Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sklepy cynamonowe

Bruno Schulz

Streszczenie szczegółowe

Sierpień

Ten otwierający Sklepy cynamonowe utwór jest wstępną charakterystyką rodzinnego miasta bohatera-narratora oraz jego najbliższych. W pierwszej części opowiadania bohater wspomina sierpniowe wyjazdy ojca „do wód”, czas, kiedy zostawał w domu z matką, starszym bratem oraz służącą Adelą, zajmującą się zaopatrzeniem w żywność.

Dni upływały na spacerach z matką po rynku w Drohobyczu, po sklepach, do apteki...

Druga część opowiadania jest opisem Tłui, opóźnionej w rozwoju dziewczyny, wegetującej w jednym z drohobyckich ogrodów, na dzikim wysypisku śmieci: „Na kupie śmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stało zielone malowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiema starymi cegłami”. Otoczona kłębowiskiem much Tłuja godzinami przesiaduje na swym łóżku, by raz na jakiś czas z wściekłością zerwać się z niego i rzucić na pobliskie krzaki: „kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiej uderza mięsistym łonem z wściekłą zapalczywością w pień bzu dzikiego, który skrzypi cicho pod natarczywością tej rozpustnej chuci, zaklinany całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodności”.

Część trzecia Sierpnia przynosi opis dalszej rodziny bohatera - ciotki Agaty, wuja Marka oraz ich dzieci. Ciotka Agata była „wielka i bujna, o mięsie okrągłym i białym, cętkowanym rudą rdzą piegów”. Chłopcu wydawała się czystą esencją kobiecości i płodności: „była to płodność niemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała”. Z kolei wuj Marek, „mały, zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci”, sprawiał wrażenie człowieka zrezygnowanego, przegranego, pogodzonego z losem i z własnym brakiem męskości.

Ich średnia córka, Łucja, „o mięsie białym i delikatnym”, wchodziła właśnie w okres dojrzewania i co chwile pokrywała się rumieńcem wstydu, gdyż wydawało jej się, że każde pytanie „zawierało tajną aluzję do jej nadwrażliwego panieństwa”.

Najstarszy kuzyn, Emil, powrócił z dalekich, egzotycznych krajów. Jego życie, naznaczone karcianym nałogiem, było ruiną i bankructwem. To właśnie Emil po raz pierwszy pokazał bohaterowi zdjęcia pornograficzne, co wywołało u chłopca nie znany dotąd dreszcz „niejasnego wzburzenia”.

Nawiedzenie

Nawiedzenie otwiera opis domu bohatera. Była to kamienica położona przy miejskim rynku, a więc w centrum Drohobycza. Na mieszkanie składało się wiele pokoi, z których część wynajmowano różnym lokatorom. We wspomnieniach chłopca dom jawi się jako nieskończony labirynt, w którym część pokoi stoi zapomniana, „gdyż nigdy nie pamiętano, ile z nich wynajęte było obcym lokatorom”. Raz na jakiś czas otwierano przypadkiem którąś z takich od lat nie używanych izb „i znajdowano ją pustą; lokator dawno się wyprowadził, a w nie tkniętych od miesięcy szufladach dokonywano niespodzianych odkryć”. W pokojach na dole kamienicy mieszkali sklepowi subiekci, zatrudnieni przez ojca bohatera.

Dalsza część Nawiedzenia przynosi opis ojca, pana Jakuba, który „w tym czasie (...) zaczął zapadać na zdrowiu”. Całymi dniami nie wychodził z łóżka, zażywając liczne lekarstwa i bezustannie wertując księgi handlowe, które przynoszono mu ze sklepowego biura. W tym czasie pojawiły się pierwsze symptomy tajemniczej choroby - nocami domowników budził głos ojca rozmawiającego z Bogiem, krzyczącego na Stwórcę i zdającego wzbraniać się przed jakimiś nieznanymi żądaniami ze strony Najwyższego. Wygłaszający jakieś długie i namiętne tyrady ojciec kojarzy się bohaterowi ze Starotestamentowym prorokiem, toczącym walkę z siłą znacznie od niego samego potężniejszą.

W końcu nadszedł czas wyciszenia. „Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach”. Miejsce gniewu i namiętności zajęły rezygnacja i przygnębienie. Ojciec znikał na całe dnie w zakamarkach mieszkania, potem pojawiał się, jeszcze chudszy i mizerniejszy, „mniejszy o parę cali”, coraz bardziej zapominany przez domowników.

Ptaki

Akcja tej opowieści rozgrywa się zimą, w czasie dni pełnych nudy i przedwcześnie zapadających wieczorów. „Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach, studiował nigdy nie zgłębioną istotę ognia (...). Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej”. Matka próbowała zainteresować go problemami sklepu, ale Jakub uciekał od rozmów na bieżące tematy, biegł w głąb mieszkania i tam, z uchem przyłożonym do szpary w podłodze, nasłuchiwał. Ignorował żonę, natomiast coraz większym respektem darzył służącą Adelę, która z wolna zyskiwała nad nim nieograniczoną władzę. Wystarczało, że kierowała w jego stronę zgięty palec i wykonywała nim ruchy przypominające łaskotanie, a ojciec uciekał w panice przez pokoje, by wreszcie rzucić się na swoje łóżko i tam „wić się w konwulsjach śmiechu pod wpływem samego obrazu wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć”.

W tym czasie ojciec zaczął interesować się ptakami. Najpierw sprowadzał z Niemiec i Holandii ptasie jaja, które dawał do wylęgania kurom. Początkowe zainteresowanie wkrótce przerodziło się w prawdziwą obsesję, na strychu pan Jakub założył ptasią hodowlę i zaczął tam spędzać całe dnie i tygodnie. Urządzał „wesela ptasie”, krzyżował gatunki, w pewnym momencie sam zaczął zachowywać się jak ptak: „niekiedy przez zapomnienie zrywał się z krzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie przeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, śmiał się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart”.

Kres tej pasji położyła Adela, która - wykorzystując okres generalnych porządków - uprzątnęła ze strychu ptaki, niszcząc królestwo ojca i detronizując „ptasiego” władcę.

Manekiny

Po brutalnym zakończeniu przez Adelę przygody z ptakami, ojciec przygasł jeszcze bardziej, przestał uczestniczyć w życiu rodzinnym, usunął się na margines codziennych zdarzeń. Egzystował samotnie w pustym pokoju na końcu sieni, powoli zapominany przez wszystkich. Tymczasem zima objęła Drohobycz w swoje całkowite władanie: „tygodnie (...) stały pod znakiem dziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelą zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały, jak głębokie łodzie, gotowe do odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej Wenecji”. Monotonny rytm dnia wyznaczała niepodzielnie rządząca w domu Adela. Rano sprzątała, potem podawała do łóżek kawę, wreszcie do swej pracy leniwie ruszali subiekci, a matka aż do południa mozoliła się z poranną toaletą. Gdy kończyła czesać włosy, na obiadową przerwę schodzili się subiekci. Obiad stawał się rytuałem, po którym dzień zdawał się właściwie już zakończony, do zmierzchu zostawało wszak parę godzin. Ten czas matka przesypiała na otomanie, Adela krzątała się w kuchni, natomiast w jadalni pojawiały się Polda i Paulina, „dziewczęta do szycia”. Dziewczyny te przynosiły z sobą krawiecką kukłę i zabierały się do pracy, przycinając kawałki materiału, szyjąc na maszynie i przymierzając na manekinie gotowe fragmenty ubrań.

W czasie takich prac krawieckich na Poldę i Paulinę trafił kiedyś ojciec. Długo stał i obserwował szwaczki, zafascynowany ich widokiem. Z czasem zaczął bywać w jadalni częściej, zyskując sympatię dziewcząt, bawionych przezeń „pełną galanterii i dowcipu” konwersacją. Pana Jakuba fascynowała uroda dziewcząt, uważał je za mistrzostwo formy dzieła stworzenia. Był niewątpliwie pod wrażeniem ich niewinnego erotyzmu.

Wizyty ojca stały się pretekstem do długich rozmów, a raczej monologów, jakie stary kupiec bławatny wygłaszał do dziewczyn. Głównym tematem rozmów stał się problem zajmujący aktualnie pana Jakuba, mianowicie doktryna manekinów. Kolejne trzy opowieści tworzą całość, na którą składa się wygłoszony przez ojca wykład o manekinach.

Traktat o manekinach albo Wtóra Księga Rodzaju

Traktat o manekinach. Ciąg dalszy

Traktat o manekinach. Dokończenie

Trzyczęściowy Traktat, wygłoszony przez ojca w obecności dwóch dziewcząt do szycia, jest prezentacją poglądów bohatera na kwestię postępującego we współczesnym świecie procesu dehumanizacji człowieka, sprowadzenia jednostki ludzkiej do rangi kukły, tytułowego manekina. Traktat jest trzyczęściowym wykładem, jaki wygłasza ojciec przed audytorium złożonym z Adeli, Poldy i Pauliny (dwóch dziewczyn zajmujących się szyciem) oraz kukły krawieckiej. Pierwsza część opatrzona została wymownym podtytułem, Wtóra Księga Rodzaju - to odwołanie do zawierającej biblijny opis stworzenia świata Księgi Genesis zdaje się mieć u Schulza znaczenie szczególne; przedstawiony zostaje nowy porządek wszechrzeczy, nowe dzieło stworzenia: „Słowem - konkludował mój ojciec - chcemy stworzyć po raz drugi człowieka, na obraz i podobieństwo manekina”.

Manekiny stają się dla ojca symbolami ludzkiego cierpienia - materii, „która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi ten gest, który jej raz na zawsze nadano”. Tak jak manekiny, ludzie tkwią w narzuconej im formie, zawsze fragmentarycznej i niepełnej, zawsze naznaczonej bólem istnienia.

Istotą Traktatu jest proces redukcji osobowości, jaki ojciec zauważa we współczesnym świecie. Ludzie stają się manekinami, pustymi w środku kukłami, pozbawionymi zdolności czucia, myślenia, a przede wszystkim świadomości własnego istnienia. Człowieczeństwo przestaje być czymś istotnym, wyjątkowym, cudownym. Istotą tak rozumianej degradacji człowieka jest depersonalizacja jednostki, swoiste „wypatroszenie” ludzi z ich tożsamości i niezależności.

W doktrynie ojca ludzie stawali się manekinami - tworami powołanymi do życia dla jednego gestu, jednej pozy, w której tkwiły przez całą swą egzystencję. Czasem taki manekin ma tylko jedną rękę, nogę lub połowę twarzy - reszta nie jest potrzebna, gdyż został zaprojektowany do takiej a nie innej funkcji dekoracyjnej. Czasem mają tylko przód, z tyłu znajduje się pustka, zaszyta płótnem lub pobielona.

Nemrod

Tytułowy Nemrod to mały pies, który pewnego dnia „znalazł się na podłodze naszej kuchni, niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem”. Chłopiec pokochał szczeniaka i na zabawach z nim spędził cały miesiąc, obserwując codzienne borykanie się pieska z otaczającym go, tajemniczym światem, na który został powołany niezrozumiałym dlań zrządzeniem sił wyższych. Nemrod poznawał dom, nowe zapachy, kształty, przedmioty i wrażenia, które atakowały jego zmysły. Dla małej psinki zwykła czynność szorowania podłogi przez Adelę urastała do rangi kataklizmu, na który reagował gwałtownym szczekaniem.

Chłopiec obserwuje, jak do życia budzi się nowa forma, jak powoli Nemrod odkrywa w sobie instynkt, pamięć pokoleń, „znajduje jakieś czyny, decyzje, o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, by wyskoczyć”. Jego istnienie staje się apoteozą życia, pełnego „pikanterii, niespodzianych dreszczyków i point”.

Pan

W czasie jednego ze swoich spacerów po podwórzu, chłopiec trafił na drewniany parkan, znajdujący się między komorą, wychodkiem i tylną ścianą kurnika. Parkan oddzielał doskonale mu już znany i spenetrowany obszar podwórka od tajemniczego, zapuszczonego ogrodu. Jedna z desek ogrodzenia przegniła i z czasem obluzowała się, teraz wystarczyło ja tylko wyważyć i już droga do nowego, nieznanego świata była otwarta.

Wędrówka po ogrodzie przypominała odkrywanie dzikiego, egzotycznego świata: „tam to nie był już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny bezwstyd i rozpusta. Tam rozbestwione, dając upust swej pasji, panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedźmy, rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię bękarcie”.

W takiej scenerii pewnego dnia chłopiec spotkał mężczyznę, brudnego włóczęgę, kucającego między łopianami i załatwiającego potrzebę fizjologiczną. Jego nabrzmiała z wysiłku twarz, na której w pewnym momencie pojawił się wyraz niewysłowionej ulgi, skojarzyła się bohaterowi z Panem, mitologicznym bóstwem pasterzy i stad, człowiekiem z kopytami, rogami i uszami kozła, wcieleniem czystej witalności i lubieżności.

Pan Karol

Opowieść jest wspomnieniem wuja bohatera, tytułowego pana Karola. Wuj Karol ukazany tu został nie jako żywa istota ludzka, lecz jako pozbawiona cech człowieczeństwa lalka. W czasie wakacji wuj został „słomianym wdowcem”, jego żona wraz z dziećmi udała się na wczasy. Pan Karol wykorzystał okazję do licznych hulanek i alkoholowych ekscesów, po których wracał do domu zmęczony i sponiewierany. Spał długo i ciężko, do późnego przedpołudnia wydychając i „wyziewując” z głębi ciała pozostałości libacji. „Potem leżał długo nieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe i wilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, (...) oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkie błyszczące przedmioty”. Bliżej mu było wtedy do kukły niż do człowieka.

Jego mieszkanie zdawało się nie akceptować intruza - wuj Karol czuł się w nim obco, jak złodziej. Po porannej, a w zasadzie południowej, toalecie ubierał się w milczeniu i wychodził z domu ze spuszczoną głową, a wtedy w wielkim domowym zwierciadle „w przeciwną stronę oddalał się (...) ktoś odwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nie istniały”.

Sklepy cynamonowe

Akcja Sklepów cynamonowych umiejscowiona jest „w okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych z obu stron od poranku i od wieczora w futrzane krawędzie zmierzchów, gdy miasto rozgałęziało się coraz bardziej w labirynty zimowych nocy, z trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu...”. Opowieść rozpoczyna krótki epizod związany z ojcem - w trakcie rodzinnego wyjścia do teatru przypomniał sobie, że zostawił w domu portfel z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Wysyła więc syna, by przyniósł zgubę. Dopiero teraz rozpoczyna się właściwa opowieść. Bohater - narrator wspomina swą wieczorną wędrówkę po ciemnych ulicach miasta, w poszukiwaniu sklepów cynamonowych, na zwiedzenie których przyszła mu nagła ochota. W tym miejscu pada wyjaśnienie terminu, chłopiec nazywa sklepami cynamonowymi małe sklepiki prowadzone przez „starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń”.

Co można było kupić w tych sklepach? Właściwie wszystko: „ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare foliały pełne przedziwnych rycin i oszałamiających historyj”.

Skąd wzięła się nazwa sklepów? Wymyślił ją sam bohater, „dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są wyłożone”. A więc boazerie sklepów były, według narratora, koloru cynamonowego.

Wędrówka po mieście przeradza się w błądzenie - w nocy ulice Drohobycza zdają się być takie same... W pewnym momencie bohater trafia w pobliże gmachu swego dawnego gimnazjum - wywołuje to w nim falę wspomnień związanych ze szkołą. Myśli bohatera krążą wokół lekcji rysunków prowadzonych przez profesora Arendta, nocnych powrotów ze szkolnych zajęć nadobowiązkowych. Tymczasem chłopiec krąży po opustoszałym gmachu gimnazjum, trafia do gabinetu dyrektora, wreszcie przez taras wraca na ulicę.

Widzi stojącą dorożkę i - nie namyślając się wiele - wsiada do niej. Rozpoczyna się nocna jazda przez miasto. Woźnica, zachęcony przez swoich kolegów spod pobliskiego szynku, przekazuje bohaterowi lejce, a sam idzie do znajomych. Teraz dorożkę prowadzi koń, chłopiec trzyma tylko lejce i patrzy, gdzie zawiezie go nowy przewodnik. W ten sposób trafia za miasto, najpierw widzi tajemnicze nocne ogrody, potem pojawiają się pierwsze drzewa, pagórki, wreszcie las. Koń ustaje daleko za miastem, dyszy ciężko. Chłopiec przytula się do niego i wtedy na jego brzuchu dostrzega okrągłą czarną ranę. Pyta konia: „Dlaczego mi nie powiedziałeś?”, koń odpowiada: „Drogi mój - to dla ciebie”.

Bohater do miasta wraca pieszo. Droga wiedzie z górki, szybki marsz wkrótce przemienia się w jazdę - jak na nartach. Tak dociera aż na miejski rynek i spotyka szkolnych kolegów, którzy „zbyt wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, która nie chciała się skończyć”. Razem z nimi chłopiec wyrusza na kolejny spacer ulicami Drohobycza...

Ulica Krokodyli

Ulica Krokodyli stała się dla Drohobycza symbolem nowego świata, postępu cywilizacyjnego i technicznego, jaki stał się udziałem tego prowincjonalnego miasteczka w pierwszych latach XX wieku. Ulica Krokodyli kontrastowała ze starym miastem, gdzie „panował jeszcze nocny, pokątny handel, pełen solennej ceremonialności”. Tymczasem w nowej dzielnicy pojawiały się od razu „nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm (...) wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności”. Na każdym kroku można było dostrzec pretensje do wielkiego świata, obcojęzyczne napisy i tanią elegancję. Nawet usłużność subiektów i panien sklepowych naznaczona była fałszem i wewnętrzną pustką.

Sklepy i magazyny zdawały się nie mieć końca. Były to wielkie, wielobranżowe przedsiębiorstwa, w których przechodziło się z działu konfekcji do księgarni pełnej „wysoce dwuznacznych wydawnictw i druków prywatnych”.

W tej dzielnicy zdaje się rządzić chaos. Ulica Krokodyli to także nieobecne w starej części Drohobycza tramwaje o powyginanych i pogniecionych ścianach, wykonanych z papier-màché, oraz dorożki, pędzące samopas po mieście, bez woźniców, zajętych w tłumie własnymi sprawami. Na zakręcie ulicy ludzie czekają na pociąg, ale nie wiadomo, czy ten przyjedzie i czy zatrzyma się akurat w tym miejscu.

Po ulicy kręcą się prostytutki, w powietrzu unosi się „odór zepsucia”, na każdym kroku pleni się spekulacja i korupcja. Największą wadą ulicy Krokodyli jest, według narratora, jałowość życia - nic tu nie dochodzi do skutku, żadne zamierzenie nie jest w pełni realizowane, żaden cel nie zostaje osiągnięty do końca.

Karakony

Jest to kolejna opowieść o postępującym procesie wyalienowania ojca z otaczającego go świata, którego reguł i nowoczesności nie chciał i nie potrafił zaakceptować. Pogrążony w depresji, usunął się z życia codziennego do tego stopnia, że bohater w pewnym momencie konkluduje: „ojca już wtedy nie było”. Chłopiec podejrzewa, że ojciec przemienił się w kondora - wypchanego ptaka stojącego na jednej nodze na półce w salonie.

W czasie rozmowy z matką, której zarzuca cyniczne przejście do porządku dziennego nad stratą męża, pojawia się nowa hipoteza dotycząca zniknięcia pana Jakuba. Matka zdaje się sugerować, że ojciec zamienił się w karakona w czasie inwazji tych owadów na dom. Rzeczywiście, chłopiec przypomina sobie, jak pan Jakub zaczął w pewnym momencie poruszać się „wieloczłonowym skomplikowanym ruchem dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału karakoniego”, a jego ciało upstrzone było „czarnymi plamami totemu”. Czyżby więc jego ojciec przeobraził się w owada? Zdezorientowany bohater utrzymuje jednak, że pan Jakub to wypchany kondor. Wtedy matka ze znużeniem tłumaczy mu, że ojciec jest komiwojażerem i czasami wraca do domu późną nocą, by przed świtem ruszyć do dalszej pracy.

Wichura

Akcja tej opowieści rozgrywa się w czasie zimy, która opanowała Drohobycz. Miasto ogarnęła ciemność, co było wynikiem nie tylko pory roku, ale także niesprzątania przez ludzi strychów i rupieciarni. Pewnego dnia wszystkie te, gromadzone latami odpady, wychynęły na miasto i spowiły je w trwającej trzy dni i trzy noce mrocznej wichurze...

W czasie wichury chłopiec nie chodził do szkoły. Kiedy domownicy siedzieli zgromadzeni w kuchni, zorientowali się, że nigdzie w domu nie ma ojca. Wreszcie przypomniano sobie, że wczesnym rankiem wyszedł do sklepu i musiał zostać w nim, odcięty przez wichurę. Jeden z subiektów, Teodor, podjął się zaniesienia Jakubowi obiadu, podejrzewano bowiem, że ojciec nie miał od rana nic w ustach. W wyprawie towarzyszył starszy brat bohatera. Wrócili po kwadransie, opowiadając o szalejącej zamieci, w której zmylili drogę i nie trafili do sklepu. Matka podejrzewała, że w rzeczywistości nigdzie nie poszli i całą wyprawę przestali pod oknem, wcale nie oddalając się od domu, bohater uważa jednak, że nie kłamią, a miasta i rynku wcale już nie ma - zostały zmiecione przez wichurę.

Tymczasem w odwiedziny przychodzą różni znajomi i sąsiedzi. Między innymi pojawia się ciotka Perazja, która niespodziewanie dostaje ataku wściekłości. Klnąc, złorzeczy Adeli i matce, po czym nagle zaczyna się gwałtownie kurczyć, maleć, aż gdzieś w kącie kuchni zwija się, niczym spalony papier, obraca w proch i znika.

Noc Wielkiego Sezonu

Ostatnie opowiadanie rozgrywa się w dziwnym czasie, nie mieszczącym się w tradycyjnym kalendarzu: „Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe, lata wyrodne, jak szósty, mały palec u ręki, wyrasta kędyś trzynasty, fałszywy miesiąc. Skończył się sierpień, ale jesień nie zaczęła się jeszcze, lato trwa, jakby natura zapomniała o koniecznych zmianach.

Ojciec bohatera znowu coraz więcej czasu spędzał w sklepie, prowadząc rachunki i skomplikowane obliczenia. Przeczuwał nadchodzącą jesień, nadchodzący czas „wielkiego sezonu”. Ludzie poruszali się po ulicach „ożywieni jakimś wewnętrznym ogniem”, wszędzie czuć było dziwne podniecenie. Jednak coraz szybciej zapadający zmierzch sprawiał, że miasto pustoszało, wchodziło w nagle gęstniejący mrok nocy.

Gdzieś znikli subiekci, pan Jakub został sam, „w trwodze przed tłumami, które wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać między siebie, rozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną w wielkim zacisznym spichlerzu”.

Pewnego dnia o świcie do domu przyleciały ptaki, potomstwo niegdyś wygnanych przez Adelę. Były wśród nich „ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też i kaleki, kulejące w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem”. Niektóre z nich leciały na wznak, upierzone fantastycznie, niczym ptaki rajskie, inne zrobione były z papieru. Wszystkie były ślepe. Ojciec przywitał je z ogromnym wzruszeniem, przyzywał zaklęciami, wabił. One jednak nie słyszały go ani nie widziały, W pewnym momencie bezmyślne dzieci zaczęły rzucać w ptaki kamieniami, postrącały je z nieba i pozabijały. Teraz u stóp ojca leżały martwe ptaki, gigantyczna kupa kolorowych piór wypchanych „byle jak starym ścierwem”.

Ojciec wrócił do pustego sklepu. Tymczasem ze snu budzili się subiekci, Adela przygotowywała poranną kawę. Dom budził się do życia.

Potrzebujesz pomocy?

XX-lecie (Język polski)

Teksty dostarczyło Wydawnictwo GREG. © Copyright by Wydawnictwo GREG

autorzy opracowań: B. Wojnar, B. Włodarczyk, A. Sabak, D. Stopka, A. Szóstak, D. Pietrzyk, A. Popławska
redaktorzy: Agnieszka Nawrot, Anna Grzesik
korektorzy: Ludmiła Piątkowska, Paweł Habat

Zgodnie z regulaminem serwisu www.bryk.pl, rozpowszechnianie niniejszego materiału w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, utrwalanie lub kopiowanie materiału w celu rozpowszechnienia w szczególności zamieszczanie na innym serwerze, przekazywanie drogą elektroniczną i wykorzystywanie materiału w inny sposób niż dla celów własnej edukacji bez zgody autora podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.