Parę dni temu postanowiłam skorzystać ze słonecznej pogody i wyszłam na balkon. Tradycyjnie już wzięłam do ręki książkę i zamierzałam oddać się literaturze pięknej. Okazało się jednak, iż nie jest to wcale takie proste, jak by się mogło wydawać, gdyż wszelką przyjemność wynikającą z czytania odebrali mi chłopcy bawiący się na placu zabaw.

To właśnie z ich ust usłyszałam cały zestaw słów, które zdecydowanie wpływają na ekspresję naszej wypowiedzi. Jeszcze nie tak dawno każdy z nich zapłonąłby rumieńcem, gdyby takie słowa z jego ust usłyszał jakikolwiek dorosły, natomiast teraz nikt się już tym nie przejmuje. Są w języku polskim, tak jak w każdym innym, wyrazy, które służą podkreśleniu emocji, naszych uczuć, napięcia. Jednak z nimi jest jak z przyprawami - służą one do tego, by wypowiedź była wyrazistsza, ale ich nadmiar powoduje, że mamy do czynienia z prawdziwą językową tragedią. "Pokaż mi język, a powiem ci, kim jesteś" - aż chce się rzec. Nie da się jednak w dzisiejszych czasach określić kogoś po tym, w jaki sposób się wypowiada. Język ulicy coraz częściej wkracza do naszych wypowiedzi, a my sami coraz rzadziej zadajemy sobie trud, by dbać o zasób leksykalny. Znak czasów? Może, a może po prostu zwykłe lenistwo.

Zaczęłam się zastanawiać nieco bardziej nad tym, co mogę zaobserwować dookoła mnie. Jeszcze nie tak dawno maluch (który zresztą właśnie przejechał pod mym domem) wyznaczał stan posiadania, albo właściwie nie posiadania. "Maluchem" jeździli bowiem ci, których nie było stać na samochody lepszej klasy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się śmiać, kiedy pewnej zimy tylko właściciele maluchów mogli poruszać się po ulicach. Inne modele wymagały zdecydowanie większego wkładu sił w to, by je uruchomić, a malucha każdy spokojnie wypchał z zaspy i mógł jechać, gdzie tylko chciał.

Niezwykle się cieszę, że przede mną jeszcze kilka lat nauki. Zwłaszcza, kiedy patrzę na rosnące bezrobocie i ludzi, którzy w urzędzie pracy otrzymują kwalifikację: "bezrobotny, bez prawa do zasiłku". Bezrobotny, czyli bez pracy, a skoro "bez prawa do zasiłku", to za czego ma żyć? Z czego ma utrzymać rodzinę, skoro nie zarabia? Dla takich ludzie jedynym wyjściem jest niejednokrotnie tzw. zbieractwo. Chodzą oni od śmietnika do śmietnika z nadzieją, że albo znajdą coś, co im samym się przyda, albo coś, co będą mogli sprzedać. Tylko dla ilu osób wystarczy tego, co znaleźć można na śmietniku? I jak długo można tak żyć? Oczywiście można liczyć na pomoc rodziny, ale nie można być przez cały czas na utrzymaniu kogoś, kto ma swoje problemy, kto sam musi wyżywić, ubrać, wychować najbliższych. Istnieje jeszcze jeden sposób na zdobycie funduszy na przeżycie - kradzieże. Jednak w takim wypadku łamanie prawa staje się oczywiste i wręcz usankcjonowane. Nikt nie może bezrobotnemu zakazać kradzieży, gdyż jest to dla niego jedyny sposób, by otrzymać najbliższych.

Życie rodzinne też nie wygląda dobrze. Coraz więcej patologii, rodziców samotnie wychowujących dzieci - nie tylko matek, jak było wcześniej, ale także ojców. Matki niejednokrotnie rozkładają ręce patrząc na swoje dzieci i ich brak wychowanie próbuje tłumaczyć tym, że dzieci wychowują się bez ojca. Zresztą po co kobiecie mąż? W dzisiejszych czasach wiele kobiet traktuje mężczyzn tylko i wyłącznie jak materiał genetyczny, służący prokreacji. To druga kobieta staje się najważniejsza, bo zawsze zauważy nową fryzurę, makijaż, można się jej wyżalić na niedobrego męża i pogadać o wszelkich babskich bolączkach, których nigdy, ale to nigdy nie będzie w stanie zrozumieć mężczyzna. On zresztą także nie potrzebuje już kobiety. Współczesne wynalazki zapewniają mu to wszystko, co do tej pory gwarantowało posiadanie żony - są pralnie, do których można oddać ubrania, obiad można zjeść "na mieście" lub przygrzać w mikrofalówce, mecz lepiej obejrzeć z kumplami, niż z żoną, która wolałaby jakiś łzawy film, a seks...cóż...zawsze można mieć panienkę na jedną noc lub najnormalniej za niego zapłacić w agencji towarzyskiej.

Patrzę na głośno, zdecydowanie za głośno, śmiejące się kobiety przechodzące koło mojego bloku. Wszystkie wyglądają tak samo - wysokie, szczupłe, o długich blond włosach, właściwie identycznie ubrane, z dużymi biustami. Obok nich przemyka niewysoka, krótko ścięta brunetka. Jak ja się cieszę, gdy ją widzę. Zaczynam na nowo wierzyć, że są na tym świecie prawdziwe kobiety.

Przed uchylone okno słyszę, jak dzwoni telefon. Mama odbiera, mimochodem słyszę, jak rozmawia z ciocią. Okazuje się, że nasz pierwszy sąsiad popełnił samobójstwo. Zastanawiam się, jak to możliwe? Taki miły, zawsze uśmiechnięty i uprzejmy pan.

Świecie, dokąd zmierzasz? Co się z nami dzieje? Dochodzę do wniosku, że czytanie teraz i tak nie ma już najmniejszego sensu. Zostaje mi pytanie - jak będzie wyglądać jutrzejszy świat.