Ponownie obudziłem się zlany potem. Miałem zły sen. Najpierw był cudowny śpiew, anielski głos, który nagle zamienił się w głośne, świdrujące wycie. Drżącymi palcami sięgnąłem do wieży, by włączyć relaksującą muzykę. Zamknąłem oczy i usiłowałem się rozluźnić.

Gdy trochę się uspokoiłem, wziąłem chłodny prysznic. Następnie przygotowałem sobie smaczne śniadanko: kilka smażonych jajek, dużo owoców, szklanka wody mineralnej. Potem wskoczyłem w szary garnitur i ruszyłem do pracy. Najchętniej wziąłbym dziś sobie wolne, ale nie mogłem. Niestety, taki zawód jak mój zobowiązuje. Przynajmniej droga do pracy była przyjemna, wiodła przez starannie utrzymany park. Wreszcie doszedłem na miejsce, wielka brama powitała mnie złotym napisem Szpital Psychiatryczny. Uwielbiam moją pracę. Na myśl o tym, że może po raz kolejny pomogę komuś zrobiło mi się ciepło na sercu.

W gabinecie powitała mnie zaaferowana pielęgniarka. Okazało się, że w nocy przywieziono nowego pacjenta. Rick Johnson, 35 lat, ciężki przypadek schizofrenii. Dostał leki uspakajające, które dobrze na niego podziałały. Słuchałem monotonnego głosu pielęgniarki jednym uchem. Chciało mi się spać, czułem się bardzo słaby. Powiedziałem pielęgniarce, żeby odeszła, chciałem zostać sam. Siedziałem w milczeniu, kiedy nagle drzwi otworzyły się i ta sama pielęgniarka wykrzyczała:

- Szybko, szybko, panie doktorze, on umiera!

Natychmiast zerwałem się i pobiegłem na salę.

- Proszę mu natychmiast podać dożylnie 15 g. propaloxu!

Jednak nawet końska dawka lekarstwa nie pomogła. Na ekraniku pojawiła się znajoma, znienawidzona ciągła linia. Koniec.

Kiedy mój pacjent umiera, zastanawiam się nad sensem swojego zawodu. Walczymy ze śmiercią, wyrywamy jej ludzi, a ona i tak w końcu wygrywa. Nie mamy szans, po co więc się miotać? Ze spuszczoną głową wróciłem do gabinetu. Stanąłem przy oknie i obserwowałem ogród otaczający nasz szpital. Nagle poczułem, że ktoś bezszelestnie wszedł do pokoju i stanął koło mnie. Był to Paul, jeden z moich pacjentów.

- Panie doktorze, on chciał umrzeć. Tęsknił za tymi wszystkimi, którzy odeszli. Pan doktor wie, że cała jego rodzina zginęła w wypadku. Tak bardzo ich kochał. Nie potrafił sobie poradzić sam, nigdy nie był samodzielny - głos Paula załamał się. Popatrzyłem na niego, płakał.

- Nie, Paul, to nie tak. Jestem lekarzem, a on był moim pacjentem. Miałem mu pomóc wrócić do normalnego życia. Był jeszcze młody, mógł znaleźć nową żonę, mieć nowe dzieci… Całe życie było jeszcze przed nim, a teraz… Wszystko stracone.

Jednak Paul nie przestawał płakać. Pomyślałem, że może jest to rodzaj ataku. Po chwili upadł na ziemię i zaczęły nim wstrząsać drgawki. Zaczął krzyczeć. Przybiegła pielęgniarka. Chciałem mu pomóc, ale nie miałem takiej możliwości. Paul dostał rano tak silną dawkę leku, że kolejna zabiłaby go. Jedyne co mogliśmy zrobić, to przetransportować go do pokoju i przywiązać do łóżka, aby nie zrobił sobie krzywdy. Paul miał napad histerii, śmiał się i płakał, w oczach miał obłęd. Nagle zerwał się, chwycił mnie za ręce i spojrzał mi w oczy. Usłyszałem stuknięcie i…

Nagle znalazłem się w dziwnym, obcym miejscu. Byłem na środku wielkiej, sterylnie białej sali, Chciałem się poruszyć, ale chyba byłem przywiązany, a może miałem w żyłach jakiś środek paraliżujący. Zdołałem jedynie poruszyć głową. Zobaczyłem, że w wielkiej sali są wszyscy moi pacjenci. Byli w strasznym stanie - wychudzeni, bladzi, podkrążone oczy. Wyglądali jakby nie byli już ludźmi, a jakimś nowym, przerażającym gatunkiem. Na dodatek na całym ciele mieli poprzyczepiane sondy, jakby byli królikami doświadczalnymi. Poczułem przerażenie.

Spojrzałem do góry, wysoko nade mną był biały sufit, na środku którego lśniła srebrna lampa. Nagle pomieszczenie wokół mnie zawirowało. Nie wiedziałem czy tracę przytomność, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nagle ściany rozsunęły się i w tak powstałych szparach pojawiły się potężne postacie w czarnych kombinezonach. Olbrzymy powoli zbliżały się w moją stronę. Nagle usłyszałem hałas, ten sam, który budził mnie co rano. Poczułem, że natychmiast muszę stąd uciec. Oczywiście nie było to możliwe, potężne postacie były coraz bliżej.

- Drogi panie, czas na nas - zaśmiał się złośliwie jeden z wielkich mężczyzn.

Zobaczyłem wyciągnięte w moim kierunku włochate łapska … i nagle już mnie tam nie było, nagle stałem obok, niewidzialny. I widziałem siebie samego, wrzeszczącego i kopiącego, ciągniętego gdzieś przed dwóch olbrzymów. Nie wiedziałem, co robić, bezradnie rozglądałem się wokoło. Tymczasem poczułem się jak na karuzeli. Przymknąłem oczy… i znowu byłem na podłodze, ciągnięty w niewiadomym kierunku przez dwóch zbirów.

Zawlekli mnie do małego, umeblowanego na biało pokoiku. Posadzili mnie na metalowym fotelu, wbito we mnie jakieś igły i poprzyczepiano podejrzanie wyglądające elektrody. Chyba chcieli zrobić jakiś eksperyment. Nagle wszedł łysy człowieczek ze złośliwym uśmiechem na twarzy. Bez słowa podszedł do stojącej po prawej stronie łóżka maszyny i przycisnął parę guzików.

Przez chwile nic nie czułem, ale potem stało się coś bardzo dziwnego. Oczami wyobraźni zobaczyłem historię całego mojego życia, od początku. Pierwsze urodziny, matka i jej kasztanowe loki, potem szkoła, przyjaciele, pierwsza dziewczyna…

Nagle usłyszałem chichot. Spojrzałem w prawo i z przerażeniem zauważyłem, że obrazy z mojego życia są nie tylko w mojej głowie, ale też na monitorze. Dziwny lekarz wpatrywał się w nie (na ekranie można było właśnie podziwiać mój pierwszy, nieporadny pocałunek) i chichotał. Czy oni zabierają mi moje wspomnienie? Czy zabierają mi moje życie? Byłem przerażony, czułem się jakbym był nagi. Zacząłem krzyczeć, a potem wyć. Dziwny lekarz pochylił się nade mną i wysyczał, żebym siedział cicho, bo inaczej skończy ze mną. Uspokoiłem się i zamknąłem oczy.

Kiedy je otwarłem, znów byłem gdzieś transportowany. Kolejny mały pokoik i skomplikowane urządzenia. Zrezygnowany nawet nie podniosłem wzroku, kiedy drzwi otworzyły się. Poczułem jednak dziwny zapach, więc zerknąłem. Tym razem lekarzem był olśniewająco piękna, młodziutka kobieta. Wprawnym ruchem zrobiła mi zastrzyk. Przeszył mnie przenikliwy ból, jęknąłem. Po chwili zobaczyłem coś dziwnego - dom z ogródkiem, kobieta o rudych włosach i pięcioro ślicznych dzieci… Zawsze podobały mi się rudowłose kobiety, zawsze chciałem mieć dużo dzieci. Z trudem odwróciłem głowę i na małym ekranie dojrzałem domek, kobietę i dzieci. Jęknąłem, Tym razem chcieli mi skraść moje marzenia. Piękna kobieta wpatrywała się z uwagą w ekran i notowała coś w małym notesie.

Chyba zasnąłem. Obudziło mnie gwałtowne potrząśniecie za ramię. Kobieta odezwała się słodkim, okrutnym głosem:

- Panie doktorze, zrobiliśmy wszystko, by uratował pan swojego pacjenta. Co rano budziliśmy pana okrutnym krzykiem, aby zdał pan sobie sprawę, że coś jest nie tak. Ale pan, naukowiec, zignorował nasze przestrogi. Za karę zabieramy panu pana wspomnienia i marzenia. Żegnam pana, doktorze.

Nie zdołałem nic wyjąkać. Nie uważałem, że jestem winny. Przecież nic nie zaniedbałem, każdy z moich pacjentów był pod doskonałą opieką.

Nagle znalazłem się w wielkiej, pustej sali. Tym razem byłem sam. Nie pamiętałem nic, w głowie nie miałem żadnej myśli. Wiedziałem tylko, że okrutnie mnie skrzywdzono, że coś bezpowrotnie mi odebrano. W głowie miałem tylko obraz kobiety mówiącej, że zabiera mi wspomnienia i marzenia. Pamiętałem też, że jestem lekarzem-psychiatrą.

Powoli wstałem. Podszedłem do jednej ze ścian i ostrożnie dotknąłem jej ręką. Bezszelestnie rozsunęła się. Na zewnątrz był piękny park. Wyszedłem i powlokłem się alejką. Czułem się bardzo nieszczęśliwy - ktoś właśnie ukradł moją tożsamość.