Przejdź na stronę główną Interia.pl
Franz Kafka

Streszczenie szczegółowe

Rozdział I

Aresztowanie

Józef K. obudził się rano i, jak zwykle oczekiwał na przyniesienie śniadania przez gospodynię. Nagle spostrzegł mężczyznę w czarnym ubraniu, który oznajmił, że K. jest aresztowany. Ubrany już, zdenerwowany K. wbiegł do drugiego pokoju. Tutaj także znajdował się obcy człowiek. Odpowiedzią na żądania K., by okazano mu jakieś dokumenty, nakaz aresztowania, powtórne zakomunikowano mu tylko fakt aresztowania i zakazano opuszczania pokoju. K. nie przyjął rady, aby z uwagi na toczące się w jego sprawie dochodzenie, oddał swe rzeczy na przechowanie.

K. nie rozumiał zaistniałej sytuacji, ale nie łudził się już, że być może padł ofiarą kawału, który usprawiedliwiałyby jego trzydzieste urodziny. Wrócił do swego pokoju, by znaleźć dokumenty. Odnalazł jedynie metrykę urodzenia. Od jedzących jego śniadanie w pokoju obok strażników (Willema i Francisza) wciąż domagał się pokazania mu nakazu aresztowania. Oni jednak nie mieli takiego dokumentu, ale przypomnieli K., że powinien się im podporządkować. Józef rozmyślał nad swą dotychczasową pewnością, że żyje w państwie prawa, w którym nikt nie może dopuszczać się przemocy na porządnym obywatelu, w dodatku w jego własnym mieszkaniu. Nie potrafił przypomnieć sobie żadnego przewinienia, za które mogłyby spotkać go takie nieprzyjemności. Skierowany przez strażników do pokoju panny Bürstner, które mieszkała tutaj od niedawna, zastał tam nadzorcę i trzech młodych mężczyzn, którzy oglądali w kącie zdjęcia. Nadzorca także nie umiał wyjaśnić K. powodu aresztowania. Nie pozwolił mu skontaktować się z zaprzyjaźnionym z nim prokuratorem Hastererem, ale oznajmił, że zaistniała sytuacja nie powinna przeszkodzić Józefowi w normalnej pracy w banku. O terminie przesłuchania miał zostać zawiadomiony. Zirytowany K. przekonywał sam siebie, że to jednak nie może być prawdą. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, przygotowywał się do pracy.

Tymczasem trzema mężczyznami oglądającymi zdjęcia okazali się być urzędnicy pracujący w banku razem z Józefem, Rabenstein, Kullick i Kaminer. Byli nieco skrępowani, ale kiedy K. zdecydował, że trzeba jechać do pracy taksówką, by nie zwiększać spóźnienia, ochoczo wszystkim się zajęli. Potem wszyscy razem pojechali do banku.

W czasie pracy K., zajmujący wysokie stanowisko prokurenta, wzywał do siebie co jakiś czas tych pracowników i uważnie ich obserwował. Zachowywali się tak, jakby nic nie zaszło i K. zaczął wierzyć, że dalej będzie mógł prowadzić ustabilizowane życie: pracować do dziewiątej wieczorem, odbywać codzienny spacer i raz w tygodniu spędzać wieczór u kochanki, Elzy. A jednak wspomnienie rannego epizodu wprawiło go w niepokój.

Po powrocie do domu Józef postanowił porozmawiać z panną Bürstner. Nie było jej jednak w mieszkaniu. Zdaniem właścicielki pensjonatu, pani Grubach, częsta nieobecność dziewczyny nie przysparzała jej chwały. Pani Grubach zachowywała się tak, jakby nic szczególnego się nie stało. Aresztowanie uważała za pomyłkę.

Stenotypistka wróciła około dwunastej i zgodziła się na spotkanie z K. w jej pokoju. Józef przeprosił za to, że rano z jego winy urzędowała tutaj komisja śledcza. Prosił też o to, by panna Bürstner była jego doradczynią w procesie. Stenotypistka zgodziła się. K. wrócił do siebie nieco podniesiony na duchu.

Rozdział II

Pierwsze przesłuchanie

K. otrzymał podczas pracy telefon, z którego dowiedział się, że w niedzielę ma przyjść na przesłuchanie do sądu znajdującego się na jakimś przedmieściu. Z tego powodu odrzucił zaproszenie zastępcy dyrektora na niedzielną przejażdżkę łodzią, choć zależało mu na zacieśnieniu z nim stosunków.

Nie mając żadnych dyspozycji odnośnie godziny, K. postanowił zjawić się w sądzie o dziewiątej. Noc poprzedzającą przesłuchanie spędził bezsennie. Na ulicy natknął się na trzech urzędników z banku, którzy dziwnym trafem wciąż znajdowali się w pobliżu niego. W biednej, zaniedbanej dzielnicy Józef wybrał kamienicę na ulicy Juliusza i w niej spróbował odnaleźć salę sądową. Minął stojące tu ciężarówki i wszedł do pierwszej z klatek schodowych. Na myśl przyszło mu twierdzenie Willema, iż „wina sama przyciąga sąd”. Udał, że szuka stolarza Lanza, by móc zaglądać do mieszkań. Wymyślonemu rzemieślnikowi nadał nazwisko kapitana, siostrzeńca pani Grubach. Józef długo błąkał się po domu, zanim udało mu się trafić do pokoju przesłuchań na piątym piętrze. Na salę wprowadziła go praczka.

W tłumie ubranych w czarne surduty mężczyzn wyróżniał się siedzący na podwyższeniu gruby urzędnik. Wszystko wyglądało tak, jakby odbywało się tu partyjne zebranie. Chłopiec, który podprowadził K., powiedział coś cicho grubemu urzędnikowi, a ten zganił Józefa za spóźnienie. Zgromadzeni byli nieprzychylnie nastawieni wobec przybysza. Nie widząc sensu tłumaczeń, K. milczał. Kiedy jednak sędzia zapytał go, czy jest malarzem pokojowym, nie wytrzymał i głośno wypowiedział swe oburzenie. Zarzucił sądowi korupcję i bezprawne nękanie niewinnych ludzi. Wyraził też swe podejrzenie, że albo wszystko to fikcja, albo za tym poczynaniami kryje się jakaś organizacja, której zależy na istnieniu całej tej państwowej biurokracji. Wywody K. przerwało nagłe zamieszanie. To krzyczała praczka, którą jakiś mężczyzna ciągnął w kąt. Józef chciał jej pomóc, ale drogę zastąpił mu tłum. Spod surdutów zebranych wystawały odznaczenia państwowe. Widok ten uświadomił prokurentowi, że obecni nie byli niczym innym, jak szajką szpicli. Gdy chciał ich z pogardą opuścić, sędzia próbował mu to utrudnić. Przypomniał K., że takim zachowaniem rezygnuje z korzyści, które mogłoby mu przynieść przesłuchanie. Ten jednak z satysfakcją roześmiał się sędziemu prostu w twarz i wyszedł.

Rozdział III

W pustej sali posiedzeń …

Po tygodniu daremnego oczekiwania na zawiadomienie z sądu, K. w niedzielę sam przybył do dobrze mu już znanego mieszkania. Tak jak poprzednio spotkał tu praczkę. Kobieta wyjaśniła mu, że tego dnia sąd nie urzęduje. Opowiedziała mu o sobie. Okazało się, że jest mężatką, ale musi znosić nagabywania studenta Bertolda oraz samego sędziego, bo inaczej ona i mąż (woźny sądowy) straciliby posadę. Student miał w przyszłości osiągnąć wysokie stanowisko, a sędzia dawał jej prezenty za sprzątanie jego pokoju.

Własne mieszkanie praczka i jej mąż wynajmowali na posiedzenia sądu. Praczka pokazała Józefowi księgi sądowe, które ku jego zdziwieniu okazały się bogato ilustrowanymi dziełami pornograficznymi. Tytuł jednego z nich brzmiał: „Plagi, jakie musiała znosić Małgosia od swego męża, Jasia”. K. nie chciał korzystać z ofiarowywanej mu pomocy, choć praczka naprawdę wiele wiedziała o sądzie i jego urzędnikach. Pragnął tylko, by zakomunikowała mu, że on, Józef K., nie ulegnie presji i nie będzie dawał łapówek. Potrafi się obronić. Nagle do pokoju wszedł Bertold i kiwnięciem palca przywołał do siebie kobietę. K. poznał, że jest to ten sam niski mężczyzna o pałąkowatych nogach, który wszczął zamieszanie na ostatnim posiedzeniu sądu. Józefowi przyszła do głowy myśl, by odebrać kobietę studentowi i w ogóle całej zdeprawowanej klice. Kiedy próbował to zrealizować, Bertold, który tym razem przyszedł z polecenia sędziego, zarzucił sobie praczkę na ramię i zniknął w korytarzu. K. ruszył za nim. Zauważył kartkę z napisem: „Wejście do kancelarii sądowych”. Wszedł tam i ujrzał siedzących na ławkach ludzi w czarnych ubraniach, którzy okazali się czekającymi na informacje w swoich sprawach oskarżonymi. Spotkał także męża praczki. Skarżył się on na swój los i na to, że nie może go zmienić.

Po chwili spaceru po strychu Józef doznał zawrotu głowy. Chciał jak najszybciej stamtąd wyjść, ale nie miał siły. Skorzystał z pomocy dwojga obcych ludzi, którzy posadzili go na krześle. Dziewczyna (będąca pracownicą kancelarii) wytłumaczyła mu, że takie osłabienie ogarnia każdego, kto po raz pierwszy znajdzie się w kancelariach sądowych. Do panującego tu charakterystycznego zaduchu trzeba się przyzwyczaić. K. był zażenowany własnym stanem. Nie mógł utrzymać się na nogach, dlatego został niemal wyniesiony na zewnątrz. Orzeźwiło go dopiero świeże powietrze. K. szybko oddalił się z przygnębiającego miejsca.

Rozdział IV

Przyjaciółka panny Bürstner

Wielokrotnie ponawiane próby skontaktowania się z panną Bürstner nie przyniosły rezultatu. K. napisał do niej dwa listy: do domu i do biura. Nie dostał na nie odpowiedzi. Tymczasem w niedzielę zauważył, że do pokoju panny Bürstner przeprowadza się panna Montag. Była nauczycielką francuskiego i także wynajmowała pokój w pensjonacie pani Grubach. Kiedy gospodyni przyniosła mu śniadanie, K. zapytał o ruch w przedpokoju i przyczynę przeprowadzki, choć już od dłuższego czasu nie odzywał się do pani Grubach z powodu jej nieprzychylnych uwag o prowadzeniu się panny Bürstner. Gospodyni nic pewnego nie wiedziała, ale bardzo się ucieszyła, że K. przestał się już na nią gniewać.

Odgłosy towarzyszące przenosinom nauczycielki irytowały K. Po chwili dostał przez służącą liścik od panny Montag: prosiła go spotkanie w jadalni. Gdy Józef zjawił się tam, oznajmiła mu w imieniu swej przyjaciółki, panny Bürstner, że ta nie życzy sobie rozmowy z nim, gdyż uważa ją za zbyteczną. Do jadalni wszedł kapitan Lanz i grzecznie przywitał się z kobietą. K. wyszedł z myślą, by pomimo to zajrzeć do sąsiadki. Gdy nikt nie odpowiadał na pukanie, sam otworzył drzwi. Pokój był pusty.

Rozdział V

Siepacz

Pewnego razu, wychodząc z pracy K. usłyszał dziwne głosy dobiegające z rupieciarni. Wszedł tam i ujrzał niecodzienną scenę: dwaj mężczyźni (w których Józef K. rozpoznał pilnujących go w dniu aresztowania strażników) oczekiwali na wymierzenie im kary przez trzeciego. Siepacz miał wychłostać Willema i Franciszka za to, że próbowali przywłaszczyć sobie ubranie K. Przerażeni strażnicy zdążyli jeszcze powiadomić Józefa K., że taki skutek odniosła jego skarga złożona na nich u sędziego śledczego.

K. postanowił wykupić strażników, ale na to, w obawie o własne bezpieczeństwo i posadę, nie zgodził się siepacz. Zrozpaczony Franciszek zaczął zrzucać winę na kolegę, który rzekomo namówił go do tego postępku. Siepacz zaczął chłostać właśnie jego i nie przestał, dopóki Franciszek nie zemdlał. Widząc to Józef K. opuścił rupieciarnię. Był pewien, że gdyby strażnik nie krzyczał, siepacz dałby się przekupić. Przyszła mu do głowy paradoksalna myśl, że przekupstwo byłoby skuteczną metodą przeciwstawienia się korupcji. Postanowił w czasie następnego przesłuchania postulować ukaranie prawdziwych winnych - wysokich urzędników.

Nazajutrz, pełen obaw, ponownie zajrzał do rupieciarni. Ku swemu przerażeniu zobaczył tę samą, co poprzedniego dnia, scenę. Szybko zatrzasnął drzwi, a woźnego poprosił o zrobienie w pomieszczeniu porządku.

Rozdział VI

Wuj - Leni

Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie Józefa K. odwiedził w pracy jego krewny z prowincji, wuj Karol. Kiedyś był on jego opiekunem. Miał zwyczaj przyjeżdżać co jakiś czas do stolicy w celu załatwienia jakichś interesów. Tym razem do miasta sprowadził go proces K., o którym poinformowała go przebywająca w stolicy na pensji córka, Erna. Zaniepokoiła go przyszłość wychowanka, ale martwił się także o to, że zarówno on, jak i cała rodzina zostaną zamieszani w sprawę.

Chcąc pomóc Józefowi wuj zawiózł go do znanego adwokata i swego przyjaciela ze szkolnej ławy - Hulda. Był to znany i ceniony obrońca zwłaszcza ludzi ubogich. Mieszkał w tej samej okolicy, w której mieścił się sąd. Chory na serce, wiele czasu spędzał w łóżku, doglądany przez młodą, piękną pielęgniarkę Leni. Adwokat słyszał o procesie K., gdyż utrzymywał liczne stosunki ze swoimi kolegami po fachu. W pokoju Hulda siedział w kącie nie zauważony przez długi czas starszy mężczyzna. Gdy włączył się do rozmowy wuja Karola z adwokatem, okazało się, że to dyrektor kancelarii sądowych.

Józef nie zabierał głosu. Nudził się i pragnął jak najszybciej wracać. Gdy z pokoju obok dał się słyszeć hałas tłuczonego szkła, skwapliwie skorzystał z możliwości wyjścia i postanowił zobaczyć, co się stało. To Leni wpadła na pomysł wywołania K. i celowo rozbiła talerz. Dziewczyna zaprowadziła go do gabinetu adwokata, gdzie zaofiarowała swą pomoc w procesie i wręczyła klucz od mieszkania, aby mogli się spotykać.

Wuj Karol już czekał na Józefa przy samochodzie pod domem adwokata.. Zbeształ go, że zamiast zajmować się procesem, on wyżej sobie ceni uciechy z pielęgniarką Hulda.

Rozdział VII

Adwokat. Fabrykant. Malarz.

Nadeszła zima, a sprawa K. nadal pozostawała w tym samym, martwym punkcie. Józef spotykał się od czasu do czasu z Huldem (i z Leni), ale nie miał przekonania do jego sposobu działania Adwokat zapewnił go, że już wkrótce proces ruszy do przodu, bo - choć Józef utrudnił mu zadanie zniechęcając do siebie dyrektora kancelarii - on, Huld, ma rozległe stosunki i orientuje się w zawiłościach hierarchii adwokackiej. Teraz pracuje nad pierwszym wnioskiem. Huld chwalił się swoimi zawodowymi osiągnięciami, kompetencją i rozwodził się nad sądowymi zasadami postępowania, które opierają się na utrzymywaniu tajemnicy oraz na przekonaniu oskarżonego, że jest zdany wyłącznie na siebie.

Wywody adwokata nie były dla Józefa przekonujące. Postanowił sam złożyć podanie do sądu. Nie bardzo wiedział jednak, jak je sformułować. Pogłębiły się jego zmęczenie i poczucie osamotnienia. W pracy wciąż myślał o procesie, co było powodem zaniedbywania obowiązków. Dodatkowo Józef K. denerwował się tym, że każde jego potknięcia obserwował wicedyrektor, od dawna z nim rywalizujący.

Pewnego dnia K. odprawił z niczym fabrykanta, który przyszedł podpisać kontrakt. Widząc to, zastępca dyrektora zaprosił klienta do siebie i sfinalizował interes. Przed wyjściem fabrykant wszedł do gabinetu Józefa i udzielił mu rad w sprawie jego procesu. K. zaskoczony, przyjął od niego list polecający do Titorellego - malarza sądowego. Rozdrażnienie Józefa K. zwiększyło zachowanie wicedyrektora, który przejąwszy jego interesantów, teraz panoszył się w jego gabinecie w poszukiwaniu jakiejś umowy.

Po wyjściu z pracy bohater udał się pod adres wskazany w liście polecającym. Malarz mieszkał w małym pokoiku na strychu kamienicy w peryferyjnej dzielnicy miasta. Po przeczytaniu listu od fabrykanta, malarz wyjaśnił K., że zajęcie sądowego portrecisty odziedziczył po ojcu. W czasie całej rozmowy za drzwiami chichotały kilkunastoletnie dziewczynki.

Zaduch panujący w pomieszczeniu osłabił K., więc za radą gospodarza usiadł na zawalonym pościelą łóżku. Malarz wyjaśnił mu mechanizmy działania sądu, w których jeden paradoks opierał się na drugim: sąd nie uznaje żadnych argumentów, a jednocześnie niewinny nie potrzebuje żadnej pomocy, decyzje w sprawie wyroków nie są znane nawet sędziom, a opowieści o nich nabierają cech legendy. Istnieją trzy rodzaje uwolnienia: prawdziwe, pozorne i przewleczone. Pozorne uwolnienie mógłby K. otrzymać, jeśli on, Titorelli, napisze oświadczenie potwierdzające jego niewinność oraz zbierze od sędziów podpisy pod tym oświadczeniem. Ujemną stroną takiego rozwiązania jest to, że K. powinien się spodziewać ponownego aresztowania za jakiś czas. Natomiast przewleczenie zatrzyma proces w jego stadium początkowym, ale wówczas oskarżony musi stale być w kontakcie z sądem, gdyż nie zwalnia go to z przesłuchań. Obydwa sposoby zapobiegają skazaniu, ale równocześnie uniemożliwiają prawdziwe uwolnienie.

Oszołomiony K. na nic się nie zdecydował. Malarz ofiarował mu kilka swych obrazów, których tematem był ten sam pejzaż, po czym wypuścił go z pokoju drugimi - do tej pory zastawionymi łóżkami - drzwiami. Ku zdumieniu Józefa K. okazało się, że znajdują się za nimi kancelarie sądowe, bardzo podobne do tych, w których już kiedyś był. Według zapewnień malarza takie kancelarie znajdowały się niemal w każdym domu.

Rozdział VIII

Kupiec Block. K. wypowiada adwokatowi

Zirytowany brakiem rezultatów K. postanowił odebrać Huldowi pełnomocnictwo w jego sprawie. Z tą myślą udał się do mieszkania adwokata. Zastał w nim małego człowieczka z długą brodą, który przedstawił się jako kupiec Block. Był długoletnim klientem Hulda. Aby całkowicie panować nad trwającym już pięć lat procesem, kupiec wynajął także kilku innych adwokatów, a sam ograniczył swoje zajęcia. Ponieważ Huld nie był do niego przychylnie nastawiony, a nawet dręczył swego klienta podsycając w nim niepewność, co do procesu, kupiec zamieszkał w jego domu, w obawie, że przegapi moment, w którym Huld powie coś ważnego o śledztwie i wyroku.

Leni właśnie gotowała zupę dla Hulda. Przerwała jednak to zajęcie natychmiast, kiedy K. oznajmił jej, po co przyszedł. Przerażona takim obrotem sprawy Leni wraz z Blokiem próbowali powstrzymać K. od realizacji jego postanowienia, a nawet próbowali siłą zabronić mu wejścia do gabinetu adwokata. Nic to nie pomaga i Józef K. wypowiada pracę adwokatowi Huldowi, żądając zaprzestania jakichkolwiek działań w jego sprawie. Adwokat przyjmuje to ze spokojem, ale namawia byłego klienta, by się jednak nad swoją decyzją dobrze zastanowił. Demonstruje mu oddanie Blocka, któremu każe się czołgać przed sobą. Kupiec chłonie każde słowo adwokata, widać, że ma on nad nim całkowitą władzę.

Rozdział IX

W katedrze

Pozycja Józefa w banku stawała się coraz słabsza. Większość jego obowiązków przejął wicedyrektor. Coraz częściej wysyłano go do miasta w jakichś mniej ważnych sprawach. Pewnego dnia otrzymał polecenie oprowadzenia po mieście jakiegoś Włocha, klienta banku, i pokazania mu zabytków. Po rozmowie z Włochem K. zorientował się, że z jego znajomości włoskiego niewiele pozostało.

Umówili się na spotkanie w zabytkowej katedrze o godzinie dziesiątej przed południem. K. w pośpiechu powtarzał włoskie słówka i do katedry przybył punktualnie. Z powodu przeziębienia nie czuł się dobrze. W oczekiwaniu na gościa oglądał album z zabytkami, a później, rozpraszając mrok kieszonkową latarką, obrazy wiszące na ścianach świątyni. W pewnym momencie spostrzegł sługę kościelnego, który wyraźnie na niego kiwnął. Zaintrygowany K. poszedł za nim, aż do momentu, gdy zauważył stojącego przy bocznej ambonie księdza. Duchowny wbiegł na nią i donośnym głosem zwrócił się wprost do Józefa, który zrezygnował z zamiaru opuszczenia katedry i podszedł do ambony. Była ona tak mała, że ksiądz musiał się z niej wychylać. Okazało się, iż pełni on obowiązki kapelana więziennego. Oznajmił, że sprawy K. nie stoją dobrze: sąd uważa go za winnego. Najprawdopodobniej proces zakończy się niepomyślnie. Józef poprosił, aby kapelan zszedł na dół. Ten spełnił jego prośbę i opowiedział mu przypowieść o pewnym człowieku ze wsi, który przez całe życie pragnął wejść do budynku sądu, ale bronił mu tego odźwierny. Chłop korzył się przed tym zdyscyplinowanym pracownikiem, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu. Dopiero w chwili śmierci oczekujący dowiedział się, że tymi drzwiami mógł wejść tylko on. Odźwierny wypełniał swoje obowiązki, które były dla niego najważniejsze, a penitent zadysponował swoim życiem zgodnie z własną wolą - wybrał wyczekiwanie przed bramą. K. zrozumiał, że przed przeznaczeniem nie ma ucieczki. Na pożegnanie ksiądz wyjaśnił, że on także przynależy do sądu.

Rozdział X

Koniec

Dnia poprzedzającego trzydzieste pierwsze urodziny Józefa zjawili się u niego dwaj mężczyźni. Ubrani na czarno, bladzi i grubi, wyglądali na aktorów. Rozbawiony początkowo K. zapytał, z jakiego teatru ich przysłano. Kiedy jednak wyszedł z nimi z domu, a oni chwycili go pod ręce i prowadzili tak, jakby był chory, dotarło do niego, kim są naprawdę. Próbował się opierać, ale uległ ich sile. Kiedy dostrzegł na ulicy pannę Bürstner, postanowił zachować do końca godność i spokój Teraz sam kierował marszem i nie chciał się zatrzymać przed patrzącym na nich podejrzliwie policjantem. Funkcjonariusz długo spoglądał za oddalającą się grupą. Towarzysze Józefa w czasie drogi milczeli. Po pewnym czasie zatrzymali się w opustoszałym kamieniołomie za miastem. Józef K. miał już pełną świadomość, że nadchodzą jego ostatnie chwile. Był zadowolony ze swej obecnej postawy - nikt nie będzie mógł powiedzieć, że na początku chciał zakończyć swój proces, a na końcu zachowywał się tak, jakby miał ochotę rozpocząć go na nowo.

Oprawcy rozpoczęli przygotowania do egzekucji. Rozebrali K. i posadzili go tak, by jego głowa wstawała ponad wielki głaz. Józef nie okazywał strachu. Siedział bez ruchu i spokojnie przyglądał się poczynaniom mężczyzn. Jeden z nich wyjął z pochwy bardzo długi nóż, jakiego używają rzeźnicy. W pewnym momencie w budynku stojącym przy kamieniołomie ktoś otworzył okno i stanął w nim, patrząc w kierunku Józefa K. Józef patrzył w jego stronę i zastanawiał się, czy lituje się on teraz nad nim i kim w ogóle może być ów człowiek.

Józef K. nie chciał umierać, ale jednocześnie miał poczucie niemożności oparcia się swemu przeznaczeniu. Nie rozumiał tylko, z jakiego powodu ma ponieść śmierć. Nie wiedział, kto jest jego oskarżycielem i dlaczego nie ujawnił mu się. Kaci, przystępując do wykonaniu wyroku, przerwali te rozmyślania. Jeden złapał go za gardło, a drugi wbił mu nóż prosto w serce. Resztką uchodzącej z niego świadomości Józef K. sformułował myśl, że umiera jak pies.

Potrzebujesz pomocy?

XX-lecie (Język polski)

Teksty dostarczyło Wydawnictwo GREG. © Copyright by Wydawnictwo GREG

autorzy opracowań: B. Wojnar, B. Włodarczyk, A. Sabak, D. Stopka, A. Szóstak, D. Pietrzyk, A. Popławska
redaktorzy: Agnieszka Nawrot, Anna Grzesik
korektorzy: Ludmiła Piątkowska, Paweł Habat

Zgodnie z regulaminem serwisu www.bryk.pl, rozpowszechnianie niniejszego materiału w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, utrwalanie lub kopiowanie materiału w celu rozpowszechnienia w szczególności zamieszczanie na innym serwerze, przekazywanie drogą elektroniczną i wykorzystywanie materiału w inny sposób niż dla celów własnej edukacji bez zgody autora podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.