Czasy, w których żyjemy, są przepojone wiarą we własne siły, wiarą, że człowiek jest miarą wszechrzeczy, że Bóg i religia to jedynie jego wytwór i nic ponadto. Wraz z zanegowaniem porządku transcendentnego ludzie oddali swe dusze na łup relatywizmu, który mówi, że nie istnieje żadna inna prawda poza tą, którą ty czy ty sam ustanawiasz, że nie istnieje nic, czemu musielibyśmy być bezwzględnie wierni, gdyż wszystko jest tylko grą przypadku i wypadkową różnych, często sprzecznych, interesów. W takim świecie nie ma zatem również miejsca na miłość, która była by pojmowana jako coś absolutnego, jako swego rodzaju imperatyw kategoryczny, którego zewowi nie można się oprzeć. Widzimy ją obecnie raczej jako emocję, która łączy dwie osoby, ale w której nie ma nic absolutnego, a co zatem idzie i w związku, którego jest fundamentem. Skoro zaś tak, to nie istnieje żadna przeszkoda, aby po tym jak pierwsze zauroczenie mnie, poszukać sobie nowego partnera, nową "miłość". Nie wszystkim taki stan rzeczy - bez - wiary i bez i miłości - się podoba i nie boją się przeciw temu protestować. Wśród nich są również współcześnie poeci.

Problematykę zatraty miłości zarówno wobec naszego Stwórcy, jak i bliźnich, podejmuje wiersz Małgorzaty Hillar zatytułowany "Aniołowie z Hiroszimy". Pierwszym, co narzuca się czytelnikowi w trakcie jego lektury, jest zupełnie inna, niż to znamy z tradycji, prezentacja postaci Boga. Bowiem w ujęciu Hillar nie jest to wszechwładny Pan Niebios, uwielbiony przez liczne ludy i plemiona, którego majestat wzbudzał nasz szacunek i podziw, a raczej bezsilny staruszek, który co prawda swoim "niech się stanie" zdołał powołać do istnienia świat z nicości, ale poza tym nie ma on nad nim żadnej realnej władzy. Widzimy Go teraz jak siedząc w łodzi gnanej wiatrem przez odmęty morza mamrocze do siebie:

"Wszystko tak mi się udało, że postanowiłem

nigdy nie urządzać końca świata

ale ci głupcy stworzeni na obraz

i podobieństwo moje ci głupcy (...)"

Poetka ukazując tak, a nie inaczej naszego Stwórcę, pragnęła ukazać stosunek ludzi do tego, co On stworzył. Nasza pokora wobec niego, nadzieja, wiara i miłość fundowały Jego wizerunek jako potężnego władcy i jednocześnie sprawiały, że odnosiliśmy się do naszych bliźnich z życzliwością i należnym im szacunkiem. Jednakże, gdy przestaliśmy Mu ufać, ba, a nawet w Niego wierzyć, to Jego obraz w naszych duszach przyblakł, zatarł się, zmarniał. W ten sposób ostaliśmy się z bezsilnym starcem, który nic nie może, w ten sposób narodziła się w naszych sercach pustka. Okazuje się więc, że człowiek bez najwyższej miłości karłowacieje i nic tu nie pomogą takie czy inne miłostki, którymi sobie wypełniamy życie. Być może zatem jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zarządzenie przez Boga , co sugeruje przytoczony fragment wiersza, końca świata? Czyż bowiem człowiek może i powinien istnieć w świecie, z którego wypędził miłość?

Wątek zatraty idei miłości bliźniego w naszych czasach, chociaż właściwie nie tylko, podejmuje wiersz Wisławy Szymborskiej zatytułowany "Przypowieść". Ma ona charakter paraboliczny, co zresztą sugeruje niedwuznacznie jego tytuł, zaś jego treść nawiązuje do biblijnej przypowieści o Samarytaninie. Pewnego razu trzech rybaków znalazło zakorkowaną butelkę. Był w niej list, w którym ktoś skreślił następujące słowa: "Ludzie, ratujcie! Jestem tu. Ocean mnie wyrzucił na bezludną wyspę. Stoję na brzegu i czekam pomocy. Spieszcie się. Jestem tu!". Ani pierwszy, ani drugi rybak, nie uznał za słuszne pospieszenie na pomoc temu nieszczęśnikowi, co uzasadniali tym, iż w liście nie zostało określone położenie wyspy ani też data, która jednoznacznie potwierdzałaby to, że istnieje jeszcze szansa na ocalenie go. Z takim spojrzeniem na sprawę nie mógł pogodzić się trzeci z rybaków, który wywody swych przyjaciół skwitował w następujący sposób: "Ani za późno, ani za daleko. Wszędzie jest wyspa Tu."

W tym wierszu Wisława Szymborska zajęła się, co zresztą już wcześniej było wzmiankowane, problematyką miłości bliźniego. Można powiedzieć, iż w zasadzie polska poetka powtórzyła w nowej formie przesłanie, które odnajdujemy w Ewangeliach. Jesteśmy niejako zobowiązani swym człowieczeństwem, którego główną składową jest miłość, nieść pomoc naszym bliźnim. Jest to wezwanie bezwarunkowe, nie możemy tedy szukać jakichś wymówek, które, nawet jeśli bardzo racjonalne i do rzeczy, zwalniałyby nas z tego obowiązku. Nie powinniśmy zatem zasłaniać się tym, że nie wiemy, gdzie jest jakaś wyspa, ani też tym, że niepewnym jest, czy ktoś z niej jeszcze do nas woła. Ten wiersz więc niejako wzywa nas do bycia aktywnymi w naszych relacjach z innymi. Wszakże rybacy z "Przypowieści" dostali przynajmniej znak, że ktoś potrzebuje pomocy, a ile to razy zdarza się w życiu, że ci, którym jest najbardziej potrzebna czyjaś wyciągnięta dłoń, milczą i nikt się nie wysila, aby tą ciszę usłyszeć? Cóż, bycie Samarytaninem wymaga zatem wysiłku i… dobrego słuchu.

Omówione powyżej wiersze podejmowały przede wszystkim problematykę oddalania się ludzi od siebie, odgradzania niewidzialnym murem, zanurzaniem się każdego z nas w swe własne ja i nie zwracaniem uwagi na innych. Nie budujemy bowiem naszego życia wokół takich wartości jak miłość, braterstwo, współpraca, ale przede wszystkim wokół chęci bycia najlepszym bez względu na koszty, zdobycia wysokiej pozycji społecznej nawet kosztem zdeptania innych, bycia podziwianym i cenionym. Takie podejście nie sprzyja, oczywiście, otwarciu na drugiego człowieka, gdyż ten jawi się jako rywal, a nie jako potencjalny przyjaciel, ktoś, z kim można nawiązać warcz dialog. Czy w takim świecie jest zatem miejsce na miłość, która byłaby czymś więcej, niż tylko zaspokojeniem pożądania, bądź błahą namiastką uczucia, które powinno się skrywać pod tym mianem? Trudno sobie to wyobrazić.

Wyjście z tej patowej sytuacji może być tylko jedno i o nim właśnie traktuje wiersz Tadeusza Różewicza zatytułowany "Przepaść". Jego tytuł jest symbolem otchłani, jaka rozwarła się pomiędzy ludźmi, otchłani, przez którą w niegdysiejszych czasach były przerzucone mosty zbudowane z miłości i zaufania, a które obecnie, jak się zdaje, zostały zburzone. Jest ona zatem tym, co odgradza, tym, co stanowi przeszkodę oddzielającą nas od siebie, tak jak dla staruszki, o której opowiada wiersz, jest nią wysoki krawężnik, który nie pozwala jej wejść na bezpieczny trotuar z dala od pędzących z szaleńczą szybkością samochodów. W tym momencie zjawia się mały chłopiec, który wyciąga dłoń do przestraszonej staruszki i pomaga jej przejść przez mroczną czeluść ulicy:

"Rozstępują się straszliwe ciemności

nagromadzone nad światem przez złych ludzi

kiedy w sercu małego chłopca

świeci iskierka miłości"

Różewicz w tym wierszu pokazał, iż mosty, które mogą zostać przerzucone nad przepaścią oddzielającą nas od innych ludzi, znajdują się wciąż w nas, tyle tylko, że zapomnieliśmy o tym, iż je posiadamy. Wszak ludzie nie utracili zdolności kochania, bycia bezinteresownymi, zdolności do poświęcania się dla innych. Jednakże wszystkie te dobra duchowe zagrzebaliśmy gdzieś głęboko w swych wnętrzach, czasami nawet wstydząc się, że w ogóle je posiadamy, i zajęliśmy się rzeczami "ważniejszymi", co zwykle sprowadza się do robienia kariery za wszelką cenę. Wystarczy jednak czasami jakieś drobne zdarzenia, w sumie mało znaczące w ogromie zdarzeń, w których jesteśmy pogrążeni, jak choćby nieporadność staruszki, która nie potrafi przejść przez ulicę, aby wzbudziła się w nas iskra, która rozświetli otchłań naszego odizolowanego od innych istnienia, która pozwoli nam odbudować mosty łączące nas niegdyś ze światem ludzi.

Omówione powyżej trzy wiersze zajmują się przede wszystkim, jakkolwiek nie tylko, problematyką świata, w którym zabrakło wiary w miłość, w to, że jest ona czymś więcej niż tylko "zabawą dorosłych ludzi". Jednocześnie stanowią one ostrzeżenie, że świat, w którym przyszło nam żyć, nie ostanie się, jeśli nie znajdziemy drogi, która nas z powrotem zaprowadzi do miejsca , w którym można spotkać drugiego człowieka. Przewodniczką zaś w tym przedsięwzięciu może być tylko miłość, prawdziwa miłość, którą musimy na nowo odkryć w swych duszach.