Przejdź na stronę główną Interia.pl

Inny świat

Gustaw Herling-Grudziński

Streszczenie szczegółowe

Część I

Witebsk - Leningrad - Wołogda

Narrator - Gustaw Herling-Grudziński - został zatrzymany jako Polak w marcu 1940 r. i osadzony w więzieniu w Grodnie. Aby bardziej zracjonalizować przyczyny jego aresztowania, NKWD przypisało mu prowadzenie działalności szpiegowskiej. Jedną z podstaw oskarżenia stało się skojarzenie brzmienia nazwiska Herling z nazwiskiem niemieckiego generała Goeringa.

Lato 1940 r. spędził w więzieniu w Witebsku nad Dźwiną. W tej samej celi siedziało jeszcze około dwustu więźniów różnej kategorii. Byli to przeważnie złodzieje, mordercy, katolicy, polityczni i wojskowi. Jedzenie, które otrzymywali, było marne: gorący odwar z jakiegoś zielska i niewielka porcja czarnego chleba. Uczucie głodu starali się tłumić ciągłymi rozmowami i dyskusjami.

Pod koniec października wywołano pięćdziesięciu więźniów, w tym również narratora. Po odczytaniu wyroków przeniesiono ich do bocznego skrzydła więzienia, gdzie przebywali wyłącznie Rosjanie. Byli to przeważnie wojskowi i „bezprizorni” - małoletni przestępcy. Ci ostatni stanowili plagę sowieckiego więziennictwa. Wśród tej zbieraniny znalazł się przypadkowo sowiecki Żyd. Zawsze siedział samotnie. Był szewcem. Został skazany na pięć lat za to, że odmówił używania skrawków skóry do zelowania nowych butów.

W listopadzie 1940 r. narrator „etapem” został przewieziony do Leningradu i trafił do „Pieriesyłki” - więzienia na Krestach. Leningradzkie więzienie było w porównaniu z witebskim luksusowe i dawało złudzenie wewnętrznej wolności. Cele na pozór puste, czyste, wzorowo zasłane łóżka, nocne stoliki, wieszaki na ubrania, stoły z prasą, radioodbiorniki i wiszące wszędzie portrety Stalina. Narrator szybko zapoznał się z wewnętrzną strukturą społeczności więziennej. Tworzyli ją: polityczni, których pozycja była najgorsza (według Stalina oni mieli „zdychać za życia”); „bytownicy”- więźniowie kryminalni, odsiadujący dość krótkie wyroki (najczęściej 18 miesięcy) i „urkowie” - kryminalna recydywa. Ci ostatni kierowali życiem celi, nie przestrzegając żadnych norm moralnych. Leningrad stanowił swego rodzaju więzienie przejściowe („Pieriesyłkę”). Stąd przewożono skazańców do różnych łagpunktów, rozrzuconych na terenie Rosji.

Narrator spędził w „Pieriesyłce” dziesięć dni. Potem został wysłany dalej. Pociąg zatrzymał się w Wołogdzie. Tu narratora wysadzono, by następnej nocy zawieźć go do Jercewa pod Archangielskiem. „Inny świat” powitał go mroźną zimą.

„Nocne łowy” - „Proizwoł”

Sowieckie obozy pracy powstawały zazwyczaj w dziewiczych lasach. Były budowane „od zera” przez wysadzonych z ciężarówek więźniów. Władze nie zapewniały koniecznego zaplecza i narzędzi. Budynki wznoszono najprymitywniejszymi technikami, niemal „gołymi rękami” skazańców. Tak powstał w 1936 r. obóz kargopolski. Gdy tu narrator trafił, obóz liczył około 30000 mieszkańców i składał się z kilkunastu „uczastków”, rozrzuconych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Wykonywał planowe zadania państwowego przemysłu drzewnego.

Więźniowie z pierwszych „etapów” już dawno złożyli swoje kości w niewiadomym nikomu miejscu. To oni wprowadzili zwyczaj samookaleczania, dzięki któremu mogli choć kilka tygodni spędzić pod dachem szpitala, w ludzkich warunkach. Obóz w Jercewie posiadał własną bazę żywnościową, tartak, dwie bocznice kolejowe, miasteczko dla pracowników administracji i straży.

W 1938 r. po raz pierwszy w Jercewie zjawili się „urkowie” i od razu opanowali obóz. Stworzyli z niego „małą republikę” z własnym sądem kapturowym. Wprowadzili zwyczaj mordowania więźniów politycznych oraz gwałcenia nieostrożnych kobiet.

Pierwszą noc narrator spędził w pustym baraku. Miał wysoką temperaturę. Stary, jednonogi Dimka poradził mu, by udał się do szpitala. Po więzieniu najpierw należy się odpoczynek, a dopiero potem przyjdzie czas na „uczciwą” pracę. Szpital mieścił się w małym domku, niedaleko kobiecego baraku. Kiedy narrator znalazł się w nim, został przywitany przez zarośniętego i obdartego starca, a następnie skierowany do Tatiany Pawłowny. Obozowa „służba zdrowia” leczyła chorych podawaniem dwóch lekarstw - wywaru z igieł sosnowych i łyżki surówki. W szpitalu, w czystym łóżku, narrator spędził dwa tygodnie. Był to najpiękniejszy okres w jego życiu w tym „nieludzkim, innym świecie”. Tutaj po raz pierwszy zetknął się z człowiekiem chorym na „pyłagrę”. Podczas jej trwania wypadały włosy, zęby, chory miewał ataki melancholii i dziwnie się zachowywał. Leczono ją małymi kostkami margaryny. „Pyłagrycy” nigdy nie wracali do zdrowia. Ze szpitala odsyłano ich do baraku „słabosiłków”, czyli do „trupiarni”.

Po powrocie ze szpitala do baraku narrator - za radą Dimki - sprzedał „urce” z brygady tragarzy swoje oficerki za 900 gramów chleba i zapewnił sobie w ten sposób przydział do tejże brygady, w której praca (rozładunek wagonów z żywnością dla obozu) była ciężka, ale od czasu do czasu dawała możliwość wykombinowania czegoś do jedzenia ponad głodową rację żywnościową.

Nocami w obozie odbywały się „polowania” na kobiety. Pochwycone gwałcono. Przewodził temu procederowi „urka” Kowal, któremu narrator sprzedał oficerki.

Praca. Dzień po dniu

Więźniowie byli budzeni o 5.30 rano. Jeszcze przed godziną 6 ustawiali się w kolejce przed kuchnią, w barakach zaś pozostawali tylko ci, którzy otrzymali wcześniej zwolnienie lekarskie. W kuchni więźniowie otrzymywali posiłek według przynależności do odpowiednich kategorii - najwięcej otrzymywał tzw. „trzeci kocioł” - „stachanowcy” (najsilniejsi i najzdrowsi więźniowie, którzy wyrabiali 125 i więcej procent dziennej normy) - duża łyżka gęstej kaszy i kawałek solonej „treski” lub śledzia; „drugi kocioł” - 100% normy oraz ci, których praca nie mogła być obliczana według norm procentowych - łyżka kaszy; „pierwszy kocioł” - wszyscy pozostali (nie wyrabiający normy, więźniowie zwolnieni z pracy, mieszkańcy tzw. „trupiarni” oraz „dniewni” i niektórzy więźniowie ze służby i administracji obozowej); „iteerowcy” (technicy, inżynierowie i specjaliści, których wiedza i umiejętności były szczególnie cenne) otrzymywali racje żywnościowe większe niż stachanowcy. Prawie wszyscy zjadali swoje porcje zaraz po otrzymaniu.

Przed godziną 6.30 następował wymarsz do pracy. Przez kilka pierwszych godzin więźniowie zmagali się przede wszystkim z bólem mięśni i poranionych oraz odmrożonych części ciała (w miarę dobrze ubrani byli jedynie stachanowcy, gdyż po zniszczeniu odzieży tylko oni otrzymywali nową). W południe stachanowcy otrzymywali łyżkę gotowanej soi i sto gramów chleba, pozostali zaś więźniowie mieli jedynie przerwę w pracy. Rzadko kto zachował do tego czasu kawałek chleba, otrzymanego poprzedniego dnia na kolację (chleb wydawano wieczorem również według wyznaczonych kategorii: pierwszy kocioł - 400, drugi - 500, trzeci - 700 gramów). Praca trwała do godziny 17. Po powrocie do obozu i rewizji przy bramie więźniowie otrzymywali kolację i udawali się do swoich baraków.

Ochłap

Pod koniec 1941 r. do Jercewa trafił Gorcew - młody, silny mężczyzna. Chodziły pogłoski, że to były enkawudzista. Potwierdził je osobiście swoim zachowaniem i tonem wypowiedzi oraz fanatyczną wiarą w „partię i prawitielstwo”, a także przekonaniem, że po wyjściu z obozu powróci na „odpowiedzialne stanowisko”. „Około Bożego Narodzenia w obozie zatrzymał się transport więźniów zdążający do Kruglicy. Jeden z zesłańców rozpoznał w Gorcewie swego byłego oprawcę i rzucił się na niego z żelaznym prętem. Po chwili inni więźniowie w baraku również wyładowali na Gorcewie swą nienawiść”. Ciężko pobity dostał jeden dzień zwolnienia. W brygadzie wyznaczono mu najcięższą pracę i nie dawano w ciągu dnia - jak to było w zwyczaju - zmiany. Aby przedłużyć jego cierpienie, karmiono go na równi z najlepiej pracującymi. Nie pomagały błagania ani próby protestu ze strony ofiary. Po miesiącu Gorcew zemdlał przy pracy, a podczas transportu saniami zsunął się w zaspę śnieżną podczas „chwili nieuwagi” powożącego. Wieczorem odnaleziono zamarznięte ciało i odwieziono je do kostnicy.

Zabójca Stalina

Z powodu braku tłuszczów w pokarmach wielu więźniów chorowało na „kurzą ślepotę”, która przejawiała się całkowitą utratą wzroku. Jednym z nich był „zabójca Stalina”. Był on niegdyś wysokim urzędnikiem. Założył się kiedyś po pijanemu z przyjacielem, że trafi z pistoletu w oko Stalina - zdjęcia wiszącego na ścianie - i udało mu się to. Kilka miesięcy później pokłócił się z przyjacielem, który doniósł o incydencie. Niezwłocznie pojawili się oficerowie NKWD i zasądzono go na 10 lat zesłania. Nie przeżył obozu, zmarł przekonany, że naprawdę zabił Stalina.

Drei Kameraden

W obozie był jeden barak, który zwano „pieriesylnym” z racji umieszczania tam więźniów przechodzących przez Jercewo „tranzytem” do innych obozów. W 1941 r. narrator często zachodził do „pieriesylnego”. Pewnego lutowego wieczora spotkał tam trzech Niemców, którzy swoim wyglądem i zachowaniem różnili się nieco od innych więźniów. Stefan studiował niegdyś na uniwersytecie w Hamburgu, Hans i Otto natomiast pracowali w zakładach mechanicznych w Düsseldorfie. Należeli do niemieckiej partii komunistycznej i po pożarze Reichstagu musieli uciekać. Wybrali ZSRR. Tu dostali się do łagru. Dowiedziawszy się przypadkiem o pakcie sowiecko-niemieckim rozpoczęli głodówkę. Przejaw protestu został przyjęty przez władze łagodnie. Umożliwiono więźniom spotkanie z ambasadorem niemieckim. Więźniowie zażądali możliwości powrotu do ojczyzny, z zastrzeżeniem, że nie będą tam ukarani za przekonania i nielegalną ucieczkę. Władze obu państw doszły do porozumienia i Niemcy zostali - poza kilkudziesięcioma, których zatrzymanie zastrzegła sobie strona radziecka - wypuszczeni i odtransportowani do granicy. Wśród zatrzymanych znaleźli się trzej przyjaciele.

Ręka w ogniu

Śledztwo, więzienie i zesłanie nie były w Związku Radzieckim środkami kary za jakieś przestępstwa czy przewinienia. Ich celem było kompletne rozbicie osobowości danego człowieka i ukształtowanie jej w sposób wygodny dla całości „systemu”. Niektórzy więźniowie buntowali się przeciwko temu procesowi i próbowali szukać ucieczki w męczeństwie.

Michaił Aleksiejewicz Kostylew, który do Jercewa przybył z „łagpunktu” w Mostowicy był przykładem takiego właśnie zachowania. Kostylew nosił na temblaku zabandażowaną rękę. Z tego powodu nie pracował. Pewnego razu narrator (próbujący odpocząć w baraku po ciężkiej pracy przy wyładunku) zaobserwował, jak ranny odwija bandaż i opala ociekającą ropą i krwią rękę nad ogniem. Narrator obiecał dochować tajemnicy. Od tego momentu zaczęła się ich krótka (miesięczna) znajomość. Michaił Aleksiejewicz oparzył kiedyś przypadkiem rękę przy ognisku i dostał siedem dni zwolnienia z pracy. Postanowił wtedy w ten sposób unikać pracy. Wolny czas poświęcał za to na czytanie. Oczekiwał też na widzenie z matką. Kiedy zbliżała się selekcja więźniów na Kołymę, nie zaprzestał swego procederu, mimo iż wszyscy inni więźniowie starali się jak mogli unikać w tym czasie wizyt w ambulatorium, gdyż na Kołymę wędrowali więźniowie najsłabsi i chorzy. W końcu dowiedział się, że również znalazł się na liście. Ciosem było dla niego jednak to, że nie będzie mógł zobaczyć matki. Narrator zaofiarował się, że pójdzie na Kołymę zamiast Kostylewa, ale zastępca komendanta obozu odrzucił prośbę. Kostylew natomiast oblał się w łaźni wrzątkiem i zmarł. W pierwszych dniach maja przybyła z rodzinnego Woroneża matka Kostylewa, aby zabrać pamiątki po ukochanym dziecku.

„Dom Swidanij”

Było to skrzydło baraku obok wartowni, gdzie więźniowie przebywali wspólnie ze swoimi krewnymi podczas rzadkiej okazji odwiedzin. Prawo do odwiedzin przysługiwało jedynie więźniom wyrabiającym dzienną normę. Teoretycznie można było starać się o odwiedziny raz do roku, jednak w praktyce nielicznym szczęśliwcom udawało się to osiągnąć co 3-5 lat. Spowodowane to było przede wszystkim wielkimi trudnościami, jakie NKWD stawiało przed człowiekiem wolnym starającym się o pozwolenie na wizytę w łagrze. Po pokonaniu tych trudności i uzyskaniu zezwolenia można było przyjechać na własny koszt do obozu na okres 1-3 dni. W tym czasie zarówno gość, jak i więzień mieszkali razem w „Domu Swidanij”. Przed wizytą skazaniec szedł do łaźni, do fryzjera i otrzymywał czyste ubranie. Zabiegi te nie były w stanie ukryć stanu fizycznego wycieńczonego zesłańca, który umyty i przebrany wchodził w trudną i męczącą rolę udawania jakby kogoś innego. Dodatkowym problemem był zakaz rozmawiania na temat warunków życia w obozie.

Zmartwychwstanie

Pobyt w szpitalu był jednym z marzeń zesłańców. Powodem tego były całkiem odmienne warunki bytowania (czysta pościel i bielizna, troska lekarza i pielęgniarek, lepsze pożywienie - „trzeci kocioł”, dieta przeciw awitaminozie), które sponiewieranemu zesłańcowi przywracały poczucie ludzkiej godności. Życie w warunkach łagrowych było możliwe jedynie dzięki przyzwyczajeniu powiązanemu z zapomnieniem o dawnym życiu. Szpital był niebezpieczny, ponieważ przerywał okres tego zapomnienia, co mogło doprowadzić do załamania, podobnie jak wizyta w „Domu Swidanij”.

W początkach istnienia obozów do szpitala można się było dostać w wyniku samookaleczenia (np. obcięcie przy pracy palców u rąk). W 1940 roku władze obozów zorientowały się w sytuacji i zaczęto samookaleczenia surowo karać.

„Wolnymi” lekarzami byli w obozie najczęściej byli zesłańcy, którzy po zakończeniu wyroku otrzymywali propozycję pracy w szpitalu obozowym (praca z mieszkaniem i dobrą płacą). Ponieważ najczęściej zesłańcy nie mieli do kogo wracać lub obawiali się powrotu do „normalnego” społeczeństwa, chętnie przyjmowali te propozycje. Jegorow, lekarz pracujący w szpitalu obozowym od 1939 r., utrzymywał na dystans lekarzy-więźniów i nie dopuszczał do - powszechnych w tej grupie - nadużyć w rodzaju sprzedawania niewielkich ilości spirytusu „urkom”. Miał romans z Jewgieniją Fiodorowną (pielęgniarką-więźniarką), którą poznał jeszcze przed własnym zwolnieniem i - podobno - przyjęcie pracy w szpitalu w Jercewie uzależnił od przeniesienia jej do tego obozu.

Wychodnoj dień

Według przepisów dzień wolny od pracy przypadał raz na 10 dni. W rzeczywistości stawał się on wielkim świętem, gdyż ogłaszano go najczęściej wówczas, gdy obóz przekraczał górną granicę produkcji na kwartał. Z wolnym od pracy dniem wiązało się również niecierpliwe oczekiwanie, które sprawiało więcej radości niż samo szybko przemijające święto. Świąteczny nastrój zaczynał panować już wieczorem w przeddzień święta. W barakach i na placach rozlegały się dźwięki rozmaitych instrumentów muzycznych i śpiewy.

Pamfiłow, Kozak znad Donu, znajomy narratora, zwykł w dni świąteczne odczytywać mu na głos listy od syna. Chłopak został w wieku 18 lat wzięty do wojsk pancernych. Pisywał od czasu do czasu, jednak w jego listach coraz wyraźniej można było dostrzec narastający dystans wobec kochającego go niezmiennie ojca.

Wieczór więźniowie spędzali we własnych barakach na rozmowach, grając w warcaby lub kości. Kilka świątecznych wieczorów zajęło wysłuchiwanie opowieści o próbie ucieczki Rusto Karinena, komunisty fińskiego, skazanego w 1936 r. na 10 lat zesłania. Planował on przedostanie się pieszo do północnego krańca jeziora Ładoga (kilkaset kilometrów) i próbę przedarcia się przez granicę fińską. Ciepło ubrany, wyposażony w zapas suchego chleba, nieco słoniny, butelkę oleju roślinnego, dwieście rubli i trzy pudełka zapałek oderwał się na kilka godzin przed zakończeniem pracy od brygady z przeświadczeniem, że należy mieć rano słońce za plecami, zaś wieczorem - przed sobą. Nocował w wykrotach, jadł raz dziennie kawałek słoniny i suchara. Po siedmiu dniach błądzenia dotarł wycieńczony do skraju jakiejś wsi, która - jak się okazało - leżała o piętnaście kilometrów od obozu, z którego uciekł. Odwieziony przez chłopów do obozu został tak skatowany, że przez pięć miesięcy przebywał w szpitalu. Od tamtej pory zaniechał planów ucieczki i wszystkim powtarzał, że z obozu uciec się nie da.

Część II

Głód

Sowiecki obóz tworzył nową moralność, łamał wszelkie prawa etyczne ustalone przez stulecia. Wprowadzał inne, uzależnione od warunków materialnych i sanitarnych. Głównym czynnikiem kształtującym ową moralność był głód fizyczny i seksualny. Nie ma takiej rzeczy, której by człowiek nie zrobił z głodu i bólu - było to prawo powszechnie w obozie obowiązujące. Prawu temu kobiety podlegały w jeszcze większej mierze niż mężczyźni.

W styczniu 1941 r. w obozie znalazła się młoda i bardzo ładna Polka, córka oficera z Mołodeczna. Początkowo usiłowała zachowywać się z godnością i przestrzegała wszelkich reguł mogących uchronić ją przed nocnymi łowami „urków”. Jednak po miesiącu uległa nadzorującemu jej pracę więźniowi. Od tej pory całkowicie zmieniła swoje postępowanie i sypiała z każdym, kto tylko tego sobie zażyczył. Kiedy narrator spotkał ją w 1943 r. w Palestynie, była już starą i zniszczoną kobietą.

Krzyki nocne

Pracujący ponad siły przez cały dzień więźniowie z utęsknieniem wyczekiwali powrotu do baraku i momentu, kiedy będą mogli wyciągnąć się na pryczy. Jednak sen ich, niespokojny i pełen koszmarów, nie dawał rzeczywistego odpoczynku. Ciągłe zmęczenie, głód, a często również i ból, będący pozostałością po przebytych w czasie śledztwa torturach, były przyczyną oczekiwania przez wielu zesłańców na śmierć, która miałaby się stać wybawieniem od nieustannego cierpienia.

Około godziny dziesiątej wszystkie rozmowy cichły, jednak sen jeszcze długo nie przychodził. Dopiero koło północy wszyscy pogrążali się w płytkim śnie. Ciszę baraku przerywały okrzyki bólu, szloch, wzywane przez sen imiona Boga i krewnych. Tylko Dimka przesiadywał długo obok cebrzyka pomyj, beznamiętnie wpatrując się w kłębowisko ciał leżących na wspólnych pryczach.

Zapiski z martwego domu

Istniało też w obozie życie kulturalne. Jego przejawem były projekcje filmów, przedstawienia teatralne oraz skromny księgozbiór, nad którym miał pieczę Kunin, naczelnik „kawecze” (kulturno-wospitatielnoj czasti). Do księgozbioru należały przede wszystkim Woprosy leninizma Stalina oraz liczne wydawnictwa propagandowe.

Od początku istnienia obozu były wyświetlane dwa filmy: jeden z udziałem Michaiła Stiepanowicza W. (jeszcze przed zesłaniem narratora) oraz „Wielki walc” - film amerykański o życiu Straussa, poprzedzony krótkim filmem propagandowym. Podczas tego filmu po raz pierwszy chyba narrator zamienił kilka słów z Natalią Lwowną, pracownicą biura rachmistrzów. Była to kobieta pozbawiona urody, ale za to wobec wszystkich niezwykle uprzejma, usłużna i bezinteresowna. Po projekcji wręczyła narratorowi potajemnie Zapiski z martwego domu Dostojewskiego - książkę zakazaną nawet poza obozem. Lektura dzieła traktującego o życiu zesłańców poruszyła głęboko narratora, który przez długi czas nie mógł się od niej oderwać. Przypominała mu ona o rzeczywistości, o której pragnął zapomnieć, ale zarazem odkrywała przed nim nowe horyzonty życia i przeżyć. W uniesieniu wywołanym lekturą był gotów nawet popełnić samobójstwo, aby udowodnić swą wewnętrzną wolność i niezależność wobec otaczającej go rzeczywistości. Natalia Lwowna jednak poprosiła w końcu o zwrot ukochanego dzieła, które pomagało jej przeżyć.

Na tyłach „otieczestwiennoj wojny”. Partia szachów

Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej zmienił nieco sytuację w obozie. W czerwcu cudzoziemcy i radzieccy więźniowie polityczni zostali usunięci m.in. z brygady żywnościowej. Do wzmocnienia załogi przysłano natomiast nowe oddziały NKWD. Od tej pory brygady „lesorubów” (pracujących przy wyrębie lasu) wychodziły pod eskortą nie jednego, lecz dwóch strażników. Po podpisaniu w Londynie paktu Sikorski-Majski (Polska i Związek Radziecki) i amnestii uległa też zmianie sytuacja Polaków. Przed wojną uważano ich za tchórzy i „antigiermańskich faszistow”, w tym okresie zaczęto ich traktować jako bojowników wolności. Posuwanie się frontu w głąb ZSRR wywoływało też we współwięźniach odruch traktowania Polaków jako przyszłych współobrońców (razem z NKWD) więzień i obozów.

W „baraku technicznym” zamieszkiwali więźniowie, którzy w obozie pracowali według swoich kwalifikacji nabytych na wolności. Barak ten był urządzony nieco lepiej niż inne, jego mieszkańcy zaś korzystali z lepszego wyżywienia i ubrania. W hierarchii obozowej stali oni tuż za „urkami”. Mieli obowiązek donoszenia na współwięźniów. W każdą środę pojawiała się w zonie Rosjanka Strumina, oficer NKWD, która spełniała wobec więźniów funkcję „spowiednika”.

Sianokosy

W czasie trwania krótkiego lata narrator znalazł się w brygadzie pracującej przy sianokosach. Był to okres odpoczynku na łonie pobudzonej do życia przyrody. Po zakończeniu sianokosów przydzielono go do pracy na tzw. „birży drzewnej” (cięcie i ładowanie drewna na wagony). Zachorował wówczas na cyngę i kurzą ślepotę. W tym czasie z niecierpliwością i niepokojem obserwował licznie przewijających się przez „pieriesylny” Polaków zdążających na Zachód, aby zaciągnąć się do tworzonej armii polskiej. Samego narratora jednak amnestia uporczywie omijała.

Męka za wiarę

W listopadzie 1941 r. z 200 Polaków zostało w obozie już tylko sześciu. Narrator - wycieńczony chorobami - postanowił podjąć głodówkę, widząc w niej ostatnią szansę uzyskania zwolnienia. Ryzyko było wielkie, gdyż działania tego typu traktowano jako sabotaż i mogły doprowadzić do egzekucji. Zdeterminowany narrator porozumiał się z pozostałymi Polakami, którzy zechcieli przyłączyć się do akcji. Postanowili jednak występować oddzielnie i nie kontaktować się ze sobą, gdyż zbiorowy bunt mógłby zostać potraktowany w sposób bardziej surowy. Fakt podjęcia przez nich protestu spowodował odsunięcie się od głodujących innych więźniów, którzy obawiali się represji wywołanych kontaktowaniem się z buntownikami. Każdy z Polaków był więc samotny.

Następnego rana (1 XII) Zyskind zebrał wszystkich głodujących i zaprowadził na przesłuchanie do naczelnika obozu, Samsonowa. Później odprowadzono ich do izolatora (więzień izolatora otrzymywał jedynie 200 g chleba dziennie i czystą wodę, cele były bardzo małe, okienka nie miały szyb, na pryczach nie było też żadnych sienników i koców). Czwartego dnia pobytu w izolatorze pojawił się dygnitarz NKWD, który na odmowę zaprzestania głodówki oznajmił o czekającym narratora trybunale wojennym. Później nikt przez jakiś czas nie zakłócał więźniowi spokoju. Narrator nie czuł głodu, ale bardzo osłabł. Zaczęły mu też puchnąć nogi. W tym czasie doszła do niego wieść o zabraniu do szpitala trójki spośród pięciu głodujących oraz o egzekucji przeprowadzonej na trzech zakonnicach. Ósmego dnia narrator i T. zostali zabrani do szpitala, gdzie doktor Zabielski, wbrew instrukcjom, dał im zamiast porcji chleba zastrzyki z mleka, co uratowało ich przed skrętem kiszek i nieuchronną śmiercią.

Trupiarnia

Po pięciodniowym pobycie w szpitalu narrator został skierowany do „trupiarni”. Do baraku tego kierowano więźniów, którzy nie nadawali się już do pracy i mieli w tym miejscu oczekiwać na śmierć. Przez większą część czasu w baraku panowała cisza, gdyż rozmowy prowadzone były szeptem albo półgłosem. Cisza była przerywana tylko nocą, kiedy z ust śpiących wyrywały się rozmaite krzyki i jęki. Pomimo ogólnej tendencji do stale podsycanej wrogości wobec innych, więźniowie, którzy poznali się w obozie wcześniej, raczej dążyli do pogłębiania przyjaźni. Początkowo narrator żył nadzieją uwolnienia, jednak przed Bożym Narodzeniem każdy z Polaków otrzymał do podpisania krótkie oświadczenie, zawierające informację o zatrzymaniu w obozie decyzją NKWD. W Wigilię cały barak przybrał uroczysty wygląd, choć oficjalnie obchodzenie świąt kościelnych było zabronione. Wszyscy więźniowie życzyli sobie wzajemnie tylko jednego - wolności.

Opowiadanie B.

Polak B. był przed wojną nauczycielem i oficerem rezerwy Wojska Polskiego. Aresztowano go po wybuchu wojny, oskarżono o zdradę Związku Radzieckiego, a następnie zesłano do Jercewa. W nocy 23 czerwca 1941 r. B. został zaprowadzony do kancelarii NKWD. Tam Strumina podsunęła mu do podpisania akt oskarżenia o ponowną zdradę ZSRR. Nie podpisał aktu oskarżenia, co spowodowało, że wysłano go do karnego obozu w Aleksiejewce i osadzono w izolacyjnej zonie karnej. W celi o rozmiarach 3 x 5 m po niedługim czasie znalazło się oprócz niego jeszcze 5 innych więźniów z Jercewa oraz 16 z innych obozów. Więźniowie wiedzieli, że wybuchła wojna niemiecko-radziecka i byli przekonani, że zostaną rozstrzelani „dla postrachu”. Rozpoczęły się przesłuchania. Kiedy przyszła kolej na B., dotkliwie bity i dręczony głodem oraz brakiem snu więzień nie poddał się i nie podpisał aktu oskarżenia (oskarżano go m.in. o to, że dopuścił się zdrady wobec Związku Radzieckiego, gdyż opowiadał współwięźniom o warunkach życia na Zachodzie). Po dwóch nocach przesłuchania powrócił do celi, gdzie powitali go towarzysze, którzy w większości przesłuchania mieli już za sobą. Dwa tygodnie później wzięty znów na przesłuchanie, zastał w siedzibie NKWD czterech świadków, którzy zeznawali przeciw niemu (dwóch z nich B. w ogóle nie znał). Tymczasem rozpoczęły się rozprawy sądowe. Skazani więźniowie byli przenoszeni do celi naprzeciw, więc pozostali mogli się dowiedzieć o wyrokach śmierci, które zapadły. Po kilku dniach w celi zostało już tylko pięciu więźniów. W tydzień później z celi śmierci wyprowadzono skazanych i rozstrzelano na dziedzińcu. Niedługo potem z celi zostali zabrani też jego czterej towarzysze. Pewnej nocy B. został doprowadzony do jercewskiej szkoły, gdzie odbył się sąd. Ze zdziwieniem więzień dowiedział się, że na mocy układu z rządem polskim w Londynie nie będzie sądzony. Odesłano go do Drugiej Aleksiejewki (była to część obozu w Aleksiejewce zamieniona na zonę izolacyjną). Więźniowie tam przebywający mimo mrozu byli odziani jedynie w postrzępione łachmany. Byli też tak wycieńczeni, że umierali w czasie pracy. W dwa tygodnie później B. został przeniesiony do wolnej zony, gdzie trafił do baraku zasiedlonego przez 123 Polaków. Polacy postanowili odmówić pójścia do pracy, żądając uwolnienia na mocy niedawnej amnestii. Zaskoczony komendant obozu odesłał wszystkich do Kruglicy. Pod koniec września B. powrócił do Jercewa.

W styczniu 1942 r. stan zdrowia narratora pogorszył się. Spuchł i nie mógł schodzić z pryczy. Nie czuł też głodu. W sennych majakach powracał ze stacji w Kieleckiem do domu. Budził się w momencie, gdy już miał się witać z rodziną. Sen ten powracał bardzo często. Jednak w momentach przytomności był świadkiem okropnych scen, których przyczyną był wielki głód dręczący więźniów. Pewnego wieczoru stary kołchoźnik z okolic Kaługi oznajmił więźniom „trupiarni”, że jest Chrystusem. Przepowiadał wszystkim „koniec cierpień”, a następnie rozpostarł ramiona i runął w ogień.

Ural 1942

19 stycznia 1942 r., odprowadzany przez przyjaciół do bramy obozu, narrator został zwolniony. Przedstawiono mu wykaz miejscowości, do których mógł się udać. Nie miał prawa zamieszkać w dużym mieście. Nie było mowy o tym, aby mógł wstąpić do polskiego wojska. Poza tym wolno mu było osiedlić się najdalej na Uralu. Początkowo narrator dotarł pociągiem do Wołogdy, gdzie utknął na pewien czas. Wraz z tłumem innych zwolnionych z obozów i więzień nocował (zgodnie z rozporządzeniem NKWD) w poczekalni dworcowej, skąd między innymi z powodu tłoku każdego ranka wynoszono co najmniej 10 trupów. Po pięciu dniach narrator wsiadł do jakiegoś pociągu, który zatrzymał się na chwilę o kilometr za stacją. Wykryty przez konduktora został wysadzony na stacji Buj.

30 stycznia przybył do Swierdłowska, gdzie nie mógł oprzeć się pokusie i kupił za resztkę pieniędzy notes i kawałek ołówka, aby mieć możliwość spisywania swoich wrażeń. Po pewnym czasie od przebywającego chwilowo w mieście oficera polskiego narrator dowiedział się, że najbliższa polska placówka wojskowa ma siedzibę w Czelabińsku, w Gruzji zaś tworzona jest ostatnia polska dywizja. W Czelabińsku narrator spotkał swych trzech współtowarzyszy głodówki. Razem odszukali w hotelu „Ural” szefa polskiej misji wojskowej, który obiecał im pomóc w dojechaniu do Kazachstanu. W pierwszych dniach lutego byli zesłańcy wyruszyli wagonem towarowym w długą podróż. 9 marca dotarli do miejscowości Ługowoje, gdzie narrator został przyjęty do 10. pułku artylerii lekkiej. 26 marca pułk został przetransportowany do Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim, skąd dwoma statkami dopłynął do Pahlevi.

Epilog: upadek Paryża

Narrator powraca myślą do pamiętnego czerwcowego dnia w 1940 r., kiedy w witebskiej celi pojawił się mały, czarny więzień, od którego pozostali dowiedzieli się o upadku Paryża. W świadomości więźniów Paryż był ostatnim bastionem broniącej się przed zalewem nazizmu Europy. Po jego upadku zniknęła nadzieja. Przez następnych parę tygodni narrator poznał bliżej tego więźnia. Był on synem bogatego żydowskiego kupca. Od 1935 r. studiował w Paryżu, gdzie został komunistą, w 1939 r. zaś, z dyplomem inżyniera architektury, przybył do Polski. Po wkroczeniu Sowietów do Grodna został tam referentem budowlanym, w maju 1940 r. aresztowano go zaś za odmowę dobrowolnego wyjazdu w głąb Rosji. Inni więźniowie również polubili młodego Żyda, który często opowiadał z dużym przejęciem o Paryżu i toczącym się w tym mieście życiu. Czuł się Polakiem, ale spytany na apelu o narodowość stwierdził, że jest Żydem.

W 1945 r. narrator - pracujący w tym czasie w redakcji pisma wojskowego - spotkał go ponownie w Rzymie. Przybysz opowiedział historię swego zesłania. Skazano go na dziesięć lat i zesłano do obozów nad Peczorą. Początkowo pracował przy „lesopowale” i spławie drewna. W 1942 r. mianowano go dziesiętnikiem w brygadzie budowlanej i trafił do baraku technicznego. W 1944 r. zwolniono go przed terminem i wcielono do Armii Czerwonej. Po demobilizacji (znajdował się wówczas w Warszawie) uciekł do Włoch. Jednak w całej tej historii był jeden moment szczególny. Jako mieszkaniec baraku technicznego w 1942 r. został pewnej nocy wezwany do Trzeciego Oddziału, gdzie oficer NKWD kazał mu zaświadczyć o odbytej rzekomo przez czterech Niemców pracujących w jego brygadzie rozmowie. Mieli oni mówić o bliskim nadejściu Hitlera. Mając do wyboru powrót do ciężkiej pracy albo fałszywe zeznanie, wybrał to drugie. Niemców rozstrzelano dwa dni później. Opowiadając tę historię miał nadzieję, że usłyszy od narratora jedno słowo - „rozumiem”, które uspokoiłoby jego sumienie. Jednak narrator tego słowa nie wypowiedział.

Potrzebujesz pomocy?

Współczesność (Język polski)

Teksty dostarczyło Wydawnictwo GREG. © Copyright by Wydawnictwo GREG

autorzy opracowań: B. Wojnar, B. Włodarczyk, A. Sabak, D. Stopka, A. Szóstak, D. Pietrzyk, A. Popławska
redaktorzy: Agnieszka Nawrot, Anna Grzesik
korektorzy: Ludmiła Piątkowska, Paweł Habat

Zgodnie z regulaminem serwisu www.bryk.pl, rozpowszechnianie niniejszego materiału w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, utrwalanie lub kopiowanie materiału w celu rozpowszechnienia w szczególności zamieszczanie na innym serwerze, przekazywanie drogą elektroniczną i wykorzystywanie materiału w inny sposób niż dla celów własnej edukacji bez zgody autora podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.