Byłam wtedy małą dziewczynką... Bardzo lubiłam chodzić z mamą na jagody do pobliskiego lasu... Zdawało się, że znamy ten las bardzo dobrze...

Otóż, pewnego letniego dnia wybrałyśmy się z moją opiekunką na jagody. Początkowo starałam się dotrzymywać kroku mojej mamie, lecz gdy odkryłam wysepkę całą wypełnioną tymi soczystymi owocami, przykucnęłam i poczęłam je zrywać. Patrzyłam, jak mama oddala się, krzyczałam nawet żeby zaczekała, lecz ona była już za daleko, aby mnie usłyszeć... Znikła wśród drzew... Myślałam, że wiem w którą stronę poszła moja mama, lecz myliłam się... Biegłam przed siebie, oczka miałam zalane łzami... W pewnej chwili przystanęłam... Spośród drzew wyłoniła się niewielka polanka, na której stała mała chatka. Z domku wyszedł starszy mężczyzna z długą, siwą brodą... Początkowo przestraszyłam się, ale po chwili odzyskałam odwagę i ruszyłam w stronę chatki...Mężczyzna podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmowę. Powiedziałam mu, że się zgubiłam, a on postanowił, że pomoże mi odszukać mamę. Szliśmy leśnymi dróżkami... Powoli zapadał zmierzch... Zobaczyłam mamę. Siedziała na ogromnym głazie i płakała. Podbiegłam do niej, a ona mocno mnie przytuliła. Dziękowała pustelnikowi w nieskończoność...

Po tej przygodzie już nigdy więcej nie poszłam ze strachu do lasu...