Miłość jest ogromną siłą duchową. Kochający człowiek jest zdolny obalać mury, niszczyć przeszkody i pokonywać wszelkie bariery, aby osiągnąć szczęście. Gdzie jednak leży - i czy w ogóle istnieje - granica pozwalania sobie na dowolne zło usprawiedliwiane miłością? W tej rozprawce pochylę się nad zagadnieniem usprawiedliwiania niemoralnych czynów, jeżeli dokonała ich osoba miłująca.

Za pierwszy przykład niech posłuży najsłynniejsza para w historii literatury - Romeo i Julia. Ich zakazana miłość była pełna wzajemnego szacunku, gotowości do poświęceń, chęci niesienia szczęścia drugiej stronie; bez wątpienia, gdyby ich rodziny nie żywiłyby do siebie wzajemnej nienawiści i zezwoliłyby na ten związek, młodzi byliby ze sobą bardzo szczęśliwi. Czy jednak uczuciem Romea możemy usprawiedliwić zabójstwo Parysa? Z pewnością nie był to dobry uczynek, lecz trudno oczekiwać po młodzieńcu opanowania w tak dramatycznej sytuacji. Monteki - młody, wrażliwy i słaby psychicznie - stracił wszystko: zaledwie kilka dni wcześniej jego najlepszy przyjaciel został zabity, on sam wygnany z rodzinnej Werony bez prawa powrotu, teraz dowiedział się, że jego ukochana nie żyje. Romeo pragnął odebrać sobie życie nad grobem Julii; nie widział już przyszłości, nie zależało mu na niczym, brak mu było samokontroli. Sądzę, że silne emocje targające młodzieńcem mogą usprawiedliwić mord dokonany na rywalu.

Inny rodzaj miłości, w imię której dokonywany jest czyn niemoralny, przedstawiony jest w "Hamlecie". Duński książę, napędzany przez chęć zemsty na mordercy ukochanego ojca, doprowadza do tragedii rodzinnej: w mizogonicznej wściekłości wyżywa się na Ofelii, z którą przecież kiedyś łączyła go silna więź, chwila gwałtowności kosztuje życie Poloniusza, co później doprowadza do obłędu i śmierci jego córki, a syna popycha do uczestnictwa w zamachu na życie Hamleta. Obydwaj młodzieńcy - Laetres i Hamlet - są dobrymi przykładami ludzi żywiących ogromną miłość, w imię której popełniają zbrodnie. Ostatnia scena dramatu "rozgrzesza" niejako Laetresa; ranny zatrutym ostrzem, wyznaje swoją winę i prosi o przebaczenie umierającego księcia. Jest to dla mnie doskonały dowód na to, że miłość może być pretekstem do wybaczenia człowiekowi złego czynu.

Tak jednak nie jest zawsze. Destrukcyjne uczucie proustowskiego Marcela do Albertyny nie może usprawiedliwiać wszystkich jego czynów. Nie można powiedzieć, że Marcel żywi do kobiety poprawne, nietoksyczne uczucia. Nie dopuszcza do siebie myśli o tym, że Albertyna może być szczęśliwa z inną osobą, jest niezdrowo podejrzliwy co do jej życia intymnego i tendencji homoseksualnych. Wplątuje ją w ciasną sieć intryg i czyni więźniarką we własnym domu, by potem prowadzić drobiazgowe dochodzenie na temat jej prywatności. Związek ten jest obsesyjny, chory, wręcz toksyczny - ostatecznie żadnemu z nich nie przynosi on długotrwałego szczęścia.

Podsumowując: sądzę, że miłość może być podstawą do usprawiedliwiania niektórych złych zachowań, jednak rozkochanie nie zawsze jest dobre. Jeżeli uczucie nie jest zbudowane na wzajemnym szacunku i gotowości do uszczęśliwiania drugiej osoby nawet za cenę własnej przyjemności, nie można mówić tutaj o miłości, a tym samym - o usprawiedliwieniu czynu wątpliwie moralnego.