O piątej nad ranem coś zawyło. Bartek zwlókł się na dół w szlafroku założonym na lewą stronę.

- Wyjemy, wyjemy - zakomunikowała radośnie siostra, biegając dookoła filaru na parterze - wyjemy, wyjemy!

- Aha... no właśnie miałem zapytać, co za debil włączył alarm o piątej nad ranem...

Dokładnie w tej samej chwili wyła syrena, piszczała centralka, ujadały psy, dzwoniły wszystkie telefony w domu. W salonie w różnych konfiguracjach przebywało jakieś dwanaście do piętnastu osób. Tata w furii miotał się od centralki do telefonu.

- To może wyłączyć - zaproponowałem przytomnie, usiadłszy na schodach.

- To wyłącz, wyłącz... proszę cię bardzo, wyłącz - warknął tata.

- Proszę pani, to ja mam wiedzieć, jakie mamy hasło? - krzyczała mama do telefonu - Skąd mam wiedzieć?! Bajka... Nie? Baskar... Nie? Ciapa?! Och nie wiem, nie mam pojęcia, któryś z psów!

- Bo najwyraźniej czujnik się włączył jak się przewracałeś z boku na bok w śpiworze - wyjaśnił komuś ktoś.

- Nic się nie włączyło, bo wszystko było wyłączone - warknął tata - oraz, czy ktoś może zabić w końcu te psy?!

- Taaak... zabij psy, zabij.... wyładuj swoje frustracje na bezbronnym zwierzęciu - warczała mama - ktoś chce herbaty? Drinka?

Wszyscy chcieli drinka.

- Gdzie tu niby jest bezpiecznik - syczał tata do nieprzytomnego serwisanta po drugiej stronie kabla - tu nie ma bezpiecznika... Co? Że jaki kod... Jaki kod ?! Ja nie włączałem alarmu!!!

- Edytka, ty wolisz kawę, czy zieloną herbatę ?

- Gdzie po lewej stronie?! Po lewej stronie, to ja mam, proszę pana schody, nie bezpiecznik!

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- A tu po lewej... No jest... Ale to jest bezpiecznik?! A to widzi pan w życiu bym nie wpadł...

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- Aniu, kochanie, idź biegać do swojego pokoju, zanim cię zabiję, zgoda?

- Albo może wziąć łopatę i tą całą syrenę tak... od tego... - zaczął mówić Hrvoje - od tego... odłopatować?

- A może ktoś jednak chce herbaty? - pytała zrezygnowana mama, mieszając rozwodnioną kawę.

- NIECH KTOŚ WYRZUCI PSY Z DOMU!!! - wrzeszczał tata z piwnicy - Proszę pana... to jednak nie był bezpiecznik, ale oderwałem coś, co wciąż świeci mimo oderwania...

- To może śniadanko?

- Bartek, a wy nigdy nie myśleliście o uśpieniu psów - wyszeptała mi Aśka wprost do ucha.

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- Tak, mam bezpiecznik, ale nie mogę go oderwać... Ale jak to nie odrywać?

- Mamo, mamo! Chcę mleko, mleko, gdzie jest mleko?! I biszkopty!

- Tu nie ma guziczka od bezpiecznika!

- Edytka, masz tu swoje martini... Nie dostaniesz teraz mleka!!!

- Nie mam guziczka... Nie mam guziczka... To co mam zrobić?

- A biszkopty?

- Gdyby ktoś potrzebował, to ja wezmę psy na spacer.

- Biszkoptów też nie dostaniesz.

- To co? Wziąć te psy?

- Tylko się ubierz... Ania, nie mamy biszkoptów!!!

- Bo można wziąć widły... i wywidłować - krzyknął Hrvoje - pracownik sezonowy, w euforii odkrywania tajników polszczyzny.

- No coś tam mam takiego... Ale zaraz... Co ma być napisane na tej centralce?

- Ta rodzina nie spełnia moich podstawowych potrzeb - oświadczyła siostra i podjęła przerwane wcześniej bieganie dookoła filaru.

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- No!!! Jest!!! Jest!!! - krzyczał tata - I co? I teraz się zresetuje?!

I zapadła cisza.

- To może śniadanko? - usłyszeliśmy spod śpiwora leżącego na kanapie.

- Tak, tak wszystko w porządku, już nie wyje...

- Bo ja mam tu gdzieś pieczarki faszerowane... Trzeba upiec...

- Upieczmy w kominku, upieczmy w kominku!

-... bo to chyba przez ten mróz, tak dziękuję i przepraszam, że pana obudziłem tak, tak... Dziękuję...

W tym momencie znów zaczęło wyć.

-.... znowu zaczęło wyć! - niepotrzebnie zakomunikował tata.

- To co? Rozpalamy w kominku?

- Nie proszę pana, reset nie działa, nie działa...

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- NO MÓWIĘ, ŻE NIE DZIAŁA!!!

- To może w piecyku upieczmy te pieczarki...

- To co ze śniadankiem?

- Mam ochotę kogoś zabić - powiedziała mama w przestrzeń. Przestrzeń kończyła się akurat na mnie. Schowałem się za barkiem.

- Bo można wziąć grabie i... wygrabiować - ucieszył się Hrvoje.

- Co z pana za serwisant? Nie mogę wyłączyć alarmu, którego nie włączałem!

- Nie wiem, jakie hasło, któryś z psów, mówiłam pani!

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- Kasiu, to ja zrobię kawy, co?

- Jaką grupę interwencyjną? Co chcecie przysyłać?! NO MÓWIĘ, ŻE KTÓRYŚ Z PSÓW!!!

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- Nic nie będziesz robić... a przysyłajcie sobie nawet MI6 albo inne BBC... Nie mówiłam, że nie będziesz robić kawy... Ania idź biegać do siebie do jasnej cholery!

- Bo można wziąć samochód i... wysamochodować....

- Odłączyłem zasilanie proszę pana, ale my mamy naprawdę dobrze zabezpieczony alarm przed brakami w zasilaniu, proszę mi wierzyć.

- To co? Śniadanko?

Wyjąłem delikatnie telefon z ręki taty i rozłączyłem rozmowę.

- Tato, może to po prostu rozwalmy? Tak wziąć i wiesz...

- Bo można wziąć pieprz i... rozpieprzyć - krzyknął z entuzjazmem Pablo, drugi z pracowników.

- Bo ja mam w schowku w samochodzie rewolwer, to możemy w to strzelić - zaproponował Paweł - chociaż... właściwie to ja jeszcze nie umiem strzelać. Mogę poprosić martini?

Mama z godnością spłynęła do salonu, dała mu martini i subtelnie, acz zdecydowanie odebrała kluczyki do samochodu.

- Bo można wziąć rewolwer i.... wylewor... wyrewor... wylerwo...

- Bierz drabinę ten duży młotek - warknął tata.

- Wyjemy, wyjemy, wyjemy, wyjemy!

- To ja może zrobię kawy...

- Ja zaraz zrobię, proszę, wyjdźcie mi wszyscy z kuchni, ja wszystko zrobię...

- Wyrerwo... wylewro... wywlerwo...

Wyszedłem na podjazd.

- Dobra - skandował tata - wal w to wal, z całej siły, aż odpadnie! No?

Waliłem z całej siły, odkrywając symultanicznie, że mam zbyt cienki szlafrok.

- No ale tak, żeby odpadło!

Szlafrok był coraz cieńszy.

- To może to zastrzelić - zaproponował Paweł - ja zaraz to zastrzelę, tylko znajdę kluczyki do samochodu.

Odpadło razem z kawałkiem tynku.

Wyło dalej.

-Chcecie kawy? - wychyliła się Aśka z okna - bo zrobiłam kawy, chcecie kawy? O... to wciąż wyje?

- Nie, dziękuję, Asiu, naprawdę, może później.

- Oooo... to to tak wyje? - zainteresował się Mieszko, wyszedłszy na podjazd - takie małe, a tak wyje... Ej chodźcie, spójrzcie jakie małe i jak wyje!

- Nie mogę znaleźć kluczyków... Macie rewolwer? Bo można to zastrzelić, zastrzelić!

- Albo zakopać! Zakopcie to, a ja wam dam kawy...

- Bo można wziąć zakopane i... zakopać...

- KTO ich wszystkich zaprosił? - zapytał mnie autentycznie zdziwiony tata.

-Finalnie wyjec wylądował w bagażniku jeepa, zakryty szczelnie wszystkimi kocami i kurtkami znalezionymi w domu.

Wciąż wyje.