Niedawno temu wybrałem się na stadion śląski w Chorzowie. Nasza kadra narodowa rozgrywała tam mecz eliminacyjny z Azerbejdżanem. Bardzo chciałem iść na ten pojedynek, ponieważ Polacy po wodzą Pawła Janasa prezentują się ostatnio bardzo dobrze. Dodatkowo na stadion, z Krakowa miałem niedaleko i w dodatku pojechałem razem z moim najlepszym kolegą.

Z karnetami wstępu na stadion był trochę problem. Kupiliśmy je dopiero w przeddzień meczu, gdyż Polski Związek Piłki Nożnej długo zastanawiał się nad sposobem i czasem ich dystrybucji. W końcu padło rozstrzygnięcie. Prezes związku oznajmił na antenie telewizyjnej, niemalże jak w orędziu do narodu, że bilety będzie można kupić tylko do poniedziałku. W dniu meczu nie będzie sprzedaży, by nie wywoływać zbędnych przepychanek. Bilety są w trzech kategoriach cenowych; po 50, 120 i 220 złotych. Ceny zależą od rodzaju miejsc i trybun. Wierzymy, że te niedogodności nie sprawią dużych kłopotów dla naszych kibiców i w dużej liczbie będą dopingować naszą jedenastkę.

Od razu zadzwoniłem do swojego kolegi i nie minęły trzy godziny, jak mieliśmy już zapewnione wejściówki na ten mecz. Niestety ktoś kto drukował i sprzedawał te bilety, nie widział chyba przemówienia pana prezesa PZPN, bowiem ceny odbiegały od tych które były ogłoszone publicznie w "Wiadomościach". W rzeczywistości były one większe i wynosiły: 60, 135 i 240 zł. No cóż takie tam niewielkie zamieszanie, z pewnością była to pomyłka kasjerki, która nie wydała reszty lub zacięła się maszyna drukarska i tak już pozostawiono bilety po wyższych cenach. Przecież istnieje nawet takie powiedzenie "sędzia drukarz". Dlatego jeszcze może sędzia tego pojedynku jest w to wszystko zamieszany, pan Pierre Luigi Colina, włoski arbiter.

Rankiem z Pawłem udaliśmy się do szkoły na lekcje, nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi. W prawdzie w naszych plecakach były atrybuty prawdziwego kibica, a z przyborów szkolnych tylko pióro i jeden zeszyt, który i tak przyda się przede wszystkim do autografów piłkarzy, to staraliśmy się to ukryć. Gdy tylko skończyły się lekcje, szybko pobiegliśmy na dworzec kolejowy, gdzie kupiliśmy bilety. Musieliśmy jeszcze chwile poczekać na nasz pociąg, dlatego usiedliśmy na bardzo ładnej ławeczce, która według mnie było co dopiero pomalowana, bo jakoś dziwnie ta farba wyglądała. Paweł jednak bardziej sceptycznie był nastawiony do tej sprawy. Sądził i przekonywał mnie, że lakier na ławce jest już bardzo stary i się najzwyczajniej w świecie złuszcza się. Ja natomiast nie zgadzam się z jego opinią, ponieważ po prostu nie wierzę aby nasze władze dopuściły do takiego niedopatrzenia. Czekaliśmy jeszcze chwilę na nasz skład, mieliśmy okazję oglądać rezerwistów wracających z wojska. Zaczęli robić pompki na peronie, wykrzykując przy tym nazwy kolejnych miesięcy swojej służby

W końcu podstawiono na peron nasz pociąg. Zajęliśmy miejsca w pierwszym wolnym przedziale. Mieliśmy przed sobą około dwóch godzin jazdy, ale zapowiadała się ona fajnie. Z biegiem czasu dochodzili do naszego przedziału inni pasażerowie, jednak i tak była swoboda. Nikt nie narzekał na brak miejsca. Kilka osób zapaliło papierosa, później ktoś poprosił o otwarcie okna, gdyż zrobił się zaduch. Cała podróż była bardzo miła, rozmawialiśmy cały czas i aż żal było wysiadać na stacji w Chorzowie. Bardzo szybko minęły te dwie godziny jazdy pociągiem.

Nasze zadowolenie było duże, ponieważ wówczas wiedzieliśmy, że bez żadnych problemów dojdziemy do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, gdzie miał się odbyć mecz. Mieliśmy jeszcze ponad trzy godziny do pierwszego gwizdka. Musieliśmy jeszcze przejechać kilka przystanków tramwajem. Wszystko dokładnie jeszcze w Krakowie uzgodniliśmy. W tramwaju spotkaliśmy kilku chyba górników, wracających do domu po ciężkiej pracy. Widać było, że przysypiają ze zmęczenia. Fakt, faktem wyczuliśmy alkohol, ale pewnie minęliśmy gdzieś jakąś knajpkę. Już po dziesięciu minutach dojechaliśmy do celu, stąd tylko pięciominutowy spacer do stadionu śląskiego. Szliśmy ochoczo, mijając po drodze olbrzymie bilbordy, na których reklamowały się różne firmy, za pomocą sław sportu i tak na przykład spotkaliśmy Małysza, Jurka Dudka, czy trenera reprezentacji polskiej Pawła Janasa.

Widząc te reklamy, pomyślałem sobie, że to w sumie dobrze, bo może dzięki nim polski sport, a zwłaszcza polskie kluby piłkarskie będą miały zdecydowanie lepszą sytuację, mając więcej pieniędzy.

Na dowód tych moich myśli, na mniejszym boisku obok stadionu śląskiego młodziki rozgrywali jakiś pojedynek miedzy sobą. To dobry prognostyk na przyszłość. Może wyrosną z nich światowej klasy piłkarze. Przyglądając się im, miałem wrażenie, że są tam trzy drużyny, patrząc na ich koszulki. Bowiem część chłopców, z tej samej drużyny, ale w innych koszulkach, atakowało tą samą bramkę.

Popatrz Paweł, oni mają profesjonalne buty sportowe, mają korki! Koszulki ich też są klubowe. Dawniej tak nie było. W końcu jest coraz lepiej. Piłka polska staje się coraz większą potęgą.

Paweł skwitował mnie trochę dziwnym spojrzeniem, aczkolwiek nic na to się nie odezwał i udaliśmy się dalej. Niestety przed brama stadionu byliśmy już trzy godziny przed rozpoczęciem meczu. Robiło się chłodno. Dopiero po dwóch godzinach pozwolono nam wejść na sektory. Do tego czasu wystarczająco staliśmy się głodni i było nam zimno. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tym czasie nauczyliśmy się przyśpiewek piłkarskich, typy; "Polska, Biało Czerwoni...". Były one wszystkie fajne, ale w niektórych niestety były słowa obraźliwe. Szkoda, że w ten sposób psuje się klimat kibicowania. Zabranianie przekleństw na stadionie, mimo, że jest to miejsce publiczne, nie jest przestrzegane.

Nareszcie otwarły się bramki, przez które, po uprzedniej kontroli osobistej oraz wejściówek, weszliśmy na stadion. Odszukaliśmy nasze miejsca, ale mieliśmy jeszcze prawie godzinę do samego początku. Postanowiliśmy pochodzić obok trybun. Przy wysokim ogrodzeniu, od tyłu stadionu, przyjechał autokar reprezentacji Azerbejdżanu. Zorientowaliśmy się, że jesteśmy w miejscu, gdzie przyjeżdżają piłkarze na mecz. Azerowie bez większych problemów weszli na teren stadionu. Zamierzaliśmy wrócić na swoje miejsca, gdy nagle nadjechali Polscy zawodnicy. Ale super, ale się nam poszczęściło, żeby zobaczyć z bliska piłkarzy. Ziściło się nasze marzenie. W dodatku miałem okazję uścisnąć rękę trenera Pawła Janasa. Powiedział do mnie wówczas "dzień dobry chłopcze". Niesamowite przeżycie, aż odjęło mi mowę z tego wrażenia.

Po kilkunastu minutach dopiero ocknęliśmy się, że ich już tam nie ma, wróciliśmy do swojego sektora. Zawodnicy obu reprezentacji rozpoczęli rozgrzewkę na płycie boiska. Z całego już niemal stadionu dobiegają śpiewy. W końcu pierwszy gwizdek oznajmił początek meczu.

POLSKA! DO BOJU! JESZCZE JEDEN! Polacy zdobywają kolejnego gola. Święto na stadionie. Polacy zwyciężają aż 5:0. Koniec meczu. Azerowie zostali dobici. Jednak na trybunach słychać podziękowania, także dla zawodników Azerbejdżanu. "Dziękujemy za grę!" Szczęśliwi kibice porozjeżdżali się w różne miejsca w Polsce, ciągle jeszcze śpiewając. Autobusy i tramwaje pełne są śpiewających fanów. Wszędzie ich pełno z szalikami i trąbkami.

Ja z Pawłem także wróciliśmy do Krakowa. Podobnie jak inni, my też świętowaliśmy przez całą drogę.