Pewnego sobotniego popołudnia nabrałem ochoty na smażoną rybę. Zadzwoniłem do Patryka z pytaniem, czy przejdzie się ze mną. Niestety, właśnie zjadł obiad i nie miał ochotę na przechadzkę. Poszedłem więc sam.

Szedłem przez las i pogwizdywałem. Pogoda była piękna, a ja czułem się świetnie. Nagle usłyszałem, że ktoś biegnie w moją stronę. Trochę się wystraszyłem, ale nie było czego. To był Patryk. Uśmiechając się, powiedział, że jednak postanowił mi towarzyszyć. Dalej poszliśmy razem, rozmawiając o tym i o owym.

Nagle poczułem ból w okolicach lewej kostki. Spojrzałem w dół i krzyknąłem. Koło mojej nogi wiła się żmija. Tuż obok kostki zobaczyłem brzydkie zaczerwienienie - musiała mnie ugryźć! Zrobiło mi się słabo. Nie wiem, czy z powodu bólu, jadu, czy też przerażenia. Na szczęście Patryk zachował zimną krew. Powiedział, żebym czekał, a on pobiegnie po pomoc. Tak też zrobił.

Po kilkunastu minutach przybiegł wraz z paroma mężczyznami. Pomogli mi dojść na skraj lasu, gdzie w międzyczasie przyjechała karetka. W szpitalu zaaplikowano mi zastrzyk, a potem pozwolono mi wrócić do domu. W taksówce myślałem, jak to wspaniale, że mam takiego przyjaciela jak Patryk. Gdyby nie jego decyzja, żeby towarzyszyć mi do smażalni ryb, być może już bym nie żył.