Czy Stefan Żeromski w swej powieści "Przedwiośnie" zamierzał potępić ideę rewolucji, czy też przeciwnie? Czy czytając jego dzieło można odnieść wrażenie iż był komunistą, prawicowcem czy właśnie wbrew tym obu skrajnościom - zwyczajnym, trzeźwo patrzącym na życie człowiekiem, który wskazywał i pozytywne i negatywne strony tych opcji stojąc na progu nowego wieku? Badacze literatury pytali już o to nieraz, ja jednak nie będę patrzył na ich odpowiedzi, lecz spróbuję przedstawić własne przemyślenia w tej kwestii.

Główną postacią utworu jest Cezary Baryka, i to przez pryzmat jego przeżyć trzeba poszukiwać prawdziwych intencji autorskich. Nie da się ukryć, że dopiero wydarzenia wojenne utemperowały tego jakże rozpuszczonego jedynaka. Dostatek pierwszych lat życia stępił u niego racjonalną potrzebę patrzenia na świat i życie. Widać to było w jego bardzo lekceważącym stosunku do rodzicieli, którzy jawili mu się tylko jako źródło zaspokajania wszelkich zachcianek, potem zaś jako przeszkody na drodze swobodnego folgowania swym łobuzerskim zapędom. Z początku rewolucja zafascynowała go jako wielki, ogólnospołeczny zamęt, dający jeszcze więcej okazji do nieskrępowanej "wolności". Z czasem dopiero, w miarę postępu okropności wojennych działań, jak masowe egzekucje , gwałty, anarchia, mimo iż wpierw uważał je za naturalny tok społecznego rozwoju, zaczął uświadamiać sobie tragiczną niejednoznaczność sytuacji. Tłum, krew, popęd zemsty - wszystko to najpierw porwało chłopaka żądnego emocji. Grabież i zbrodnia były najpierw usprawiedliwiane potrzebą zrównania społecznych drabin. Skończyło się to w momencie, w którym represje dotknęły jego rodzinnego domu. Wówczas z gorliwego aktywisty stał się, jak wiele jego dawnych ofiar, nędzarzem przymierającym głodem. Wtedy już szczytne i krągłe hasła nie były takie piękne i proste. Dla podtrzymywania ognia rewolucji potrzebny był jakiś konkretny wróg - gdy go zabrakło, rewolucja zaczęła połykać swych własnych, co słabszych wyznawców. Gdy umarła matka Baryki sprawdziły się prastare słowa - "rewolucja pożera swoje dzieci". Skatowanie starej i spracowanej kobiety było karą za lata miłości dla syna, co było przewrotną i gorzką reklamą tejże ideologii.

Gdyby teraz Cezary odwrócił się od ideologii, stanowisko Żeromskiego byłoby bardzo czytelne; byłoby to zresztą bardzo wyświechtanym i banalnym przykładem opozycji wobec rewolucji. I choć chłopak dopiero teraz docenił wartość rodzinnego ciepła, gdy mu go brakło, jednak - nadal pozostał przekonany do rewolucyjnych haseł. Istniała przecież możliwość, że założenia ideologii są słuszne, tylko jej wykonanie błędne. Takie myślenie zdradza nam bohater nad grobem swej matki. Nie czuje nienawiści do oprawców o tyle, o ile oszukuje się możliwością działania ich wciąż w potrzebie wyższej, która wielu jeszcze ofiar będzie wymagać. Ale ziarno niepewności już zostało zasiane. Jakkolwiek bohater by się nie oszukiwał, uczucia strachu przed zwyczajnym okrucieństwem wojny oszukać nie umiał. Uświadamia sobie na każdym kroku mocniej rozziew między teorią a wykonaniem. Jego filozoficzne rozważania przerywają jednak kolejne działania wojenne - z rodzinnego Baku po interwencji Turcji i Anglii pozostają tylko rumowiska i zgliszcza. Trudniąc się jako grabarz wypatruje tylko okazji by zdobyć choćby łyżkę strawy. Autor wplata tutaj bardzo znaczący epizod rozmowy swego bohatera z duchem zabitej ormiańskiej dziewczyny. Jest on przepojony goryczą egzystencji ludzkości. Na cóż bowiem przydatna jest praca, oddychanie, życie, trwanie, staranie się, skoro tak łatwo jest skończyć jak owa dziewczyna? Zresztą i tak całe życie dąży prędzej czy później do śmierci. Naprawdę niewiele trzeba by przerwać kruchą nić żywota, a razem z nim całą niepowtarzalną osobowość człowieka. Czym jest także marny człowiek wobec takich machin jak rewolucja czy wojny? Gdy Cezary zbliża się już do granic wytrzymałości sumienia następuje mały zwrot - chłopak trafia na ojca, powracającego z frontu, choć Cezary był dawno przekonany o jego śmierci.

Ten wskazuje synowi inną alternatywę - opowiada mu wizję, ponoć ziszczającą się w Polsce, o pewnym budowniczym , który wpadł na pomysł stawiania szklanych domów. Daleki ich krewny, inżynier, planuje założenie na wybrzeżu olbrzymiej huty szkła, w której wytapiano by elementy domów w kształcie wielkich, szklanych tafli. Wewnątrz elementów ścian i podłóg biegłyby kanaliki, którymi latem miałaby przepływać woda chłodna, zimą zaś ocieplana. Ściany domów miałyby być różnokolorowe, aby dodatkowo wkomponowywały się w dany krajobraz Łatwo można by w nich utrzymać czystość, gdyż wystarczyłoby zmyć ściany i podłogi wodą, aby pozbyć się osadów brudu, za czym koszty prowadzenia byłyby bardzo niskie. Surowcem do wytopu szkła jest piasek morski, stąd jeszcze dodatkowo byłoby go pod dostatkiem, a energii poruszającej turbiny huty dostarczałyby wodne prądy. Ta opowieść uświadomiła bohaterowi, że w imię idei można także - choć zapewne jest to trudniejsze - budować, zamiast burzyć. Że można dążyć do poprawiania stanu najuboższych i tych z niższych sfer drabiny społecznej bez podpierania się przemocą, i że przyszłość ludzi leży w pokojowej przebudowie świata, w reformach i wynalazkach. Jest tutaj też i projekt szybkiego i w miarę stabilnego rozwoju ekonomicznego. Ten czynnik zachwiał ostatecznie rewolucyjnymi zapatrywaniami chłopaka.

Myślę, że to owe mityczne szklane domy były najbardziej bliskie zapatrywaniom Żeromskiego. Mimo, iż autor był maksymalnym realistą, nie opowiadał się ani za rozpowszechnianiem barbarzyńskości rewolucyjnej, ani za utrzymywaniem stałego porządku, który przecież wraz z postępem czasu z natury rzeczy musi stać się archaiczny. Wszystkie skrajności mają złe strony i prowadzą do ekstremalnych rozwiązań. Żadna z idei nie powinna być realizowana w formie pełnej, czystej, a jedynie jako wykorzystanie jej podstawowych założeń i mechanizmów poprzez dostosowanie ich do potrzeb i możliwości czasu czy epoki.