kryspinillą udział w niezwykle wzruszającym i uroczystym wydarzeniu. Mój przyjaciel, Aulus, brał ślub z ukochaną Wipsanią. Ich historia niejednemu wycisnęłaby łzy z oczu. Wipsaniusz długo ubiegał się o rękę Wipsanii, jej ojciec nie chciał się zgodzić na ślub. Młodzi kochali się "z daleka", słali do siebie listy i spotykali się ukradkiem. Pewnego dnia Wipsania została napadnięta podczas spaceru nad brzegiem Tybru. Szczęściem Aulus był swoim zwyczajem w pobliżu ukochanej. Z poświęceniem walczył z dwoma bandytami i został ciężko ranny. Dziewczynie nic się nie stało. Wtedy ojciec Wipsanii przejrzał wreszcie na oczy, ale cóż... wydawało się, że Aulus nie przeżyje. Ukochana czuwała bez przerwy przy jego łożu. Choroba trwała pół roku, a potem Aulus musiał długo dochodzić do siebie, stracił w walce jedno oko. Mimo to pozostał tym samym pogodnym, wesołym człowiekiem. Mawiał, że dla Wipsanii jest gotów stracić dużo więcej. Teraz wreszcie stanęli na ślubnym kobiercu.

Oboje wyglądali pięknie. Panna młoda miała na sobie lśniąco białą tunikę i jaskrawo czerwony welon. Zwyczajem rzymskich kobiet przy todze został umocowany węzeł, który pan młody miał w odpowiednim czasie rozwiązać. Aulus był ubrany w odświętną togę. Zgodnie z ceremonią najpierw odbyły się wróżby, w których my goście nie mogliśmy uczestniczyć. Potem ślubna para złożyła ofiarę bogom ziemi i płodności. Następnie odbyły się uroczyste zaślubiny i zakochani oznajmili, że pragną rozpocząć wspólne życie.

Wreszcie rozpoczęło się długo oczekiwane przez gości wesele. Wipsanii nie odstępowała pronuba - osoba ciesząca się szacunkiem i nieposzlakowaną opinią. To ona oddała Aulusowi Wipsanię za żonę i naprawdę, wierzcie mi, łzy płynęły z oczu zwłaszcza tym, którzy znali ich historię. Uczta weselna odbyła się w domu panny młodej. Czegóż tam nie było! Pieczone ptactwo pięknie przybrane owocami i ziołami, najlepsze owoce, przednie wino, wielkie misy z doskonale przyrządzonym mięsiwem. Stoły ubrano białymi i bladożółtymi różami, wśród których Wipsania wyglądała uroczo. Na widok młodej pary moja żona, Kryspinilla, przytuliła się do mnie i zapytała, czy pamiętam nasze wesele. Pamiętam, jakże mógłbym zapomnieć! Też byłem wzruszony.

Wkrótce nastąpił moment przeprowadzenia panny młodej do domu męża. Zgodnie ze zwyczajem Wipsania miała płakać i bronić się przed tym, ale nie bardzo jej się to udało. Pronuba wcale nie musiała się starać, by odebrać ją matce i oddać mężowi. W uroczystym pochodzie, w towarzystwie orkiestry grającej na aulosach przeszliśmy do domostwa Aulusa, który przywitał żonę wodą i ogniem. Nastąpił według mnie najbardziej wzruszający moment uroczystości. Wipsania cichym, niezwykle uroczystym głosem wyrzekła sakramentalne: "gdzie ty, gajus, tam ja, gaja", przyrzekając tym samym mężowi wierność i oddanie. Sam miałem łzy w oczach.

Pozostało już tylko namaścić drzwi domu wilczym sadłem - tak chce obyczaj, to w końcu dzięki troskliwej wilczycy mamy Rzym! Kiedy nowożeńcy znaleźli się w atrium, my goście zaczęliśmy dyskretnie opuszczać ich dom.

Był piękny czerwcowy wieczór, upał zelżał, w powietrzu czuło się zapach róż i hibiskusów. wracaliśmy z Kryspinillą do domu wspominając nasze wesele i z całej duszy życząc nowożeńcom szczęścia na nowej drodze życia. To był piękny dzień, na długo pozostanie w mojej pamięci. Ach, szkoda, że nie można go w żaden sposób utrwalić. Musimy polegać na swojej pamięci i moich zapiskach. Ale może kiedy, w przyszłości ktoś znajdzie sposób, by przywołać wrażenia z przeszłości?