Motyw miłości jest jednym z najpopularniejszych tematów występujących w literaturze i sztuce wszystkich epok. Nie ma chyba takiego okresu w dziejach cywilizacji, w którym pisarze nie pisaliby o miłości, nie wychwalali jej lub nie przeklinali. Jest to jedno z najsilniejszych uczuć, które wywiera ogromny wpływ na człowieka i przed którym nie ma ucieczki. Tak samo jak i przed śmiercią. Z tego też powodu często w literaturze występuje przeciwstawienie sobie tych dwóch sił, którym ulega każdy z nas. Jest wiele rodzajów miłości: szczęśliwa (bo spełniona) i nieszczęśliwa, duchowa i fizyczna, platoniczna i erotyczna, rodzicielska, macierzyńska, braterska, miłość do ojczyzny itd. Każda z nich jest inna i w tym jej urok. Miłości tak naprawdę nie da się zdefiniować, ją trzeba przeżyć. Czasami zdarza się, że jest tak silna, iż jest w stanie pokonać nawet śmierć. Literatura różnych epok opisuje takie sytuacje, szukając odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę decyduje o wielkości tego uczucia.

W niniejszej pracy chciałbym spróbować znaleźć na to odpowiedź, odwołując się do trzech dzieł kultury. Mam tutaj na myśli średniowieczny romans rycerski "Tristan i Izolda" Josepha Bediera, wiersz Jana Lechonia "Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną…" i obraz jednego z najwybitniejszych surrealistów "Kochankowie" Rene Magritte'a. Pomimo tego, że daty powstania tych dzieł dzieli kilka wieków, można odnaleźć w nich liczne podobieństwa w ujmowaniu tematu miłości.

Zacznijmy od obrazu. Jego autor, Rene Magritte, był belgijskim malarzem surrealistą. Żył w latach 1898 - 1967. Jego twórczość, podobnie jak i innych malarzy wspomnianego nurtu, jest wieloznaczna, tajemnicza i intrygująca. Chodziło głównie o wykreowanie obrazów burzących logiczny porządek rzeczywistości. Przedstawione na płótnach przedmioty i osoby zatracają swoją realność. Zestawione bywają ze sobą w sposób bardzo ciekawy, choć nierzeczywisty. Wszystko razem przypomina wizje z pogranicza jawy i snu, coś podobnego nawet do halucynacji. Miało to na celu zerwanie z racjonalizmem oraz traktowano to jako próby dążenia do wyzwolenia psychiki. Rene Magritte'owi zależało bardzo na mimetycznym odwzorowaniu rzeczywistego świata, na który z kolei nakładał metaforyczne treści. Wspomniany przeze mnie obraz, powstał w początkowej fazie twórczości malarza, w drugiej połowie lat dwudziestych XX wieku. Niektórzy koneserzy sztuki zarzucają artyście przesadną poetykę i nie do końca wyćwiczony warsztat malarski, co jednak według mnie nie przeszkadza aż tak bardzo w obiorze tego dzieła.

Na pierwszym planie "Kochanków" widzimy w zbliżeniu przytulającą się do siebie i całującą się parę. Oboje ubrani się niecodziennie, jakby świątecznie. Mężczyzna nosi ciemny garnitur, białą koszulę i krawat, natomiast kobieta ubrana jest w cos czerwonego (może suknię?). Stonowane kolory świadczą o dostojności tej chwili, która jest przedstawiane. Niby zwyczajny portret zakochanej pary, a jednak jest coś, co wywołuje ogromne zaskoczenie na twarzy odbiorcy. Chodzi mianowicie o to, że twarze obojga owinięte są jasnymi chustami. Kolor materiału doskonale kontrastuje się z ciemnym tłem, które nadaje całej sytuacji nastrój tajemniczości, anonimowości, a także pewnego rodzaju spokoju, jakby przysłowiowej ciszy przed burzą. Można domniemywać, ze artysta celowo skontrastował to złowrogie nawet tło z ciemnoczerwoną lub bordową ścianą znajdującą się z prawej strony obrazu oraz żółtym sufitem. Te dwie barwy powodują pewne rozładowanie napięcia, które cały czas unosi się gdzieś tam w powietrzu. Kochankowie Magritte'a przebywają w półmroku, oświetleni jedynie delikatnym światłem padającym z lewej strony, zza pleców kobiety. Być może jest to ich potajemne spotkanie. Kochają się, chcą ze sobą być, ale nie jest to im dane. I może dlatego mają na głowach chusty… by nikt ich nie zobaczył, by nie poznał kim są. Chcą nacieszyć się sobą, dopóki mają ku temu okazję. Uczucie, które nimi zawładnęło, wydaje się być tak silne, że pokonuje wszelkie przeszkody. Z drugiej strony chusty mogą symbolizować miłość ślepą, taką która nie dostrzega nic oprócz samej siebie. Kochankowie nie widzą się, co wcale nie przeszkadza im w cieszeniu się sobą i łączącym ich uczuciem. Tylko ono zdaje się tutaj liczyć. Reszta nie ma znaczenia. Próbują się pocałować, ale materiał skutecznie im w tym przeszkadza. Przez jego obecność nie mogą do końca wyrazić swoich uczuć. Świadczy to także o niemożności spełnienia się tej miłości, która narodziła się między nimi.

Interpretacja obrazu Rene Magritte'a nasuwa nam skojarzenia z jednym z najbardziej znanych zabytków literatury średniowiecznej, czyli z powieścią "Dziej Tristana i Izoldy". Ten średniowieczny romans rycerski, spisany przez Josepha Bediera, opowiada historię nieszczęśliwej miłości, która połączyła dwoje młodych ludzi. Tytułowi bohaterowie byli sobie przeznaczeni, ale okoliczności zewnętrzne sprawiły, że nie dane im było żyć wspólnie i cieszyć się tym uczuciem. A wszystko zaczęło się tak niewinnie, od jednego przypadku. Tristan, wierny rycerz króla Marka, miał przywieźć narzeczoną swojemu władcy. Pech chciał, a może przeznaczenie, że płynąc na statku z Izoldą, wypił magiczny napój miłosny przeznaczony dla króla. Od tego momentu serca głównych bohaterów zostały połączone na zawsze.

"Nieszczęśliwi, wstrzymajcie się i jeśli możecie jeszcze, zawróćcie z drogi! Ale nie, droga jest bez powrotu; już siła miłości was ciągnie i już nigdy nie zaznacie słodyczy bez boleści. To wino napojone ziołami ogarnęło was...".

Kochali się, ale wiedzieli, że nie mogą spędzić ze sobą reszty danego im życia. Szybko okazało się, że miłość jest potężną siłą, przed którą nie da się obronić. Życie Tristana i Izoldy zmieniło się w jedno wielkie pasmo cierpień, udręk, wyrzutów sumienia i nieustannych prób bycia razem pomimo wszystko. Oboje mieli świadomość konfliktu miłości i honoru, cnoty i zdrady (Izolda była przecież żoną króla Marka), ale nie przeszkadzało im to w potajemnych schadzkach. Uczucie tak nimi zawładnęło, że przestali zachowywać się rozsądnie, ryzykowali nawet własne życie, by choć przez chwilę być razem. Miłość okazała się niezwykle silna. Mimo iż sam Bóg im sprzyjał, uczucie to nie miało szans na spełnienie się w doczesnym życiu. Losy Tristana i Izoldy kończą się śmiercią obojga. Tristan umiera w wyniku odniesionych ran oraz z tęsknoty za ukochaną, która nigdy nie mogła być jego żoną. Natomiast Izoldzie pęka serce na wieść o śmierci ukochanego. Dopiero po odejściu z tego świata łączące ich uczucie wreszcie zatryumfuje. Króla Marek, zdradzany mąż, zdecydował się pochować ciała niespełnionych kochanków obok siebie. W niedługi czas po pogrzebie "w nocy z grobu Tristana wybujał zielony i liściasty głóg o silnych gałęziach, pachnących kwiatach, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurzył się w grobie Izoldy. Ludzie miejscowi ucięli głóg; nazajutrz odrósł na nowo, równie zielony, równie kwitnący, równie żywy i znowuż utopił się w łożu Izoldy Jasnowłosej". Głóg symbolizuje wieczność łączącego ich uczucia. Teraz już bez żadnych przeszkód mogą być razem i nikt im tego szczęścia nie odbierze.

Patrząc na obraz "Kochankowie" Rene Magritte'a, można ujrzeć współczesnych bohaterów romansu Josepha Bediera. I oni chowają się za chustami, jak gdyby się czegoś obawiali. Kochają się, ale nie jest to szczęśliwa miłość. Muszą się ukrywać, spotykać w pustym i zacisznym miejscu, z dala od wzroku osób postronnych. Zasłonięte materiałem twarze mogą również symbolizować wstyd kochanków. Wiedzą, że robią źle, i czują się z tego powodu winni, ale nie potrafią tego zakończyć, nie potrafią zapanować nad ogarniającym ich coraz bardziej uczuciem. Tak samo przecież było z Tristanem i Izoldą Jasnowłosą. Próbowali żyć bez siebie (Tristan nawet poślubił Izoldę o Białych Dłoniach), ale nie potrafili. Nawet na łożu śmierci Tristan wzywa ukochaną i czeka na nią. Niestety przybywa ona za późno.

Na zakończenie pragnę przywołać jeszcze jeden utwór, który doskonale współgra z omawianym obrazem i rycerskim romansem średniowiecznym. Mam tutaj na myśli wiersz jednego z najwybitniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego, należącego do kręgu "Skamandra" Jana Lechonia Pt. "Pytasz, co w moim życiu rzeczy główną…".

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną,

Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.

Jednej oczu się czarnych, drugiej - modrych boję.

Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,

To one pędzą wicher międzyplanetarny,

Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,

Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,

By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -

I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.

Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.

Poeta zestawia ze sobą dwa tematy: miłość i śmierć. Dochodzi do wniosku, że w tej rozgrywce nie ma stanu przegranego ani wygranego. Obie traktuje jednakowo, bo obie są potężne i potrafią zniewolić człowieka. Ustawia je na jednej pozycji. Obu się boi, ale i obie miłuje ("Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje"). Nierzadko zdarza się tak, że miłość prowadzi do śmierci, gdyż tylko w niej upatruje swoje wyzwolenie. Śmierć gwarantuje jej wolność, jak to było m.in. w wypadku losów Tristana I Izoldy. Jak pisał Bedier: "Kochankowie nie mogli żyć ani umrzeć jedno bez drugiego…". Paradoksalnie śmierć uwolniła ich od wszelkich cierpień wynikających z trudnej sytuacji w jakiej znaleźli się przez jeden łyk miłosnego magicznego naparu….