Przejdź na stronę główną Interia.pl
Joseph Conrad

Streszczenie szczegółowe

Rozdział pierwszy

Jim pracował jako “akwizytor dostawcy okrętowego”. Kiedy w porcie pojawiał się jakiś statek, akwizytor musiał dotrzeć do jego kapitana przed innymi i skutecznie zareklamować mu magazyn swego pracodawcy, u którego można było zaopatrzyć okręt w żywność i wszystkie niezbędne podczas żeglugi przedmioty. Jim był bardzo sumienny i miał talent, dzięki czemu wywiązywał się ze swych obowiązków bardzo dobrze, jednak - mimo, iż pracodawcy byli z niego zadowoleni i dobrze mu płacili - często przenosił się z miejsca na miejsce. Wiodąc taki tryb życia stał się znany w takich wschodnich portach, jak Bombaj, Kalkuta, Rangun, Penang i Batawia. Później przeniósł się do malajskiej dżungli, gdzie tubylcy nadali mu przydomek “Tuan”- znaczący mniej więcej tyle, co “lord”. Urodzony “na plebani”, jako jeden z pięciu synów, szybko ujawnił swą tęsknotę do życia na morzu i został posłany “na statek szkolny dla oficerów marynarki handlowej”. Był bardzo zręczny, silny i odważny, ale okazywał też wiele innych zdolności przydatnych w zawodzie marynarza. Pewnego razu, podczas sztormu, w pobliżu stojącego w porcie okrętu szkolnego zderzyły się dwa statki. Młodzi marynarze rzucili się na ratunek. Jim jednak zbyt późno usłyszał wezwanie i nie zdążył się przyłączyć. Przez pewien czas był z siebie z tego powodu niezadowolony, ale górę wzięło w nim przekonanie, że poradziłby sobie w o wiele trudniejszych sytuacjach.

Rozdział drugi

Po dwóch latach nauki wypłynął w morze. Jako chłopiec wiele marzył o morskich przygodach, jednak rzeczywiste, monotonne życie okrętowe okazało się całkiem wyjałowione z jakichkolwiek przygód. Mimo rozczarowania sumiennie wypełniał swe obowiązki i dosłużył się szybko stopnia pierwszego oficera “na pięknym statku”. Nie miał jednak szczęścia, gdyż podczas jednego ze sztormów został przygnieciony przez spadającą belkę. Dopiero po wielu dniach mógł się podnieść z łóżka, ale ciągle kulał i w jednym ze wschodnich portów musiał pójść do szpitala. Okręt odpłynął bez niego. Kiedy mógł już chodzić bez laski, długi czas bezskutecznie poszukiwał okazji, aby powrócić do ojczyzny. W tym okresie przebywał głównie w wielobarwnym towarzystwie marynarzy, którzy poszukiwali w większości jak najbardziej dogodnych dla siebie warunków i z tego powodu nie darzyli sympatią ciężkiej i wymagającej pracy na statkach europejskich. Jim uległ ich swoistemu urokowi i zaciągnął się na przerdzewiały parowiec “Patna”, gdzie otrzymał stanowisko pierwszego oficera. Statek ten zabrał na pokład 800 pielgrzymów - mężczyzn, kobiet i dzieci. “Patna” wyruszyła w kierunku Morza Czerwonego.

Rozdział trzeci

Pewnej nocy statek płynął wytyczonym kursem do Perimu. Morze było spokojne, zaś pielgrzymi pogrążeni w głębokim śnie. Kończący swą wachtę Jim wpatrywał się w niebo i wodę, urzeczony ciszą i poczuciem pełnego bezpieczeństwa. Zadumę przerwało przybycie kapitana - opasłego, ordynarnego Niemca, do którego chwilę później dołączył drugi mechanik, który pod wpływem alkoholu stał się nagle bardzo rozmowny i śmiały. Zaczął narzekać na swoją ciężką pracę, a także na skąpstwo kapitana i starszego mechanika. Starszy mechanik był dobrym kamratem kapitana. Dwadzieścia lat wcześniej został wyrzucony ze statku, na którym pływał, za jakieś przewinienie, o którym nigdy nie mówił, ale ponieważ na wschodnich morgach brakowało ludzi znających się na obsłudze okrętowych maszyn parowych, znalazł pracę i zaprzyjaźnił się ze swym obecnym przełożonym. Pogwarki i zuchwałe przemowy drugiego mechanika przerwał niespodziewany wstrząs. Mechanik przewrócił się, jednak nic więcej nie zwiastowało katastrofy.

Rozdział czwarty

W miesiąc później Jim zeznaje przed sądem i próbuje rzeczowo odpowiadać na pytania, dotyczące wydarzeń tamtej nocy. Otrzymał wówczas od kapitana polecenie sprawdzenia na dziobie czy statek nie jest uszkodzony. Pod pokładem, w dziobowym skrajniku, spostrzegł gromadzącą się szybko wodę. Kiedy powrócił, zobaczył jak drugi mechanik ze złamaną ręką biegnie na oślep przed siebie. Wpadł on w panikę, przewidując szybkie zatonięcie okrętu, ale kapitan obalił go na pokład i nakazał zatrzymać maszyny. Sam kapitan zachował spokój i mruczał do siebie coś - tyle tylko Jim usłyszał - o parze.

W napełnionej krajowcami i Europejczykami sali sądowej był jeden człowiek, na którego Jim zwrócił uwagę. Był to biały, który siedział samotnie na uboczu i wpatrywał się w zeznającego takim wzrokiem, jakby rozumiał uczucia nurtujące dręczonego pytaniami o suche fakty mężczyzny. Człowiekiem tym był Marlow.

Rozdział piąty

Marlow zaczyna po sutym obiedzie snuć swoją opowieść “o paniczu Jimie”. Z początku jednak skarży się na swego złośliwego “diabła”, który skłania różnych ludzi do zwierzeń w obecności Marlowa.

Tajemnicza sprawa “Patny” i związane z nią śledztwo cieszyły się wtedy wielkim zainteresowaniem wszystkich, którzy byli związani z morzem. Marlow, który przebywał wówczas w tym wschodnim porcie, stykał się na każdym kroku z różnymi opowieściami i spekulacjami na ten temat. Pewnego razu zaś zobaczył przed sobą czterech ludzi, którzy - jak od razu odgadł - byli z tą głośną sprawą bezpośrednio związani. Na czele kroczył szybko niechlujnie ubrany, opasły olbrzym, który zmierzał wprost do kapitanatu portu. Elliot, szef kapitanatu, starszy mężczyzna szykujący się już do przejścia na emeryturę, natychmiast przyjął kapitana “Patny”. Z biura słychać było przez pewien czas odgłosy zaciekłej awantury. Kiedy zwalisty Niemiec wyszedł, ciskał przekleństwami na urzędnika, który odebrał mu “certyfikat”. Marlow, wiedziony ciekawością, stał ciągle w pobliżu i przyglądał się pozostałej trójce. Jego uwagę przykuł młodzieniec, który swą wyniosłą i obojętną postawą odcinał się od pozostałych dwóch. Marlow - mający w tych sprawach duże doświadczenie, gdyż przez długi czas szkolił młodych ludzi na oficerów brytyjskiej marynarki handlowej - doszedł do wniosku, że ten opanowany, dobrze zapowiadający się młodzieniec, jest typem oficera, któremu bez wahania można powierzyć okręt.

Kapitan “Patny”, ciągle złorzecząc, pozostawił swoich trzech towarzyszy na łasce losu i odjechał. Od tej pory Marlow więcej o nim nie usłyszał. Starszy mechanik również szybko się ulotnił. Odnalazł on Marianiego - mającego wobec niego jakieś dawne zobowiązania właściciela szynku - i u niego, w jednym z pokojów, ukrył się korzystając z nagromadzonych w gospodzie trunków. Trzeciego wieczora uciekł “przed legionami stonóg” i jak nieprzytomny wypadł na ulicę. Trafił potem do szpitala, gdzie przebywał już drugi mechanik, który kurował tu swą złamaną rękę. Odwiedzając jednego ze swych marynarzy Marlow spostrzegł pierwszego mechanika i zapytał go o “Patnę”. Usłyszał jednak tylko tyle, że statek pełny “różowych ropuch” zatonął. W rozmowie z lekarzem Marlow dowiedział się, że chory cierpi na delirium tremens, wywołane trzydniowym pijaństwem. Lekarz twierdził też, że chory jest rzadkim przypadkiem, gdyż dręczą go wizje ropuch, a nie - jak to zwykle bywa - węży.

Rozdział szósty

Jim był jedynym przesłuchiwanym w sprawie uszkodzenia “Patny”. Jednym z dwóch ławników był Montague Brierly. Podczas przesłuchań zachowywał obojętny spokój, ale w niecały tydzień później popełnił samobójstwo. Wydarzenie to opisywał dwa lata później w swej rozmowie z Marlowem Jones, pierwszy oficer Brierly'ego.

Jones zasadniczo odnosił się grzecznie do innych ludzi, jednak nie potrafił zachować spokoju podczas kontaktów z kapitanem Brierly, gdyż czuł się poniżony w obcowaniu z tym człowiekiem, który - jak to można było odczuć stykając się z nim - uważał się za doskonałego w postawie i działaniu. Pewnej nocy Brierly po zakończeniu swej wachty poszedł na rufę i zniknął. Według wszelkiego prawdopodobieństwa wyskoczył - znaleziono jego złoty zegarek starannie przywiązany do relingu. Z całą pewnością utonął, gdyż zdarzenie to miało miejsce na pełnym morzu. Jones był jednak wstrząśnięty z innego powodu. Kapitan zostawił dwa listy: jeden w którym żegnał swego pierwszego oficera jak ojciec syna i dawał do zrozumienia, że dowództwo tego statku należy się Jonesowi, oraz drugi - do armatora statku z rekomendacją Jonesa i prośbą o przekazanie “Ossy” pod jego dowództwo. Brierly pozostawił też pierwszemu oficerowi swego ulubieńca - pięknego psa wabiącego się Korsarz. Jones nie otrzymał jednak dowództwa. Na miejsce Brierly'ego przyszedł kapitan “Pelionu”. Nowy kapitan uważał, że niechęć pierwszego oficera do nowego przełożonego jest spowodowana tym, że dowództwo “Ossy” przeszło Jonesowi koło nosa. Jednak prawda była inna. Pierwszy oficer nie mógł zapomnieć tego, że Brierly za cenę swego życia chciał mu utorować drogę do długo oczekiwanego awansu. Jones - po kłótni z nowym kapitanem porzucił “Ossę”, zaś w dwa lata później otrzymał dowództwo innego statku - “Królowej Ognia”. Wówczas też Jones opowiedział całą tę historię Marlowowi.

Marlow powraca do osoby samego Briely'ego, który - po jednym z przesłuchań - zaproponował, aby Marlow nakłonił Jima do niezwłocznego opuszczenia tego portu. Twierdził, że sytuacja, w której znalazł się pierwszy oficer “Patny” jest co najmniej niesmaczna i dlatego powinien się z niej spróbować wyplątać nie przebierając w środkach. Brierly ofiarował też pieniądze, które Marlow miałby przekazać Jimowi. Pierwszy oficer “Patny” - wychodząc po przesłuchaniu tuż za dwoma kapitanami słyszał tę rozmowę, ale wydawało mu się, że to Marlow wysunął tę hańbiącą w oczach młodzieńca propozycję. Młody oficer zaczepił go więc, ale Marlow - początkowo rozdrażniony gwałtowną napaścią, później jednak raczej współczujący młodzieńcowi - wytłumaczył, że zaszła pomyłka, a następnie, już całkiem uspokojony, zaprosił go do hotelu “Malabar” na obiad.

Rozdział siódmy

Sala restauracyjna hotelu była wypełniona rozgadanymi podróżnymi, gdyż właśnie przybył “parowiec płynący na Wschód”. Byli to w większości bogaci turyści, którzy wyprawili się w tę podróż dla rozrywki. Wśród gwaru Jim rozmawiał z Marlowem o przesłuchaniu i wypadkach, które miały miejsce na “Patnie”. Przyznał się, że śledztwo jest dla niego wielką psychiczną męczarnią, jednakże nie może haniebnie uciec, jak to zrobili pozostali trzej członkowie załogi. Rozważał swą sytuację, która nie przedstawiała się zachęcająco. Rozgłos, jaki miała sprawa “Patny”, zamykał mu właściwie drogę dalszej kariery na morzu. Nie mógł też wracać do ojczyzny, gdyż nie mógłby spojrzeć w oczy swemu ukochanemu ojcu, który tak wielką nadzieję pokładał w swym synu - marynarzu. Jim próbował nie usprawiedliwiać się, ale wytłumaczyć - może rozmówcy, a może sobie samemu - dlaczego tak, a nie inaczej postępował w obliczu katastrofy statku. Kiedy zobaczył tej pamiętnej nocy przerdzewiałą gródź, która była wygięta w kierunku dziobowego międzypokładu zapełnionego śpiącymi pielgrzymami, został sparaliżowany przez myśl o nieuchronnej śmierci oczekującej wszystkich pasażerów i załogę, gdyż wydawało się, że nie ma czasu na spuszczenie na wodę łodzi, które i tak mogły pomieścić najwyżej połowę ludzi. Sytuacja przerosła tego młodzieńca, który przez cały czas żył w swym wyimaginowanym świecie bohaterskich czynów. Jim nie mógł sobie tego wybaczyć. W tamtym zaś - zdawałoby się - ostatnim momencie życia chciał uchronić siebie i innych od atmosfery panicznego popłochu, która towarzyszyłaby umieraniu ludzi zbudzonych w takim momencie.

Rozdział ósmy

Stojąc nad lukiem Jim doszedł do wniosku, że mógłby uwolnić łodzie ratunkowe, które miałyby szanse pozostać na powierzchni po zatonięciu okrętu. Pobiegł zatem w kierunku śródokręcia, gdzie łodzie miały swe miejsce. Po drodze zaczepił go jakiś krajowiec prosząc w swoim języku o wodę. Jim z początku nie zrozumiał go i odepchnął, dopiero później, gdy nie mógł się pozbyć natręta, pojął o co chodzi i spełnił prośbę pielgrzyma. Chwilę później natknął się na kapitana i jego trzech kamratów, którzy - w tajemnicy przed pasażerami - usiłowali uwolnić jedną z łodzi.

Marlow na moment przerywa opowiadanie i stwierdza, że w momencie, kiedy słuchał tego rachunku sumienia młodego oficera, dostrzegał w Jimie człowieka, jak zawsze zresztą w podobnych przypadkach, nie zwracając uwagi na rozmaite odwracające uwagę pozory w rodzaju stroju czy też wyuczonego zachowania.

Powracając do przerwanego wątku Marlow wspomina, jak Jim podkreślał, iż trzymał się na uboczu od trzech mocujących się z łodzią typów, którzy, w założeniu, mieli stanowić załogę troszczącą się o bezpieczeństwo pasażerów, a w rzeczywistości zastanawiali się tylko, jak ocalić własną skórę. Scenie tej przypatrywali się też bez żadnej reakcji dwaj Malaje - sternicy, stojący przy kole sterowym. Podczas przesłuchań znaleźli się oni w gronie świadków i okazało się, że jeden nie zastanawiał się nad celem działania Europejczyków, drugi zaś był w pełni przekonany, że działają oni dla dobra pasażerów i okrętu. W pewnym momencie pierwszy mechanik poprosił Jima, aby pomógł im opuścić łódź na wodę. Kiedy jednak prośby nie pomagały, nazwał Jima tchórzem i zaczął mu wymyślać, co wywołało gwałtowną reakcję młodego oficera, który jeszcze podczas swego opowiadania głęboko przeżywał ten moment.

Rozdział dziewiąty

Jim zapragnął, aby “Patna” zatonęła wreszcie przerywając tę piekielną komedię, której był świadkiem. Jakby w odpowiedzi na to na horyzoncie pojawiła się czarna chmura, zwiastująca nadciągającą burzę. W tych warunkach najmniejsza fala oznaczała dla okrętu śmierć. Kapitan i jego towarzysze wpadli prawie w panikę, Jim zaś przypomniał sobie o swym zamiarze i poodcinał liny wiążące pozostałe łodzie. Powrócił na poprzednie miejsce i ponownie spoglądał z obrzydzeniem na mocujących się z łodzią Europejczyków. W tym czasie pod okrętem przepłynęła pierwsza “martwa fala” oznajmiająca nadejście burzy. Chwilę później palacz, zastępujący trzeciego mechanika, człowiek najprawdopodobniej chory na serce, upadł i skonał. Wówczas jednak Jim jeszcze tego nie wiedział. Okrzyki zaś kapitana i dwóch mechaników obudziły kilku pielgrzymów, jednak Europejczycy nie zwracali na nich uwagi, gdyż właśnie udało im się opuścić łódź na wodę. Kiedy już znaleźli się w łodzi, zaczęli nawoływać zasłabłego przed chwilą towarzysza, który leżał już bez życia na podkładzie. Okręt zaczął się powoli zanurzać, zaś Jim, nie wiedząc sam, co robi - skoczył do łodzi.

Rozdział dziesiąty

Światła statku zniknęły w ciemnościach i uciekinierzy byli przekonani, że okręt zatonął. Jim uświadomił sobie, w jaką otchłań bezpowrotnie się stoczył, i zapragnął skoczyć do morza, dopłynąć na miejsce katastrofy i tam utonąć. Jednak nie wyskoczył. Po pewnym czasie jego towarzysze, przekonani, że mają do czynienia z palaczem, zaczęli mu wyrzucać, że tak długo zwlekał ze skokiem. Kiedy jednak przekonali się o swej pomyłce, zaczęli obrzucać Jima najstraszliwszymi obelgami i grozić, że wyrzucą go za burtę. Jednak na pogróżkach się skończyło. Młody oficer był w tym momencie gotowy na wszystko od śmiertelnej bójki do wyskoczenia za burtę. Oczekiwał nawet, że rzucą się na niego, co być może kosztowałoby go śmierć, ale uwolniło od strasznej świadomości wynikającej z tak dokładnego poznania siebie w tych ekstremalnych warunkach. Sześć godzin spędził czuwając na dziobie z ciężkim kawałkiem drewna w ręku. O świcie trzej pozostali rozbitkowie zaczęli się do niego, jako towarzysza niedoli, odnosić bardziej ugodowo. Jim zgodził się pełnić wachtę, i podczas gdy reszta spała w cieniu żagla on sam czuwał i zadawał sobie ciężką pokutę, wystawiając się przez cały dzień na palące promienie podzwrotnikowego słońca

Rozdział jedenasty

W łodzi miał wiele czasu na rozmyślanie i doszedł do wniosku, że jeśli już wydarzyło się coś takiego i okazał się tchórzem, jako dżentelmen nie ma prawa uciekać od życia i od konsekwencji swego postępowania. W ten właśnie sposób wyjaśnił Marlowowi sens nieugiętego trwania podczas dręczących przesłuchań i unikanie nawet myśli o ucieczce przed konsekwencjami prawnymi na wzór trzech pozostałych członków załogi.

Rozdział dwunasty

Czterej marynarze zostali wyłowieni przez statek “Avondale”. Kapitan i dwaj mechanicy opowiedzieli załodze swoją wersję wydarzeń: po lekkim zderzeniu zatrzymano “Patnę' i zaczęto spuszczać na wodę łodzie ratunkowe. Jednak kiedy opuszczono pierwszą, burta zatopiła okręt. Jim jako jedyny z całej czwórki milczał nie potakując ani nie zaprzeczając. Załoga “Avondale” niezbyt wierzyła rozbitkom. Po przybyciu do najbliższego portu okazało się, że “Patna” utrzymała się jednak na wodzie i została doholowana do brzegu przez francuską kanonierkę. Jakiś czas po wysłuchaniu owych zwierzeń Jima, Marlow spotkał przypadkowo Francuza, który był oficerem na tej kanonierce i brał udział w akcji ratowniczej. Stojący w bezruchu, lekko przechylony w stronę dziobu okręt, zaintrygował przepływających Francuzów. Na pokład “Patny” wysłano dwóch oficerów, którzy jednak, nie znając zbyt dobrze angielskiego, nie mogli się zorientować, co się właściwie stało. Francuz rozmawiający z Marlowem był jednym z tych oficerów. Okręt wiozący pielgrzymów przymocowano zatem linami do kanonierki i - rufą do przodu, gdyż ster nie nadawał się i tak do użytku, zmniejszono zaś w ten sposób napór wody na niebezpiecznie nadwyrężoną gródź - holowano go do brzegu. Jednak przy linach czuwało przez 30 godzin dwóch marynarzy, którzy mieli odciąć wrak w przypadku jego zatonięcia, aby nie pociągnął za sobą francuskiej jednostki. Oba okręty dotarły szczęśliwie do portu.

Rozdział trzynasty

Marlow kontynuuje relację ze spotkania z francuskim oficerem, który wypytywał następnie swego rozmówcę o inne fakty związane z wypadkiem “Patny”. Postępowanie Jima ściągnęło rozmowę na temat strachu i jego nieprzepartej władzy nad każdym człowiekiem. Francuz twierdził, że “człowiek urodził się tchórzem” i tylko lęk przed ośmieszeniem w oczach innych wywołuje odruchy i postawy, które nazywa się bohaterstwem.

Marlow powraca następnie do pamiętnej rozmowy z Jimem. Przedstawił wówczas młodemu oficerowi propozycję “pożyczki”, która mogłaby umożliwić Jimowi ucieczkę, jednak młodzieniec odmówił, trwając uparcie przy swym przekonaniu, iż nie może postąpić w tak haniebny sposób, jak uczynili to kapitan “Patny” i obaj mechanicy, którzy uciekając przed śledztwem chcieli uniknąć moralnej odpowiedzialności za swoje tchórzostwo. Niedługo później Jim pożegnał się i odszedł, a właściwie pobiegł, jakby uciekając, choć właściwie nie miał dokąd się udać, gdyż jak sam pośrednio stwierdził, sprawa ta miała na nim odtąd ciążyć już na zawsze. A miał wówczas dopiero 24 lata.

Rozdział czternasty

Następnego dnia Marlow udał się do sądu, aby wysłuchać ostatecznego wyroku. Kapitana “Patny” oraz Jima uznano winnymi lekceważenia obowiązków i opuszczenia pasażerów w chwili niebezpieczeństwa. Karą za przewinienie było odebranie obydwu skazanym dyplomów oficerskich, co zamykało im dalszą możliwość pracy na jakichkolwiek odpowiedzialnych stanowiskach na okrętach. Po odczytaniu wyroku sala opustoszała. Marlow spoglądał w ślad za odchodzącym Jimem. Pewien marynarz nazwiskiem Chester, słabo znany Marlowowi, wyraził wówczas swą dezaprobatę dla młodzieńca, który wziął sobie wyrok do serca. Jako pozytywny przykład odmiennego postępowania, Chester podał swojego wspólnika, kapitana Robinsona, starego marynarza, który niegdyś trudnił się piractwem i był postrachem okolicznych mórz. Robinson, kiedy został pojmany i stracił swój statek, nie załamał się i nie przejmował złośliwymi i nieżyczliwymi uwagami sypiącymi się z ust prawie wszystkich, którzy go otaczali, tylko natychmiast zaczął poszukiwać nowego zajęcia i tak natrafił na Chestera, który nie odrzucił jego współpracy. Chester poszukiwał właśnie w tym czasie parowca, który mógłby kupić, aby wybrać się na jedną z wysp koralowych celem przywiezienia stamtąd zalegających wybrzeże zwałów guana, które - jak uważał - mogło się okazać towarem poszukiwanym przez miejscowych plantatorów trzciny cukrowej. Chester doszedł do wniosku, że Jim mógłby u niego pracować jako nadzorca pracujących przy załadunku guana kulisów. Marlow nie chciał nawet słyszeć o pośredniczeniu w tej sprawie. Chester był bardzo niezadowolony z tego powodu, gdyż zamierzał skorzystać z nadarzającej się sposobności pozyskania człowieka, którego zapewne można by w prosty sposób od siebie uzależnić i odszedł, dając wyraz swemu niezadowoleniu.

Rozdział piętnasty

Marlow, po załatwieniu interesów u swego agenta, udał się na poszukiwanie Jima. Kiedy go znalazł, młodzieniec bez większego oporu poszedł bezwolnie za nim. Marlow zaprowadził go do swego pokoju hotelowego, sam zaś zajął się korespondencją, dając tym samym Jimowi możliwość nieskrępowanego zagłębienia się we własne myśli i zmagania ze swym wnętrzem, którym nie przyglądałby się nikt z zewnątrz. Tych kilka godzin samotności i bezpieczeństwa wolnych od wzroku natrętnych gapiów, było “pierwszą pomocą” udzieloną załamanemu i obojętnemu na wszystko oraz, zdawałoby się, pozbawionemu perspektyw na przyszłość młodzieńcowi.

Rozdział szesnasty

Po zapadnięciu zmroku Jim podziękował za tę chwilę samotności, która pozwoliła mu nieco dojść do siebie i pewne rzeczy przemyśleć i zamierzał się oddalić, mimo szalejącej na zewnątrz budynku burzy. Jednak Marlow, który przez ten czas doszedł do wniosku, że jest jednak w jakimś stopniu odpowiedzialny za przyszły los tego młodzieńca i miał świadomość, że jeśli Jim odejdzie w tym momencie, jego życie stanie się jednym wielkim staczaniem się w otchłań, próbował mu ten pomysł wyperswadować.

Rozdział siedemnasty

Jim, być może powstrzymywany przez gwałtowną ulewę, jako że nie miał właściwie dokąd się udać, pozostał. Marlow zaczął go namawiać na przyjęcie pomocy. Młodzieniec kategorycznie się temu sprzeciwiał, jednak kiedy usłyszał, że jego dobroczyńca napisał dla niego list polecający, w którym ręczył za niego własnym honorem, dokonała się w nim odmiana. Uwierzył, że może zacząć życie niejako od nowa i dostrzegł w tym swą wielką szansę. Nie mogąc znaleźć odpowiednich słów podziękowania za zaufanie, pożegnał się i odszedł uradowany.

Rozdział osiemnasty

Pół roku później Marlow otrzymał list od Denvera, który zawiadamiał, iż Jim, który przebywa w jego domu od około sześciu tygodni, przypadł mu do serca. Denver wyrażał się też jak najlepiej o zaletach młodzieńca. Kiedy jednak minęło następne pół roku, Marlow otrzymał kolejną wiadomość: Jim - ku wielkiemu zdziwieniu i zarazem oburzeniu swego pracodawcy - nagle opuścił dom Denvera i zniknął. Wśród oczekujących na kapitana listów, znalazło się też pismo, w którym Jim zawiadamiał swego dobroczyńcę o tym, iż musiał opuścić swego poprzedniego pracodawcę, gdyż w łuszczarni dostał pracę drugi mechanik z “Patny”. Jim informował też, że otrzymał zajęcie w firmie dostawców okrętowych “Egström i Blake”. Marlow wysłał do nich pismo z rekomendacjami młodzieńca, ale kiedy przebywał w tym porcie, nie omieszkał spotkać się z nim i zapytać o przyczyny takiego postępowania. Okazało się, iż Jim nie mógł znieść poufałości, z jaką traktował go drugi mechanik “Patny”. Żałował też, że opuścił Denvera, którego darzył odwzajemnioną sympatią, ale nie widział dla siebie innej drogi rozwiązania swego problemu. Kolejne pół roku i nowa niespodzianka. Kiedy przebywając w tym samym porcie Marlow wstąpił do magazynu “Egströma i Blake'a”, dowiedział się, że młodzieniec porzucił swą pracę i odszedł bez słowa wyjaśnienia. Egström, który bardzo chwalił sobie fachowe usługi młodzieńca, nie mógł zrozumieć jego postępowania. Marlow pytaniem, czy przypadkiem nie rozmawiano przy nim o “Patnie”, przypomniał dostawcy, że rzeczywiście tego dnia, kiedy Jim odszedł miała miejsce rozmowa, w której padały bardzo niepochlebne opinie na temat załogi tego parowca.

Rozdział dziewiętnasty

Jim porzucał w ten sposób pracę dość często i zmieniał miejsce swego pobytu, bezskutecznie próbując uciec przed dręczącą go marą sumienia i ciągnącą się za nim historią “Patny”. Przez taki tryb życia stał się sławny, co bynajmniej nie ułatwiało mu życia. Kiedyś otrzymał pracę u braci Yuckerów w Bangkoku. Stołował się wówczas w restauracji Schomberga, który był wielkim plotkarzem. Po krótkim czasie wszyscy jego goście znali sprawę “Patny” oraz związek Jima z tym zdarzeniem. Pewnego razu jeden z marynarzy, duński oficer, który nie miał akurat szczęścia przy stole bilardowym, rzucił Jimowi jakąś obelżywą uwagę związaną z tą sprawą. Nadwrażliwy młodzieniec wyrzucił go przez okno do morza. Wielu świadków było bardzo oburzonych takim zachowaniem Jima, zaś Marlow, który akurat przebywał w tym porcie, zabrał go na pokład swego statku. Podczas podróży młodzieniec był zamknięty w sobie, co sprawiało kapitanowi przykrość. Marlow pomógł mu znaleźć zatrudnienie u De Jongha, ale podczas kolejnych odwiedzin stało się dla niego jasne, że nie ma właściwie sposobu, aby Jimowi pomóc, zaś kolejne miejsca pracy pozwalają mu tylko zarobić na chleb, nie dając żadnej ulgi. Marlow zrozumiał też jednak, że sam zainteresowany nie szuka takiej pociechy, godząc się na rolę cierpiętnika. Kapitan postanowił zatem porozmawiać w tej sprawie ze Steinem, który wydawał się być człowiekiem mogącym udzielić odpowiedniej rady.

Rozdział dwudziesty

Marlow udał się do Steina. Został przyjęty przez niego w gabinecie zastawionym gablotami pełnymi rozmaitych owadów. Przyrodnik opisywał właśnie pewnego wspaniałego motyla. Rozmowa rozpoczęła się od opowiadania, w jakich okolicznościach Stein złowił tego motyla.

Było to podczas jego pobytu na Celebes. Wywabiony podstępnie ze swego domu-twierdzy, został napadnięty przez siedmiu nasłanych zbirów. W momencie, kiedy zbliżyli się do niego myśląc, że nie żyje, zabił trzech z nich strzałami ze swego rewolweru. Pozostali uciekli. On jednak w tym momencie zauważył przepiękny okaz motyla, którego poszukiwał już od bardzo długiego czasu i dopiero ten widok, oraz udane łowy na owada spowodowały, że stracił zimną krew i dał się ponieść wzruszeniu.

Gospodarz wysłuchał następnie opowieści Marlowa, ocenił Jima zwięzłym i trafnym określeniem - romantyk. Jeszcze chwilę obaj mężczyźni rozmawiali, ale podjęcie jakiejś decyzji dotyczącej konkretnych kroków, mających pomóc młodzieńcowi w uwolnieniu się od przypadłości, która przysparzała mu tak wiele problemów, Stein pozostawił do następnego ranka. Odprowadził gościa do jego sypialni, sam zaś powrócił jeszcze do porządkowania swej kolekcji.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Stein doszedł następnego dnia do wniosku, że najlepiej będzie wysłać Jima do Patusanu, dalekiego okręgu “państwa rządzonego przez krajowców”. Tam, w dużej odległości od Europejczyków i wszystkich, którzy mogliby znać jego historię, miał on zapewniony względny spokój. Miał zająć miejsce Portugalczyka o nazwisku Cornelius, który był dotychczas dyrektorem tamtejszej stacji handlowej, należącej do firmy Steina. Marlow przystał chętnie na takie rozwiązanie, gdyż właśnie wybierał się do ojczyzny, zaś pragnął uniknąć podobnych jak dotychczas komplikacji losu Jima i zapewnić mu jakieś względnie stałe miejsce, w którym mógł on przynajmniej częściowo oderwać się od swej przeszłości. Marlow dostrzegał tę potrzebę także z tego powodu, iż widział, że Jim, który właśnie z Anglii powrócił, nie mógł w ojczyźnie znaleźć sobie miejsca, co nie było dziwne ze względu na jego przekonania i ciążące mu poczucie winy.

Rozdział dwudziesty drugi

Patusan był krainą znaną już od XVII wieku, kiedy to zapuszczali się tam kupcy i awanturnicy poszukujący tak cenionego wówczas pieprzu. Jednak w tym czasie, kiedy przebywał tam Jim, była to już niewiele znacząca, zagubiona w dżungli prowincja. Z opowieści Steina wynikało, że państewko rządzone jest przez mało błyskotliwego młodego sułtana, który był jedynie narzędziem w rękach swych wujów, grabiących i uciskających miejscową malajską ludność. Najgorszym z ciemiężycieli był radża Allang, który udzielił audiencji Jimowi oraz towarzyszącemu mu w tej drodze Marlowowi. Młodzieniec jeszcze przed wyjazdem okazywał swemu dobroczyńcy wielką wdzięczność, jednak Marlow zbył to wszystko krótkim tłumaczeniem, że jedynym, któremu ta wdzięczność by się należała jest zmarły dawno dobroczyńca Steina - Szkot Aleksander O'Neil - dzięki któremu przyrodnik w swoim życiu wyświadczył wiele przysług i dopomógł wielu przybyszom z Anglii, spłacając w ten sposób zaciągnięty w młodości dług.

Rozdział dwudziesty trzeci

Kiedy tylko Jim usłyszał o planach Steina względem niego, pobiegł wyrazić swą wdzięczność i wrócił - w większym jeszcze uniesieniu - dopiero następnego ranka. Od Steina otrzymał wytarty srebrny pierścień, który miał pomóc młodzieńcowi w nawiązaniu kontaktu ze starym przyjacielem Steina - Doraminem, który był w Patusanie dość znaczącą osobistością. Jim długo rozwodził się nad dobroczynnością i szlachetnym sercem przyrodnika oraz snuł już wielkie plany związane z pobytem w Patusanie. Jego zapału nie mogły ostudzić nawet wiadomości, że kraj ten jest bardzo niespokojny i łatwo tam stracić życie. Wreszcie Jim spostrzegł się, że statek, którym miał popłynąć, niedługo odbija i szybko wybiegł po swoje rzeczy, zapominając naboi do rewolweru podarowanego mu przez Marlowa z okazji tej wyprawy. Kapitan udał się więc za nim, ale nie dogonił go już przed wejściem na pokład okrętu, który miał dowieźć Jima “do ujścia rzeki w Batu Kring”, około 30 km od miejscowości Patusan. Marlow przed pożegnaniem z młodzieńcem rozmawiał przez chwilę z kapitanem tego statku, ale nie dowiedział się niczego pocieszającego, gdyż dowodzący jednostką mieszaniec twierdził dziwną angielszczyną, że wybierający się do tego nieprzyjaznego obcym kraju “młody pan jest już na podobieństwo trupa”.

Rozdział dwudziesty czwarty

Dwa lata później Marlow trafił do Patusanu osobiście. Przyjechał z wieścią od Steina, który ofiarował Jimowi za jego pracę dom oraz, na dogodnych warunkach, towary, które młody agent handlowy mógł sprzedać. Kapitan spotkał Jima, który opowiedział mu o swoim pierwszym zetknięciu z tą krainą. Przybył on do pewnej wioski rybackiej, której mieszkańcy bardzo dawno nie oglądali białego człowieka i traktowali jego pojawienie się jako zapowiedź kłopotów. Długo też naradzali się, czy mają spełnić jego życzenie, aby zawieźć go w górę rzeki. W końcu trzej wioślarze poprowadzili łódź w górę rzeki, ale korzystając z chwili słabości czy nieuwagi Jima, uciekli w jednej z miejscowości, wydając go w ten sposób w ręce miejscowego radży. Przed podróżą Jim z jakiegoś powodu nie nabił swego rewolweru i być może to uratowało mu życie, gdyż w pierwszym momencie, kiedy został otoczony przez niezbyt przyjaźnie nastawionych krajowców, nie użył broni.

Rozdział dwudziesty piąty

Jim opowiada półgłosem - podczas wizyty w siedzibie radży Tunku Allanga przyjmującego obydwóch białych z szacunkiem, choć równocześnie z pewnym lękiem - przygody, które spotkały go zaraz po przybyciu. Młodzieniec został uwięziony przez tchórzliwego radżę, który przez trzy dni zastanawiał się razem ze swymi doradcami, co uczynić z przybyszem. Trzeciego dnia Jim, zmęczony nieco niezbyt dobrym traktowaniem i skąpymi posiłkami, przeskoczył przez palisadę i uciekł. Ostatkiem sił dotarł wówczas do Doramina, gdzie natychmiast zaopiekowano się nim troskliwie za sprawą małżonki tego człowieka. Doramin był naczelnikiem Bugisów, liczącej 60 rodzin grupy przybyszów z Celebes, i jako taki cieszył się w okolicy wielkim szacunkiem. Szacunek ten zwiększał fakt, że nie pozwolił on miejscowemu radży - zgodnie z jego zwyczajami - grabić swych ludzi. Wywiązała się rywalizacja, często przypominająca wojnę domową. Konflikty podsycała też obecność pewnego Araba - Szarifa Alego - który wzniecił bunt plemion wewnątrz kraju skierowany przeciwko radży.

Rozdział dwudziesty szósty

Pierwszą osobą, która okazała w domu Doramina życzliwość Jimowi, była żona naczelnika. Szybko też zaczęła ona traktować młodego Europejczyka z prawie matczyną miłością. Jim szybko zorientował się w miejscowej sytuacji i podjął odpowiednie decyzje, które miały zapewnić spokój gnębionym przez radżę Allanga i pustoszącego wsie Araba. Przede wszystkim stworzył plan działania, do którego musiał wpierw przekonać zarówno Bugisów, jak i pozostałych Malajów. Osiągnął to przy dużej pomocy syna naczelnika, dzielnego Daina Warrisa, z którym szybko się zaprzyjaźnił, przede wszystkim zmagając się ze wzajemnymi niechęciami mieszkańców okolicznych wsi. Później zaś zabrał się za przeprowadzenie batalii przeciwko Szarifowi i jego oddziałom, do której wykorzystał dwa stare działa oraz mnóstwo mniejszych, mosiężnych armatek znajdujących się w skarbcu Doramina. Armatki te były wśród miejscowych uważane przede wszystkim za oznakę zamożności, ale nadawały się również do użycia jako broń, z czego Jim nie omieszkał skorzystać. Podstawą ataku na położony na wzgórzu i rzekomo niezdobyty obóz Araba miała być właśnie owa “artyleria”, którą pod osłoną nocy podciągnięto pod szczyt wzgórza, korzystając m.in. ze skonstruowanych przez Jima wyciągów.

Rozdział dwudziesty siódmy

Podczas rozmowy, w której brał udział Sura, miejscowy czarownik, oraz Dain Warris, Marlow dowiedział się o wielkiej sławie i czci, jaką Jim cieszył się wśród tubylców. Sława ta sięgała daleko. Pewnego razu przybył do niego z odległej o wiele mil wioski starszy Malaj, który prosił o radę, czy ma się rozwieść z żoną. Jim, który z przydługich i mętnych wywodów, które należały do miejscowego zwyczaju nie mógł dojść, o co właściwie poszło obiecał, że osobiście zbada sprawę na miejscu i udał się do owej wsi. Tam spędził cały dzień na wysłuchiwaniu podobnie zagmatwanych opowieści różnych osób, aż w końcu rozwiązał sprawę. Nie był to przypadek odosobniony. Jego magiczne - w wyobraźni i plotkach tubylców - zdolności i wielka wiedza dawały mu w kraju bardzo znaczącą pozycję i jego zdanie w każdej sprawie, a zwracano się do niego bardzo często ze wszystkimi możliwymi problemami, było uważane za święte. Ciążyła też na nim z tego powodu wielka odpowiedzialność, z której zdawał sobie sprawę i którą często przeklinał, ale uważał ją za ciężar związany ze swą misją wśród tych ludów, dlatego starał się jak mógł, aby nie zawieść pokładanego w nim zaufania.

Osobiście prowadził pamiętny szturm na obóz Szarifa. Jako pierwszy też przedarł się przez palisadę broniącą wrogów przed atakiem. Ludzie Araba byli zbyt zaskoczeni, aby skutecznie się bronić, co jednak nie przeszkodziło jednemu z nich zaatakować w groźny sposób Jima. Europejczyka uratował od śmierci posuwający się tuż obok Dain Warris. Walecznością wykazał się wówczas również Tamb' Itam, “Malaj z północy”, przygarnięty w obcym sobie kraju przez Jima. Tamb' Itam został służącym młodego Europejczyka i nie odstępował go na krok. W oczach tubylców zaś uchodził za bardzo wpływową osobistość. Po odniesionym zwycięstwie Jim szybko zyskał w kraju wielką sławę i zaczęto mu przypisywać nadludzką siłę oraz nadludzkie umiejętności. Wszystko to napełniało go dumą, ale nie dumą “egoistyczną”, a raczej tą odmianą dumy, która wynika z wiary we własne siły i przydatność innym ludziom.

Rozdział dwudziesty ósmy

Szarif uciekł z kraju, zaś radża Allang na wieść o zwycięstwie Jima przeraził się, że następnym wygnanym z państwa będzie on. Jim pozostawił radżę w spokoju, jednak za każdym razem, kiedy dowiedział się o jakichś nadużyciach z jego strony, dawał mu napomnienia, które stawały się dla radży i jego ludzi obowiązującymi prawami i były bez szemrania wypełniane. Radża nie pokochał za to Jima, ale również nie był w stanie przedsięwziąć przeciw niemu żadnych kroków. Młodzieniec stał się rzeczywistym władcą państewka.

Stary Doramin był z kolei przekonany, że młody Europejczyk, jak to zwykle czynili biali, opuści po pewnym czasie kraj, zaś po jego wyjeździe - jeśli nie zostanie umocniona jego władza i wyznaczony odpowiedni następca - zapanuje ponownie bezprawie. Naczelnik miał też nadzieję, że władzę obejmie jego ukochany syn, Dain Warris: Kiedy jednak usłyszał od Marlowa, że Jim nie zamierza nigdzie wyjeżdżać, ucieszył się, ale równocześnie spytał o przyczyny takiego stanu rzeczy. Kapitan jednak nie umiał dać wystarczającej, a zarazem odpowiedniej do warunków odpowiedzi.

Podczas pobytu u Jima Marlow dowiedział się jeszcze, że młodzieniec znalazł godną siebie towarzyszkę życia, kobietę piękną i nieprzeciętną, podobną do jej matki, żony Corneliusa. Matka jej jednak nie znalazła szczęścia w małżeństwie, gdyż Portugalczyk był człowiekiem pysznym i egoistycznie nastawionym do całego otoczenia. Sytuacja doprowadziła do rozwodu, po którym owa kobieta mieszkała w odosobnieniu wraz ze swą córeczką. Jim dotarł do Patusanu i pojął dziewczynę za żonę już w czasie, kiedy jej matka nie żyła. Jednak nie przeszkodziło mu to otaczać szacunkiem tej udręczonej istoty, która dała życie jego małżonce. Żonę swą zaś Jim zwał Klejnotem co zapewne leżało u podstaw roznoszących się bardzo daleko plotek. W drodze do Patusanu Marlow zatrzymał się w pewnej odległej miejscowości, gdzie jeden z mających o sobie wysokie mniemanie urzędników, dowiedziawszy się, że kapitan zdąża do Patusanu, starał się nakłonić podróżnika do przekonania żyjącego w tym odległym kraju białego człowieka (Jima), który rzekomo jest w posiadaniu szlachetnego kamienia niezwykłej wartości, aby ów kamień sprzedał. Pozorna prośba wietrzącego w tym dobry interes urzędnika była poparta szantażem, jednak Marlow niewiele zwracał na to wszystko uwagi. W tej samej miejscowości usłyszał jeszcze opowieści prostych mieszkańców o przepięknym szmaragdzie, który znajduje się w posiadaniu jakiegoś potężnego białego człowieka, który w wielce tajemniczych okolicznościach przybył do Patusanu i tam się osiedlił.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Podczas gościny u Jima Marlow miał okazję podziwiać uroczą małżonkę swego przyjaciela, która upodobniła się do niego w sposobie mówienia i ruchach. Otaczała też ojca swego dziecka wielką czułością i troskliwością. Jednak nie tylko ona “opiekowała się” Jimem. Czynił to również Tamb' Itam, którego czujna obecność koło domu nie była natrętna, ale dawała się czasem zauważyć. Jedną z osób, której Tamb' Itam nie znosił, był Cornelius, obrzydliwy typ, który jakby przypomniał sobie o “ojcowskich” prawach do swej pasierbicy i krążył nieraz wokół domu. Jednak oprócz trzymającego wartę służącego nikt na niego nie zwracał uwagi.

Jim opowiedział przyjacielowi o pierwszych dniach, które spędził u Corneliusa na samym początku pobytu w Patusanie, po swym pobycie u Doramina. Cornelius potrafił okazywać przybyszowi swą wielką “przyjaźń” i życzliwość, a zarazem prawie głodzić swego gościa i następcę, opowiadając jednocześnie wiele o pieniądzach, które jakoby należały mu się od Steina oraz obciążając winą za swoje problemy zmarłą małżonkę.

Rozdział trzydziesty

Próbując w jakiś sposób dojść, co stało się z towarami przez długi czas dostarczanymi do Patusanu przez Steina oraz wyegzekwować od Corneliusa rachunki i sprawozdania z jego “handlowej” działalności w Patusanie, Jim często był świadkiem, jak nikczemny Portugalczyk znęcał się psychicznie nad swoją pasierbicą, chcąc by nazywała go ojcem i spełniała jego wolę. Po pewnym czasie Jim doszedł do wniosku, że jest w jakiś sposób odpowiedzialny za los dziewczyny i że nie może jej opuścić w takim momencie. Nadal więc próbował wymóc od nierzetelnego handlowca rozliczenia, choć wiedział, że jest to działanie bezcelowe. Jednak obecność Jima i jego nalegania doprowadzały nikczemnika do szału. W tym czasie Jim zaczął otrzymywać - zarówno od Doramina, jak i nie znanych sobie ludzi - ostrzeżenia, iż radża szykuje na niego skrytobójczy zamach. Pewnej nocy sam Cornelius odegrał też przed młodzieńcem komedię oferując mu - w zamian za 100 lub nawet 80 dolarów możliwość bezpiecznego opuszczenia Patusanu. Jim odrzucił tę propozycję. Kilka dni później, dręczony rozmaitymi myślami, nie mógł zasnąć. Przyszedł mu nagle do głowy pomysł uwolnienia kraju od Szarifa - wciągnięcie armat na szczyt wzgórza. Kiedy wyszedł na chwilę na werandę, natknął się tam na dziewczynę, która czuwała pod jego drzwiami. Podzielił się z nią swoim pomysłem, gdyż już wcześniej stała się jego powiernicą i wiele razy dawała mu skuteczne rady związane z miejscowymi obyczajami i sytuacją. Podczas tej nocnej rozmowy zjawił się znienacka Cornelius wraz z grupą tubylców, którzy - jak twierdził - przyszli handlować rybami. Portugalczyk był zaskoczony, że Jim nie śpi. Młodzieniec zaś po jakimś czasie spostrzegł, że Cornelius nadal czai się w pobliżu. Na pół rozdrażniony tą sytuacją, obrzucił handlarza gwałtownymi obelgami, dając upust gromadzącej się w nim od długiego czasu agresji. Tchórzliwy Portugalczyk uciekł, zaś Jim pod opieką dziewczyny zapadł w głęboki sen.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Następnego ranka Jim udał się do Doramina i odbył naradę z najznaczniejszymi Bugisami. Swą wymową i argumentami udało mu się nakłonić ich do podjęcia zdecydowanych działań przeciwko arabskiemu rabusiowi. Wieczorem powrócił do domu Portugalczyka w świetnym nastroju. Jednak w nocy wyrwała go ze snu dziewczyna, która dała mu do ręki nabity rewolwer i poprowadziła do stojącej opodal szopy, gdzie, jej zdaniem, miało się ukrywać czterech skrytobójców wysłanych przez Szarifa. Po drodze Jim dowiedział się, że dziewczyna każdej nocy czuwa nad jego spokojnym snem. Kiedy dotarło to do niego, zrozumiał, że winien jej wielką wdzięczność za poświęcenie, którego do tej pory nie dostrzegał. Wprowadziła go do szopy, w której początkowo nie mógł nic dostrzec, jednak po chwili ze sterty szmat wyskoczył na niego człowiek uzbrojony w “kris”, odmianę włóczni. W tym momencie znalazły swe ujście cała niepewność, napięcie oraz wściekłość na nieuchwytnego od kilku tygodni wroga, które gromadziły się w psychice Jima. Całkiem opanowany zastrzelił napastnika. Trzej pozostali, przerażeni, poddali się.

Rozdział trzydziesty drugi

Jim odprowadził trzech bandytów do rzeki i kazał im skakać, puszczając ich wolno z wieścią przeznaczoną dla ich wodza Szarifa.

Tak zakończyła się opowieść Jima, który następnie zwierzył się Marlowowi ze swej wielkiej miłości do małżonki, która podczas tych niebezpiecznych wydarzeń odważnie trwała u boku młodzieńca, później zaś darzyła go przez cały czas tak wielkim przywiązaniem i miłością.

Kiedy Marlow znalazł się sam w wieczornej ciszy i mroku, obok niego pojawiła się Klejnot. Kobieta ta przez cały czas, kiedy kapitan rozmawiał z jej mężem, była nękana wpojonym jej jeszcze przez matkę lękiem przed niespodziewanym odejściem ukochanego mężczyzny w nieznane i odległe krainy.

Rozdział trzydziesty trzeci

Żona Jima tamtej nocy, po rozprawie z bandytami, usłyszała od młodzieńca przysięgę, że jej nie opuści. Marlow ze swej strony również zapewnił ją, że jest to prawda. Ona zaś wyznała mu przyczynę swego lęku: nie chciała umierać płacząc, tak jak jej matka, opuszczona niegdyś przez męża. Klejnot wyznała też, że wie o jakiejś marze, dręczącej Jima, ale nie wie, czym owa mara jest, i obawia się, że te złe myśli mogą stać się przyczyną rozstania. Marlow próbował uspokoić kobietę, ale jego zapewnienia, jak wyczuł, nie na wiele się zdały. Nic więcej jednak nie mógł uczynić poza obietnicą, że sam nigdy już nie powróci w to miejsce, aby nie stać się, nawet przypadkowo, przyczyną wyjazdu Jima z Patusanu, a zarazem jego rozłączenia z kochającą go nad życie małżonką.

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozmowę przerwało im nadejście Jima. Marlow wycofał się niepostrzeżenie w mrok nocy i oddalił się, aby przez chwilę pogrążyć się w zadumie i pojąć, że jego próby uspokojenia Klejnotu, dręczonej przejmującym niepokojem, nie powiodły się. Z zadumy wyrwało go pojawienie się Corneliusa, który w zawiłych słowach próbował przekonać Marlowa, aby ten wstawił się u Jima i wyjednał Portugalczykowi jakąś “nagrodę” za jego wieloletnią opiekę nad Klejnotem oraz oferował w zamian dalszą opiekę, kiedy Jim opuści Patusan. Kapitan był zaskoczony bezczelnością tego żądania i oznajmił, że Jim nigdy stąd nie wyjedzie. Wiadomość ta pozbawiła Corneliusa pozorów uniżoności i zaczął on obrzucać obelgami Jima, który - według przekonania nikczemnika - okradł go ze wszystkiego, co posiadał i zajął jego pozycję. Marlow jednak z obrzydzeniem oddalił się.

Rozdział trzydziesty piąty

Podczas pierwszego etapu drogi powrotnej Jim towarzyszył Marlowowi. Wspólnie dotarli do wioski rybackiej leżącej u ujścia rzeki. Tutaj kapitan wsiadł na oczekujący na niego szkuner. Jim słysząc, że Marlow wybiera się za jakiś rok do Anglii, zapragnął coś przekazać swym krewnym, jednak po chwili zrezygnował ze swego zamiaru i długo patrzył w ślad za oddalającym się statkiem.

Rozdział trzydziesty szósty

Marlow kończy swe opowiadanie. Słuchacze rozchodzą się w milczeniu. W dwa lata później jeden z nich, który “mieszkał na najwyższym piętrze wyniosłego gmachu” w pewnym angielskim mieście, otrzymuje kopertę zawierającą kilka listów. Przesyłka pochodzi od samego Marlowa, który chce przedstawić, opierając się na dołączonych listach, ostatnie wypadki związane z osobą Jima. Jeden z listów został napisany przez starego proboszcza, ojca Jima. Młodzieniec otrzymał to pismo tuż przed wejściem na pokład “Patny” i przechowywał je przez wiele lat. Drugi z listów został napisany przez samego Jima już z fortu, który wybudował w Patusanie, wznosząc w ten sposób bezpieczne schronienie dla wszystkich uciekających przed niesprawiedliwością i uciskiem.

Rozdział trzydziesty siódmy

W liście Marlowa znalazł się jeszcze opis jego wizyty w Semarangu u Steina. Kapitan ze zdziwieniem zauważył tam między innymi Tamb' Itama. U gospodarza jednak nie zastał Jima, ale jego małżonkę, od której dowiedział się, że Jim ją porzucił, uciekając przed dręczącą go marą. Kobieta była pogrążona w rozpaczy przemieszanej z uczuciem zbliżonym do nienawiści, wywołanym odrzuceniem. Nie mogła wybaczyć mężowi, że nie pozwolił jej sobie towarzyszyć, choć była mu tak długo wierna i była gotowa razem z nim umrzeć. Żadne tłumaczenia Marlowa i Steina do niej nie przemawiały.

Rozdział trzydziesty ósmy

Zaczyna się pisemna relacja Marlowa z dalszych wydarzeń. W osiem miesięcy później kapitan natknął się w jednym z portów na szubrawca nazwiskiem Brown, który umierał na astmę radując się zarazem zemstą, którą udało mu się wywrzeć na Jimie za jakieś domniemane krzywdy. Człowiek ten był aroganckim i bezwzględnym korsarzem, który zabijał część swych ofiar powodowany jakąś nieodgadnioną nienawiścią do ludzi. Pewnego razu zawładnął podstępnie hiszpańską łodzią rządową. Obawiając się zawinąć ukradzionym statkiem do któregoś z portów próbował przedostać się na Madagaskar, gdzie miał nadzieję sprzedać łódź lub zdobyć dla niej sfałszowane dokumenty. Droga jednak była daleka, piraci zaś nie dysponowali zapasami wody i żywności. Napadali więc po drodze na pomniejsze jednostki, zdobywając nieco pożywienia, aż wreszcie skierowali się do Patusanu, gdzie Brown spodziewał się zastraszyć i obrabować bezbronnych i lękliwych tubylców. Pozostawił statek z częścią załogi niedaleko rybackiej wioski, leżącej na wybrzeżu, sam natomiast - wraz z trzynastoma towarzyszami - poprowadził szalupę w górę rzeki. Kiedy jednak dopłynął do miejscowości Patusan, został znienacka zaatakowany przez mieszkańców osady. Siła ognia i liczebność napastników spowodowały, że Brown skierował łódź do jednej z zatok, a następnie ufortyfikował się na jednym ze wzgórz. Tutaj piraci oczekiwali na atak.

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Pierwszy atak był połączonym dziełem Daina Warrisa oraz ludzi radży. Kiedy jednak piraci okopywali się na wzgórzu, zwołano naradę wojenną, aby zastanowić się, co dalej należy czynić. Podjęcie decyzji bezpośredniego ataku było utrudnione, gdyż Jim przebywał w tym czasie w głębi kraju. Mimo gorącej przemowy Klejnotu oraz zapału Daina Warrisa, postanowiono chwilowo zabezpieczyć osadę przed nagłą napaścią oraz uniemożliwić piratom powrót do łodzi i ucieczkę. Dowodzenie objął stary Doramin. W naradzie brał jednak udział jeden z ludzi radży, Kassim, który wietrząc okazję do umocnienia znaczenia radży, powziął własne kroki. Powracając zabrał ze sobą Corneliusa, który następnie jako tłumacz i wysłannik opisał Brownowi stosunki panujące w tym kraju. Następnie Kassim przesłał piratom nieco żywności. Planował, że pod nieobecność Jima przy pomocy rozbójników rozgromi znienawidzonych Bugisów. Był przekonany, że u ujścia rzeki czeka większy statek pełny ludzi i uzbrojenia, który przypłynie na odsiecz piratom. Brown zorientował się, na co liczy Kassim. Tymczasem Cornelius radził “jak przyjaciel”, aby piraci przede wszystkim zabili Jima, gdy tylko się pojawi, nie wchodząc z nim w żadne układy. Portugalczyk obiecywał też, że po śmierci Jima Brown zostanie królem Patusanu.

Rozdział czterdziesty

Brown tymczasem zastanawiał się nad możliwością sprzymierzenia się z Jimem i podzielenia z nim władzy w kraju. Aby to osiągnąć, planował posłużyć się Corneliusem w celu zawładnięcia fortem, a następnie stawiać warunki, podjąć współpracę i oczekiwać pierwszej awantury, która zakończyłaby się pewną śmiercią sprzymierzeńca. Równocześnie jednak targała nim żądza spustoszenia osady, której mieszkańcy ośmielili się przywitać pewnych siebie piratów ogniem strzelb i dział. W pewnym momencie wezwał swego zastępcę - draba, który był świetnym strzelcem - i nakazał mu zastrzelić idącego w dość dużej odległości człowieka. Bandyta spełnił rozkaz, co wywołało w Brownie wielką radość - udowodnił w ten sposób, że nie obawia się przewagi liczebnej oraz był przekonany, że napędził strachu tubylcom. Tymczasem Kassim wysłał Daina Warrisa z częścią jego ludzi w dół rzeki, aby tam oczekiwali przybycia okrętu nieprzyjaciół. W ten sposób oddziały Bugisów zostały podzielone i przez to osłabione, co sprzyjało planom Kassima. W samej osadzie wrzało, gdyż uboższa ludność zaczęła uciekać i kryć się w dżungli, zaś dostojnicy zapragnęli zapewnić sobie w tym niepewnym czasie łaskę i życzliwość radży Tunku Allanga. Jedynie Doramin i jego ludzie cały czas realizowali konsekwentnie i niewzruszenie własny plan obrony.

Po zapadnięciu zmroku jeden z piratów udał się chyłkiem do łodzi, gdyż przypomniał sobie, że został tam tytoń. Kiedy jednak wracał nieopatrznie wystawił się na strzał ukrytego z drugiej strony rzeki Bugisa - Si-Lapy, który był krewnym człowieka zastrzelonego po południu. Postrzelony w brzuch pirat powoli umierał pozostawiony sobie, gdyż nikt z jego kamratów nie odważył się wyjść ze stosunkowo bezpiecznego obozowiska.

O świcie od strony osady dobiegła bandytów wielka wrzawa. Cornelius wytłumaczył, że mieszkańcy witają swego obrońcę i bohatera, Jima. Portugalczyk przepowiedział też, że Jim, naiwny jak dziecko, przyjdzie osobiście do obozu piratów, aby z nimi rozmawiać. Cornelius cieszył się z tego powodu, gdyż był pewny, że przy tej okazji Brown zabije nie koronowanego króla Malajczyków.

Rozdział czterdziesty pierwszy

Jim rzeczywiście udał się w pobliże obozu piratów i stanął na jednym brzegu rzeki, podczas gdy Brown stanął na drugim. Pirat od pierwszego wejrzenia zaczął nienawidzić swego przeciwnika, gdyż zorientował się, że nie będzie mógł nakłonić go do współpracy czy jakiegokolwiek kompromisu. Chcąc się przedrzeć przez pancerz wyniosłości i szlachetności, który otaczał Jima, zaczął z niego szydzić oraz domagać się otwartej walki, która była jedyną szansą piratów, gdyż nie mogli uciekać ani wejść do osady, nie narażając się na pewną śmierć bez możliwości obrony przed nią.

Rozdział czterdziesty drugi

Brown zaczął bezczelnie przekonywać Jima, że przybył do osady prosić jedynie o żywność, ale został napadnięty przez Malajów. Mówił też, że przygnał go tu głód i zaczął mówić o ratowaniu życia ludzkiego. Ten ostatni cios był celny, gdyż - przez bolesne skojarzenia - pozbawił Jima jego psychicznej osłony. Pirat dostrzegł to i korzystał z okazji idąc za ciosem. Doprowadził do tego, że Jim zażądał, aby piraci oddali swą broń, a odejdą wolni. Brown zaprotestował twierdząc, że broń jest jego jedynym majątkiem, a poza tym stanowi zabezpieczenie na wypadek podstępnej napaści ze strony tubylców. Jim zatem powrócił do osady obiecując dać niedługo Brownowi ostateczną odpowiedź. Następnie udał się do Doramina, z którym rozmawiał w cztery oczy. Potem zwołał naradę w obrębie fortu. Nigdy dotychczas mu się nie sprzeciwiano, ale tym razem wyczuł opór i musiał położyć na szalę cały swój autorytet opowiadając się za wypuszczeniem wolno złoczyńców, którzy “zbłądzili w życiu” i którym należy się z tego powodu raczej litość niż nienawiść.

Rozdział czterdziesty trzeci

Starszyzna z Doraminem na czele, słysząc przemowę Jima, przyznała mu rację. Natychmiast po naradzie, choć zapadała noc i nie zdążył jeszcze wypocząć po podróży, Jim udał się do osady, aby dopilnować rozstawiania straży. Na samym końcu obsadził własnymi ludźmi siedzibę radży, który uciekł ze swymi kobietami i ukrył się w bezpiecznym miejscu.

Jeszcze wieczorem Jim wysłał Corneliusa do obozu piratów z wieścią, że mogą spokojnie odpłynąć. Poinformował ich też, że wzdłuż rzeki rozstawione są straże, na wypadek, gdyby bandytom wpadł do głowy jakiś niedorzeczny pomysł. Portugalczyk pozostał u Browna i zręcznie usiłował rozbudzić w nim wściekłość na niedostępnego Jima. Twierdził też, że gdyby wydarzyło się coś, co podważyłoby w osadzie zaufanie do młodego przywódcy, byłby on skończony. Cornelius dodał jeszcze wiadomość, że w dole rzeki wystawiona jest ostatnia straż malajska dowodzona przez Daina Warrisa oraz że zna odnogę, która niepostrzeżenie doprowadzi piratów na tyły tego oddziału. Piraci odpłynęli jeszcze przed świtem pod osłoną gęstej mgły. Towarzyszył im Cornelius.

Rozdział czterdziesty czwarty

O świcie Tamb' Itam dotarł do obozu Daina Warrisa i poinformował go o decyzjach rady. Nie spodziewający się podstępu oddział został zaskoczony i rozproszony kilkoma salwami. Od jednej z nich poległ Dain Warris. Piraci nie tracili czasu i szybko odpłynęli. Na brzegu pozostał samotnie Cornelius. Tamb' Itam szybko zrozumiał, co się stało. Zabił zatem nikczemnego Portugalczyka i szybko powrócił do osady, aby poinformować o zajściu przed powrotem uciekających w panice wojowników. W jakiś miesiąc później jeden z parowców wziął na pokład trzech wygłodzonych i wycieńczonych do granic wytrzymałości ludzi. Jednym z nich - jedynym, który pozostał przy życiu - był Brown.

Rozdział czterdziesty piąty

Tamb' Itam po swoim powrocie skierował się najpierw do fortu, gdzie poinformował o wszystkim Jima i jego żonę. Jim zrozumiał, wpierw chciał poprowadzić pościg, jednak szybko z tego zrezygnował, mając świadomość, że w tym momencie on sam stał się wrogiem tego ludu. Zrozumiał też, iż po raz drugi i ostatni zawiódł pokładane w nim zaufanie.

W tym samym czasie wieść o napaści rozeszła się po całej osadzie, zaś Malajowie z lękiem spoglądali na rzekę, którą według ich przekonania w każdej chwili mogli przybyć piraci, tym razem w większej liczbie i lepiej uzbrojeni niż poprzednio. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Przed wieczorem przywieziono Doraminowi ciało jego jedynego syna. Cały szczep brał udział w żałobie.

Żona usiłowała nakłonić Jima do walki z mścicielami, którzy mogli w każdej chwili nadejść, lub do ucieczki. Jednak Jim nie chciał już walczyć o życie. Nie słuchał też jej błagań. Po jakimś czasie zaś ruszył w stronę łodzi. Żona chciała go zatrzymać, jednak oswobodził się z jej ramion i odszedł. Przepłynął następnie rzekę i udał się do siedziby Doramina. Kiedy stanął śmiało przed nim wszyscy zrozumieli, że bierze na siebie całą odpowiedzialność za to nieszczęście. Obłąkany z bólu naczelnik zastrzelił go.

Żona Jima zamieszkała po jego śmierci w domu Steina, gdzie zamknęła się w bolesnej samotności, nie mogąc zrozumieć ani przebaczyć mężowi jego zdrady.

Potrzebujesz pomocy?

Młoda Polska (Język polski)

Teksty dostarczyło Wydawnictwo GREG. © Copyright by Wydawnictwo GREG

autorzy opracowań: B. Wojnar, B. Włodarczyk, A. Sabak, D. Stopka, A. Szóstak, D. Pietrzyk, A. Popławska
redaktorzy: Agnieszka Nawrot, Anna Grzesik
korektorzy: Ludmiła Piątkowska, Paweł Habat

Zgodnie z regulaminem serwisu www.bryk.pl, rozpowszechnianie niniejszego materiału w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, utrwalanie lub kopiowanie materiału w celu rozpowszechnienia w szczególności zamieszczanie na innym serwerze, przekazywanie drogą elektroniczną i wykorzystywanie materiału w inny sposób niż dla celów własnej edukacji bez zgody autora podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.