Przejdź na stronę główną Interia.pl

Robinson Crusoe

Daniel Defoe

Streszczenie szczegółowe

Tom I

Narrator i bohater w jednej osobie opowiada historię swego życia. Czyni to z perspektywy starości (w II tomie ma 72 lata). Urodził się w 1632 roku w Yorku, w rodzinie cudzoziemskiego pochodzenia. Ojciec - Kreutznaer - Niemiec pochodził z Bremy, a matka, Angielka, wywodziła się ze znanej w hrabstwie rodziny Robinsonów. Nazwisko Crusoe jest więc przekształconym, uproszczonym brzmieniem niemieckiego nazwiska ojca, a imię - nazwiskiem matki. Bohater miał dwóch braci, ale wiadomo tylko o losach jednego z nich -podpułkownika piechoty flandryjskiej, który zginął w bitwie z Hiszpanami pod Dunkierką. Robinson był najmłodszym z braci, nie przyuczono go do żadnego zawodu i choć rodzicom marzyła się jego kariera prawnicza, on wolał włóczęgę i chciał być żeglarzem.

Osiemnastoletni Robinson pragnął wyjechać w świat i zrezygnować ze skromnego, ale spokojnego bytu. Namówiony przez kolegę, 1 września 1651 roku wyruszył na statku jego ojca. Wyjechał, nie mówiąc nic swoim rodzicom, bez ich zgody i błogosławieństwa. Już na samym początku wędrówki, u ujścia rzeki Humber, odczuł trudy podróży w postaci choroby morskiej i strach wywołany przez żywioł. Strach topił w ponczu i zagłuszał złym towarzystwem. Drugi znak od losu Robinson dostał w Zatoce Yarmouth, gdzie w czasie burzy morskiej czuł zbliżającą się śmierć. Dzięki szalupie ratunkowej zdołał ocaleć, ale nie poszedł za głosem rozsądku i nie wrócił do domu, chociaż nawet od obcego człowieka dostał przestrogę: "nie powinieneś więcej puszczać się na morze (...) nie pisane ci zostać morskim żeglarzem". Toczącą się w głębi duszy Robinsona walkę wygrały zuchwałość i chęć zdobycia majątku. W Londynie wybrał okręt płynący do Gwinei w Afryce. Wsiadł jako kupiec, zabierając ze sobą świecidełka, które kupił za pieniądze otrzymane od krewnych i rodziców. W czasie podróży bohater uczył się od kapitana statku, człowieka uczciwego i prawego, podstawowych umiejętności żeglarskich i matematycznych. Wiedza ta w przyszłości okazała się nieoceniona. Udana wyprawa utwierdziła Robinsona w słuszności podjętej decyzji, a uzyskany zysk nastawił go optymistycznie do kolejnej podroży. Pewien siebie, zabrał towar wart 100 funtów, a resztę oszczędności złożył u wdowy po kapitanie statku, który zmarł wkrótce po powrocie Robinsona z pierwszego rejsu. W czasie żeglugi na statek wiozący Robinsona napadł turecki korsarz z Sale. Bohater trafił do trwającej dwa lata niewoli. Marząc o odzyskaniu wolności, Robinson snuł plany ucieczki i czekał na odpowiednią sytuację. Nadarzyła się, gdy pan, u którego Robinson był niewolnikiem, nabrał do niego większego zaufania. Pewnego dnia zgodził się na samodzielny połów ryb na morzu. Robinson, odpowiednio przygotowany do przedsięwzięcia, wraz z innym młodym sługą - Ksurym uciekł drogą morską poza granice państwa marokańskiego. Płynął potem wzdłuż brzegów Afryki, mając nadzieję na spotkanie okrętów w okolicach Zielonego Przylądka. Na kontynencie doszło do spotkania z Negrami. Murzyni przynieśli mu jedzenie, a on odwdzięczył się zastrzeleniem zagrażającego ich bezpieczeństwu lamparta. Poczęstowali go także wodą i obdarowali sadzonkami nieznanego mu zboża. Już wkrótce portugalski statek płynący do Brazylii zabrał na swój pokład Crusoe, a uczciwy kapitan nie chciał przyjąć od Robinsona niczego w zamian za pomoc. Młody niewolnik Ksury został odstąpiony kapitanowi, a szansę wolności zyskać miał za 10 lat po przyjęciu chrześcijaństwa. Podróż do Brazylii trwała 20 dni, wtedy statek wpłynął do Zatoki Wszystkich Świętych. Na kontynencie Robinson trafił do przyjaciela kapitana, a ten nauczył go uprawy trzciny cukrowej i wyrobu cukru. Crusoe żył marzeniami o własnej plantacji. Dzięki sprzyjającym warunkom i pomocy życzliwych ludzi spełniły się, a po dwóch latach rosnące dochody pozwoliły mu na wygodne życie i poszerzanie upraw o hodowlę tytoniu. Za radą kapitana za połowę kapitału pozostawionego w Londynie zakupiono towary potrzebne w gospodarstwie, a pieniądze ze sprzedaży sprowadzonych z Europy dóbr Robinson przeznaczył na dalszy jego rozwój, na zakup niewolnika i przyjęcie służącego. Po czterech latach szczęśliwie spędzonych w Brazylii, ulegając namowom innych plantatorów i handlarzy, postanowił wziąć udział w wyprawie po niewolników do Afryki. Przedsięwzięcie to, niezgodne z obowiązującym prawem, doszło do skutku 1 września 1659 roku, dokładnie 8 lat po opuszczeniu rodzinnego domu przez Robinsona. Statek wypłynął z portu, zabierając w drogę 17 osób i ładunek drobiazgów do handlu z Murzynami. Dramatyczny przebieg podróży sprawił, że z całej załogi ocalał jedynie Crusoe. Inni umarli na febrę, zginęli w czasie tornada, wreszcie zostali porwani z łodzi ratunkowej przez rozszalałe morze. 30 września 1659 roku cudem uratowany Robinson Crusoe znalazł się na bezludnej wyspie, gdzie miał spędzić 28 kolejnych lat. Nie miał przy sobie niczego użytecznego w obecnej sytuacji prócz noża. Postanowił więc, po wstępnym rozeznaniu swego położenia, przywieźć z wraku statku wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Dzięki tym ekspedycjom zdołał zgromadzić nieco narzędzi i materiałów do zagospodarowania się na wyspie. Pierwszym samodzielnym dziełem Crusoe była tratwa, za pomocą której przewiózł na wyspę żywność, broń i odzież.

Największym wyzwaniem stało się zdobycie pożywienia oraz urządzenie bezpiecznego miejsca noclegu. Dzięki przedsiębiorczości i sprytowi zdołał pokonać wszelkie trudności. Największą radością było dla rozbitka odnalezienie na wraku chleba, resztek rumu, cukru i mąki, dzięki czemu pierwsze dni na wyspie przeżył nie doświadczając głodu. Nauka kolejnych umiejętności, niepotrzebnych mu dotąd i nierzadko zupełnie obcych, prowadziła do sukcesu, choć nieraz stanowiła długi proces. Powolne przyzwyczajanie się do nowego życia dostarczyło rozbitkowi wielu tematów do przemyśleń. Przykładem niech będzie refleksja nad wartością pieniędzy odkrytych na statku, które w innych okolicznościach byłyby skarbem, a obecnie nie miały żadnej wartości: "Pierwszy lepszy nóż miałby dla mnie większą wartość od tego całego bogactwa." Po trzynastu dniach wytężonej pracy związanej z penetracją wraku statku Robinson zajął się wyszukiwaniem miejsca stałego osiedlenia. Pierwsze nie nadawało się do tego, bo było zbyt wilgotne, a w pobliżu nie znajdowało się żadne ujście źródlanej wody. Poza tym chciał mieć widok na morze. Idealne miejsce znalazł w północno-zachodniej części wyspy. Budując swe siedlisko, Robinson wykorzystał naturalne ukształtowanie terenu: skaliste zbocze broniło wejścia dzikim zwierzętom i ewentualnym wrogom. Ciężka praca wiązała się z ryciem w skale i ziemi, ale bohater, nie tracąc cierpliwości i zmagając się z niedogodnościami, osiągnął zamierzony cel. Masywny wał z ziemi i kamieni stanowił zaporę przed intruzami, a podwójny namiot z żaglowego płótna bronił przed upałem i deszczami. Nie chcąc stracić rachuby czasu, bohater zaczął robić nacięcia na drewnianym słupie, próbując poprzez ich długość różnicować dni powszednie od świąt. Pośród znalezisk z okrętowego wraku wielką wartość miały papier, pióro i atrament, pozwalające przezwyciężać przygnębienie i przynieść ulgę myślom. Dziennik codziennych zajęć bohatera pełny był smutnych notatek i przemyśleń samotnika przeżywającego różne stany ducha. O tym, jak wielkiej doświadczał beznadziei, świadczy radość, którą przeżywał, obserwując wyrastanie i dojrzewanie zasianego przypadkiem zboża. Wyrastające kłosy dały początek zajęciom rolniczym, które z czasem doprowadziły go do udanych zbiorów jęczmienia i ryżu. Po kilku latach żmudnej pracy bohater nauczył się piec placki jęczmienne. Inne zajęcia Robinsona wiązały się z poznawaniem wyspy, obserwacją jej fauny i flory. Szczególną uwagę poświęcił tym zwierzętom, z którymi wiązał nadzieje na oswojenie. Najpierw uważnie przyglądał się ich zwyczajom i zachowaniu, aby potem opracować plan schwytania. Tak postąpił z kozami, ale potrzebował dłuższego czasu, zanim nauczył się oswajać koźlęta. Pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. W kwietniu 1660 r. wyspę Robinsona nawiedziło trzęsienie ziemi i olbrzymi huragan połączony z ulewnym deszczem. Niepokój wzbudziło osunięcie się ziemi w pieczarze służącej za schronienie. Crusoe postanowił wybudować chatkę na otwartej przestrzeni. Jednak wyszczerbione i tępe narzędzia, jakimi dysponował, nie pozwoliły na szybkie rozpoczęcie pracy. Konieczność zmusiła rozbitka do opracowania własnej metody ich ostrzenia.

W maju tego samego roku uwagę bohatera przykuły resztki statku, wyrzucone przez morze. W czerwcu po raz pierwszy zaobserwował na morskim wybrzeżu żółwie i zapolował na nie, by rozkoszować się smakiem mięsa o wiele lepszego od drobiu i koźliny. Przełomowym wydarzeniem stała się choroba, z którą zmagał się od połowy czerwca 1660 r. Bał się, że umrze, co kazało mu zwrócić się do Boga i poświęcić się sprawom duchowym. Odtąd zmieniony wewnętrznie Crusoe zaczął na co dzień obcować z Biblią, w której odnalazł pociechę i nadzieję. Od tej pory inaczej odczuwał samotność, przestała być dla niego udręką. Ożywienie religijne sprawiło, że każdą kolejną rocznicę wylądowania na wyspie, przypadającą 30 września, spędzał na poście i modlitwie. Po wyzdrowieniu, w lipcu, Robinson zaczął zwiedzać głębiej położoną część wyspy. Zachwyciło go piękno północnej części lądu, przypominającej ogród pełen owoców. Urok zakątka zainspirował do snucia planów o przeniesieniu się w głąb wyspy i zbudowaniu tam siedliska. Za obecnym przemawiała jednak bliskość morza, skąd mogła nadejść ewentualna pomoc. Mimo to nie zrezygnował ze swych marzeń i w sierpniu zbudował altanę w pięknej dolinie. Dom letni, jak go określał, także otoczony był ogrodzeniem, maskowanym przez gęsto posadzone krzewy. Gdy się przyjęły, ich gałęzie zazieleniły się, tworząc naturalną ochronę przed intruzami. Odkrycie zakątka pozwoliło też na nieograniczone korzystanie ze świeżych owoców. Myśląc o porze deszczowej, która przez wiele tygodni uniemożliwiała wyjście z jaskini, Robinson zbierał winogrona i suszył je, by później cieszyć się odżywczymi właściwościami uzyskanych w ten sposób rodzynek. Poza tym pracował nad poszerzeniem jaskini, aby życie w niej było wygodniejsze. Drugiego roku spędzonego na wyspie narrator nie relacjonuje tak szczegółowo, jak pierwszych czynionych na niej kroków. Opowiada o obserwacjach natury, o następujących po sobie porach - suchej i deszczowej oraz o zmianach, jakie nastąpiły wokół wybudowanej w głębi wyspy altany. Umiejętności potrzebne w nowych warunkach życia wzbogaciły się: Robinson metodą prób i błędów nauczył się wyplatać kosze z wikliny, użyteczne przy przechowywaniu żywności. Poza tym złapał papużkę - Poll, którą zaczął uczyć mówić. Po raz pierwszy udało mu się również oswoić koźlątko.

Trzeci rok pobytu na bezludnej wyspie Robinson poświęcił sztuce wypieku chleba. Przez sześć miesięcy obmyślał i sporządzał narzędzia potrzebne do wykonywania prac pod zasiew ziarna i do wypieku chleba. Jednocześnie snuł marzenia o widzianym z wyspy, ale odległym lądzie. Bał się zamieszkujących Wybrzeże Karaibskie ludożerców, a jednocześnie marzył o przedostaniu się na kontynent. W ten sposób powstały plany zbudowania z pnia drzewa czółna - pirogi. Crusoe wiedział, że podstawową trudnością będzie spuszczenie łodzi na wodę, bo potrzebna jest do tego grupa ludzi. Jednak podjął się szalonego przedsięwzięcia. W ciągu trzydziestu czterech dni przy pomocy topora i siekiery ściął olbrzymie drzewo, usunął jego gałęzie, a następnie zajął się ociosywaniem i ostrugiwaniem pnia, aby nadać mu właściwy kształt i należyte proporcje. Przez trzy miesiące za pomocą młotka i dłuta wydłubywał wnętrze. Łódź mogła pomieścić 26 osób i nie było możliwości, aby mógł ją samodzielnie zepchnąć na wodę. Narrator zinterpretował to doświadczenie jako kolejną naukę od losu. Wszystko to złożyło się na nową hierarchię wartości Robinsona, filozofię życia, której fundamentem stała się cnota skromności i radość istnienia.

Przez pięć kolejnych lat nie zdarzyło się nic niezwykłego. Najważniejszym wydarzeniem była budowa nowej łodzi. Zajęło to dwa lata i Robinson ściągnął ją samodzielnie do zatoczki. Nowa łódź nie pozwalała spełnić marzeń o dopłynięciu do stałego lądu, ale przynajmniej pozwalała opłynąć wokół wyspę. W czasie pierwszej wyprawy samotny żeglarz przeżył chwile grozy, bo okazało się, że wokół wyspy są niebezpieczne prądy spychające łódkę i skały, o które łatwo się rozbić. Po szczęśliwym, ale okupionym wielkim strachem powrocie Robinson przez rok nie był zdolny wypłynąć w morze. Czas ten spożytkował, udoskonalając swe umiejętności stolarskie i garncarskie. Największą radością stało się samodzielne sporządzenie fajki. W jedenastym roku pobytu na wyspie Robinson założył hodowlę kóz, dzięki czemu mógł zaopatrywać się w mięso i mleko. Wszystkie te sukcesy wiązał z działaniem Opatrzności. Wzmocnił też swoją siedzibę, poszerzył ją o kilka nowych izb, aby m.in. pomieścić w nich skład samodzielnie zrobionych glinianych garnków i koszy wypełnionych zapasami. Stanowiło to swego rodzaju spichlerz. Był on koniecznością, bo na zagonach uprawnej ziemi na wybrzeżu i w dolinie rodziło się coraz więcej plonów, a ich właściciel - wykazując się przezornością - gromadził zapasy. Szczęście Crusoe zmącił widok śladu ludzkiej stopy, zauważonej przypadkiem podczas nadmorskiej przechadzki. Myśl o ewentualnej obecności ludzi, kiedyś tak upragnionej, teraz powodowała strach przed nieznanym i lęk podsycany wytworami wyobraźni. Jedynym pocieszeniem stały się słowa Biblii mówiące o Boskiej pomocy. Widok śladu ludzkiej stopy zmobilizował Robinsona do umocnienia swego siedliska i jego ufortyfikowania. Usypał wał, obsadził go gęstymi zaroślami i drzewami i uzbroił przed ewentualnym napadem siedmioma muszkietami, niewidocznymi dla atakujących.

W wewnętrznym niepokoju Robinson spędził dwa lata (15 i 16 rok na wyspie), co również wpłynęło na kształt jego relacji z Bogiem. Jak stwierdził, nabożna i skupiona dotąd modlitwa zamieniła się w udręczenie i przygnębienie. Co gorsza, na zachodniej części wyspy narrator natknął się na ślady kanibalistycznych uczt, a więc nie miał wątpliwości, że wyspę odwiedzają ludożercy, aby spełniać tu swe odrażające obrzędy. Obawa nie pozwalała mu zapędzać się na dalszą część lądu, więc kolejne dwa lata spędził pomiędzy warowną siedzibą a swą letnią rezydencją w dolinie. Jednocześnie starał się być ostrożniejszy, aby ktoś niepożądany nie usłyszał huku wystrzałów, a na każdą przechadzkę zabierał ze sobą broń. Wszystkie starania skierował teraz ku jednemu: planom zgładzenia okrutników w czasie kanibalistycznych praktyk i ocalenia ich ofiar. Przez wiele miesięcy czekając na oprawców, rozmyślał nad ich zwyczajami. Z czasem zaczął powątpiewać, czy ma prawo być sędzią i katem dla kanibali. Doszedł do wniosku, że dzicy, jak ich określał, nie zdają sobie sprawy z popełnianych zbrodni i sumienie nic im nie wyrzuca. Napaść z jego strony byłaby zaś usprawiedliwieniem postępowania najeźdźców hiszpańskich w Ameryce Południowej, którzy wymordowali tam miliony ludzi. Uważał, że ich barbarzyństwo i bałwochwalstwo nie tłumaczy w żaden sposób okrucieństwa Europejczyków. Ostatecznie zdecydował nie ingerować w zwyczaje kanibali, dopóki nie będą mu oni bezpośrednio zagrażać. Kolejny rok pobytu na wyspie był czasem unikania niebezpieczeństw. Robinson coraz większą uwagę przywiązywał do roli intuicji, przeczuć wewnętrznych, widząc w nich znaki pochodzące od Opatrzności, pozwalającej mu szczęśliwie egzystować. Z lęku przed przyjeżdżającymi na wyspę ludożercami unikał wszelkich zajęć wymagających użycia ognia, aby dym nie zdradził jego obecności. Było to możliwe dzięki odnalezieniu w głębi lasu trudno dostępnej pieczary, w której bez przeszkód mógł palić ognisko, wykorzystując przy tym swe nowe osiągnięcie - węgiel drzewny. 23 rok pobytu na wyspie upłynął Crusoe w otoczeniu zaprzyjaźnionych zwierząt nazywanych "rodziną". Należały do nich oswojone morskie ptaki, Poll, dwie nowe papużki i kilka kotów. Pies, który wiernie towarzyszył Robinsonowi, po 16 latach zakończył swoje życie. W grudniu dostrzegł na wybrzeżu swej części wyspy blask ognia. Wcześniej nie przypuszczał, że tę część wyspy mogą odwiedzać dzicy. Przygotował się więc do ewentualnego odparcia ich ataku, ładując muszkiety i pistolety. Patrząc przez lunetę, dostrzegł grupę około 9 tubylców siedzących wokół małego ogniska. Nie było wątpliwości, że byli kanibalami, bo pozostawili po swej uczcie jednoznaczne ślady. Nie pojawiali się potem przez 15 miesięcy, co nasunęło Robinsonowi myśl o zależności rytuałów od pory roku. Odtąd żył w nieustannym napięciu. W maju następnego roku zauważył, że na podwodnych skałach otaczających wyspę rozbił się okręt; los jego załogi stanowił zagadkę. Robinson, marzący o ludzkim towarzystwie, pragnął ocalenia rozbitków. Niestety, morze wyrzuciło na brzeg tylko zwłoki chłopca okrętowego, a po reszcie marynarzy wszelki ślad zaginął. Crusoe wahał się, czy warto zorganizować wyprawę na statek. Zdecydował się jednak dotrzeć do wraku, licząc na ewentualne zdobycie użytecznych i praktycznych rzeczy. Odnalezione pieniądze nie miały w jego sytuacji najmniejszej wartości.

Kolejne dwa lata bohater spędził spokojnie, unikając zapuszczania się na część wybrzeża odwiedzaną przez ludożerców. Był to czas spokojnej refleksji nad swym życiem i przyczynami nieszczęść. Dopatrywał się ich we własnych złych wyborach, podkreślając, że Opatrzność niejednokrotnie dała mu szansę na poprawę, ale bezmyślnie ją odrzucał. Najlepszym przykładem było wydostanie się z niewoli u Maurów i życiowe powodzenie w Brazylii, z którego zrezygnował z chciwości dla zysku. Poza tym Robinson zastanawiał się nad naturą ludzkich istot zdolnych do kanibalizmu. Myślał o kraju, z którego pochodzą, zadawał sobie pytanie, czy nie mógłby, jak oni, przedostać się na stały ląd. Wzburzony umysł i zmącony spokój ducha sprawiły, że Robinson poddał się prześladującym go mrzonkom o podróży i ucieczce z wyspy. Obsesyjne myśli, wbrew głosowi sumienia, kazały Robinsonowi przez półtora roku snuć plany porwania "dzikusa".

Pewnego ranka Crusoe zauważył pięć leżących na morskim brzegu łodzi. Przypłynęło na nich trzydziestu ludzi. Nieopodal czekała na śmierć dwójka nieszczęśników. Jeden z nich zaczął niewiarygodnie szybko uciekać oprawcom, kierując się wprost ku ukrytemu w gęstwinie domostwu Robinsona. Chcąc przyjść mu z pomocą, Robinson starł się z dwoma przeciwnikami: jednego zastrzelił, drugiego ogłuszył. Uratowany Indianin ukląkł przed Crusoe, potem ucałował ziemię, położył na niej głowę, a chwyciwszy stopę Robinsona, postawił ją na swym ciemieniu. Robinson odczytał te gesty jako znak "przysięgi wierności i wiekuistego poddaństwa". Po pogrzebaniu zwłok napastników udał się ze swym młodym gościem do jaskini, w głąb wyspy, gdzie ugościł go wodą, chlebem i winogronami. Przybysz nazwany został Piętaszkiem od dnia tygodnia, w którym przybył na wyspę. Crusoe ubrał go, zaczął uczyć języka angielskiego i cywilizowanych obyczajów, w pierwszej kolejności odzwyczaił go od kanibalizmu. Robinson, nie mając całkowitego zaufania do nowo przybyłego, wyznaczył mu miejsce noclegu między dwiema liniami fortyfikacji swojej siedziby, aby nie mógł się dostać do domostwa samodzielnie. Piętaszek, odwdzięczając się za ocalenie, okazywał wierność, szczerość i przywiązanie. Robinson szybko dostrzegł dobro tkwiące w naturze Piętaszka, co skłoniło go do szerszych rozważań nad zdolnością natury ludzkiej do czynienia dobra i porównywaniem ludzi cywilizowanych i żyjących w pierwotnym związku z przyrodą. Największym problemem okazało się przyzwyczajenie Piętaszka do broni palnej, używanej przez Robinsona w czasie polowań. Indianin bał się jej, widząc w niej źródło niezrozumiałych zjawisk, może czarów. Metodą obserwacji i doświadczenia lęk został przezwyciężony, a Piętaszek zastąpił strach bałwochwalstwem, bijąc pokłony przed strzelbą. Z czasem Indianin pod wpływem nauk i gróźb Robinsona przyrzekł nie wracać do kanibalizmu, nauczył się jeść kozi rosół i potrawkę. Poza tym mełł ziarno i przesiewał je nie gorzej niż Robinson. Potem przyszła kolej na wyrabianie ciasta i wypiekanie chleba. Konieczność wyżywienia dwóch osób zmusiła Crusoe do powiększenia obszaru ziemi uprawnej, w co także Piętaszek zaangażował się ze wszystkich sił. Mówiąc coraz lepiej po angielsku, opowiedział Robinsonowi o swych dawnych wizytach w północno-zachodniej części wyspy. Dzięki rozmowom Robinson dowiedział się więcej na temat jej geograficznego położenia. Okazało się, że wyspa leży u ujścia rzeki Orinoko, więc widziany na horyzoncie ląd to wyspa Świętej Trójcy. Padła też nazwa plemion - Karibi, czyli Karaibów, których siedliska sięgają od Orinoko do Gujany i św. Marty. Na zachód od krainy Piętaszka zamieszkiwali "ludzie białobrodzi", czyli Hiszpanie, o których okrucieństwie plemiona podtrzymywały pamięć, przekazując ją kolejnym pokoleniom. Robinson rozpoczął też religijną edukację swego towarzysza. Powoli tłumaczył mu pojęcia chrześcijańskie. W swoim postępowaniu bohater widział działanie Opatrzności chcącej uratować pogańską duszę.

Z biegiem czasu Crusoe przekonał się do Piętaszka, nabrał do niego zaufania, więc nauczył go sztuki używania broni palnej i podarował kordelas. Spędzali razem wiele godzin, snując opowieści. Robinson dowiedział się od Piętaszka, że w jego ojczyźnie żyją od czterech lat biali ludzie, rozbitkowie z morskiej katastrofy. Są dobrze traktowani przez tubylców i nic im z ich strony nie grozi, bo ofiarami praktyk kanibalistycznych są tylko wzięci do niewoli w czasie bitwy wrogowie. Piętaszek, choć szczerze oddany Robinsonowi, tęsknił za swą rodzinną ziemią, czego świadectwem był entuzjazm na widok majaczącego w oddali lądu. Marzył o powrocie do swoich, ale razem ze swym dobroczyńcą. Miał nawet plan, że po powrocie opowie wszystkim o Bogu, oduczy ich kanibalizmu i zaszczepi nowe obyczaje. Nie widział jednak możliwości samotnego wyjazdu, grożąc nawet Robinsonowi swym samobójstwem. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom Piętaszka i spełniając własne marzenia, Robinson postanowił wybudować nową łódź z pnia wielkiego drzewa. Praca trwała miesiąc, kolejne dwa tygodnie ściągali ją za pomocą drągów na wodę, a dwa następne miesiące ustawiali maszty i żagle. Piętaszek, zachwycony możliwościami kierowanej za pomocą steru łodzi, szybko poznał zasady nawigacji, a na wiosłowaniu i zręcznym jej prowadzeniu znał się już wcześniej.

27 rocznica pobytu na wyspie, a trzecia - wspólnie z Piętaszkiem, świętowana była bardzo bogobojnie. Jednak intuicja podpowiadała Crusoe, że to jego ostatni spędzany na wyspie rok. Po zakończeniu pory deszczowej obaj mieszkańcy wyspy zaczęli przygotowania do żeglugi, gromadzenie potrzebnych rzeczy i zasobów żywności. Pewnego dnia Piętaszek przyniósł wiadomość o sześciu łodziach, które przybiły do brzegu. Śmiertelnie przerażony, wyobrażał sobie, że to on jest celem odwiedzin. Robinson pocieszał go, że wystarczającą obroną są będące w ich posiadaniu muszkiety i pistolety. Na wyspę przybyło dwudziestu jeden ludożerców z trzema ofiarami. Mimo wyrzutów sumienia Robinson postanowił zaatakować kanibali. Ci, zaskoczeni niespodziewaną napaścią w czasie uczty, wpadli w panikę. Jeńcy zostali wyswobodzeni. Jednym z nich okazał się Hiszpan, który pomógł w rozgromieniu tubylców. W łodzi stojącej przy brzegu znaleziono jeszcze jednego spętanego więźnia, w którym Piętaszek z radością rozpoznał swego ojca. Ocaleni zostali zabrani do obozowiska, aby doszli do siebie po trudach niewoli. Ludożercy nigdy już nie zapuszczali się na wyspę, gdyż po raz pierwszy zetknąwszy się z bronią palną, uznali ją za działanie sił nadprzyrodzonych, a wyspę - za domenę złych i nieznanych mocy.

Na sąsiednim wybrzeżu przebywało jeszcze szesnastu Hiszpanów i Portugalczyków - rozbitków ze statku płynącego z Rio de la Plata do Hawany. Robinson nie chciał uciekać z Ameryki Południowej razem z nimi, obawiając się spisków i zdrady, wynikających z różnic religijnych. Jednak hiszpański rozbitek zaręczał własną głową za dobroć i uczciwość swych pobratymców. Z drugiej strony radził przygotować się do projektu wspólnego gospodarowania, zwiększyć uprawy i hodowlę zwierząt, aby niedostatek nie stał się powodem waśni. Idąc za radą Hiszpana, Robinson znacznie poszerzył swoje gospodarstwo i zgromadził wielkie zapasy suszonych winogron. Warunki współpracy między Crusoe a europejskimi rozbitkami zostały ściśle określone i spisane, gdyż Robinson chciał uniknąć wszelkich waśni i ewentualnego buntu. Po ośmiu dniach od odpłynięcia Hiszpana i ojca Piętaszka do jej brzegu przybił angielski statek. Ta nieoczekiwana wizyta zamiast ucieszyć Robinsona, przeraziła go. Przeczucie, które nigdy nie myliło Crusoe, kazało mu trzymać się z dala od przybyszów.

Obserwował ich tylko przez lunetę: jedenastu mężczyzn zeszło na wyspę, trzej spośród nich byli więźniami. Załoga statku rozeszła się po wyspie, aby ją zwiedzić. Tymczasem Robinson, chcąc dowiedzieć się więcej o gościach, zaczął rozmawiać z więźniami. Byli to kapitan statku, oficer i podróżny. Załoga zbuntowała się przeciw kapitanowi i tylko szczęśliwy traf sprawił, że uniknął śmierci. Obiecał Crusoe, że jeśli wyratuje ich z opresji, poddadzą się jego dowództwu na wyspie, a potem przewiozą wraz ze sługą do Anglii. Robinson, żyjąc nadzieją wyjazdu, uwolnił więźniów i wraz z nimi stoczył zwycięską bitwę z buntownikami. Załoga poddała się, kapitan przejął statek, a Robinson mógł wyruszyć w upragnioną podróż do ojczyzny. Na wyspie została część zbuntowanych marynarzy, którzy woleli wygnanie na bezludnej wyspie niż angielskie więzienie jako karę za przestępstwo. Hiszpanie, którzy lada dzień mieli przybyć, powiadomieni zostali o sytuacji w liście pozostawionym dla nich przez Robinsona. Opuszczając "swe królestwo", Crusoe zostawił jego nowym dzierżawcom uzbrojenie. Wyruszając w podróż, Robinson wziął na pamiątkę parasol, wielką czapkę skórzaną i jedną z papug, nie zapomniał też o dotąd bezużytecznych pieniądzach. 19 grudnia 1686 roku, po 28 latach, 2 miesiącach i 19 dniach pobytu Robinson Crusoe opuścił wyspę. 11 czerwca 1687 r. przybył do Anglii, która wydała się mu zupełnie nieznanym i obcym krajem.

W rodzinie nie znalazł żadnego wsparcia: rodzice dawno zmarli, a inni krewni przez lata żyli w przekonaniu, że bezpowrotnie zaginął. Jednak odzyskane prawa i dochody z plantacji w Brazylii zapewniły Robinsonowi wygodne życie. Umiejętne finansowe poczynania pomnożyły majątek. Narrator ułożył też swoje życie osobiste: ożenił się, urodziła się mu trójka dzieci - dwóch synów i córka. Zajął się także wychowaniem dwóch bratanków. Po śmierci żony Robinson, niespokojny duch, znów gnany był ciekawością po świecie. Wyprawił się w 1694 r. do Indii, odwiedził swą "kolonię na wyspie", gdzie podzielił ziemię pomiędzy swych poddanych. Wreszcie trafił do Brazylii, skąd wysłał swym poddanym mnóstwo potrzebnych sprzętów, a także siedem kandydatek na służące i żony. Narrator zapowiedział też w końcu I tomu powieści, że swą opowieść o kolejnych dziesięciu latach zamierza kontynuować w II części utworu.

Potrzebujesz pomocy?

Oświecenie (Język polski)

Teksty dostarczyło Wydawnictwo GREG. © Copyright by Wydawnictwo GREG

autorzy opracowań: B. Wojnar, B. Włodarczyk, A. Sabak, D. Stopka, A. Szóstak, D. Pietrzyk, A. Popławska
redaktorzy: Agnieszka Nawrot, Anna Grzesik
korektorzy: Ludmiła Piątkowska, Paweł Habat

Zgodnie z regulaminem serwisu www.bryk.pl, rozpowszechnianie niniejszego materiału w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, utrwalanie lub kopiowanie materiału w celu rozpowszechnienia w szczególności zamieszczanie na innym serwerze, przekazywanie drogą elektroniczną i wykorzystywanie materiału w inny sposób niż dla celów własnej edukacji bez zgody autora podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.