- Niesamowite...- Tylko ten jeden wyraz spośród wielu, które cisnęły się Antkowi na usta, zdołał z siebie wykrztusić. Wpatrywał się w smużkę dymu, unoszącego się nad trzymanym przez nią mentolowym L&M'em i z całych sił próbował przekonać się, że to, co przed chwilą dotarło do jego świadomości jest prawdą, a nie jedynie omamą zawodnych zmysłów.

- Tak, właśnie tak to wygląda - przerwała milczenie spoglądając gdzieś w głąb korytarza. Uniosła do ust tlącego się papierosa i oparłszy głowę na chłodnej gładzi ściany, zaciągnęła się głęboko.

- A więc nie będziesz musiała nic robić, będziesz wolna i niezależna od nikogo ?

- Nie chodzi o to czy będę musiała - uśmiechnęła się delikatnie - Jeżeli będę chciała, to będę mogła

pracować, w ramach hobby. Zresztą wcale nie chcę przestać. Kocham malować.

Wiesz ... - zamyśliła się - z prawdziwej miłości nie da się zrezygnować ot tak ...To coś jak nałóg , z którego nie możesz się wyzwolić. Tego nie da rzucić jak nieciekawego partnera. To jest we mnie... - rozżarzony koniuszek dotykał już niemal żółtawej bibułki filtra.

Siedział naprzeciw niej, oddalony jedynie o odległość oddechu i powoli układał w swoim umyśle tę mistyczną układankę, z puzzli jej zdań, starając się wyczytać z jej brązowych oczu przyszłość najbliższych miesięcy i lat. Próbował rozplątać misterną plątaninę niezwykłych wrażeń osiadłych w jego wyobraźni niczym wstęgi babiego lata na umierających gałązkach jabłoni. Patrzył na czerń jej gładkich włosów spowitych w efemeryczną mgiełkę tytoniowego dymu, którego resztki rozpływały się w chłodnym tunelu korytarza. Patrzył na idealny portret, którego nie zdołaliby stworzyć najwspanialsi renesansowi twórcy, na twarz , wobec której tajemniczy uśmiech Gioccondy był tylko prymitywnym obrazkiem na straganie sprzedawcy oleodruków.

- A więc zostałaś milionerką, tak?

- Cóż, wszystko wskazuje na to, że tak - odparła, obdarzając go wspaniałym uśmiechem. Zgasiła

papierosa rozgniatając go o dno prowizorycznej popielniczki, którą udawała metalowa puszka.

Stary poczciwy wuj Gabriel powiedział kiedyś "najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej i będziesz wiedział, że ona nigdy nie będzie twoja". Do cholery, miał całkowitą rację...

- Sorry, muszę już iść - rzekła przepraszająco - zobaczymy się jutro, prawda?

- Tak myślę, nie wyjadę przecież ot tak... - cóż więcej można było powiedzieć.

Wokół niego siedziało jeszcze kilka osób. Większość paliła papierosy i unoszący się dym wypełniał całą powierzchnię niewielkiego pokoiku. To byli współmieszkańcy hostelu, w którym zatrzymał się Antek. Zadomowił się tutaj już prawie rok temu. Ale w tym momencie czuł się zupełnie obco. Wydawało mu się, znał ją tak dobrze , jak mało kogo , a przecież dopiero przez ostatni tydzień zaczęli ze sobą rozmawiać. Równie dobrze mogłaby to być pierwsza lepsza osoba , przypadkowo spotkana na ulicy. A jednak, uczucie , jakie żywił wobec niej graniczyło niemal z bluźnierstwem, stał się jej czcicielem i wyznawcą , piewcą i orędownikiem. W obronie Otylii zapewne nie wahałby się stracić życia , zdrowia i wszystkiego , co posiadał. Stała sięw przedziwny sposób przyczyną jego radości i depresji, sprawijąc , że odnajdywał chęć życia i tracił ochotę na jakąkolwiek formę bytowania równocześnie. Wiedział jednak ,zę nie może to dłużej trwac ,dlatego postanowił odejść. Wrócił do pokoju i spakował szybko swoje rzeczy. Zostawił tylko paczkę papierosó - podarunek od Otylii. Ubrał marynarkę, przerzucił przez ramię torbę z do reki wziął walizkę i bez pożegnania z nią wyruszył spokonym krokim i lekkim zamętem w głowie w kierunku dworca kolejowego.

To miało być piękne, słoneczne, piątkowe popołudnie. Słońce już nawet nie świeciło - ono prażyło niemiłosiernie. Powietrze , jakby złośliwie , nie było przesiąknięte ani odrobiną wilgoci. W zasadzie jednak było to zwyczajne, piątkowe popołudnie , jakie zdarza się przynajmniej dwadzieścia kilka razy na rok. Oprócz wszechogarniającej duchoty , nic nie wróżyło tego , co miało się wydarzyć w ciągu kilku najbliższych godzin…