KRYMINALISTYKA   Jeffrey Dahmer - zabijał, gwałcił i zjadał swoje ofiary.   Za swoje zbrodnie dostał 937 lata więzienia. Odsiedział tylko dwa. Nekrofil, pedofil, sadysta i alkoholik. Jeffrey Dahmer, nazywany kanibalem z fabryki czekolady, twierdził, że mordował, by nie czuć się samotnym. W pewien sposób różnił się od innych seryjnych morderców – nie lubił zabijać.

Dzieciństwo i lata młodości

Jeffrey urodził się 21 maja 1960 r. w Milwaukee w stanie Wisconsin. Był zwykłym, radosnym dzieckiem, kochającym swojego psa o imieniu Frysky. Matka była nieco znerwicowana, a ojciec Lionel Dahmer, zajęty karierą naukową, nie poświęcał dzieciom zbyt wiele czasu. To była typowa rodzina z kilkoma trupami w szafie. Wbrew powszechnemu przekonaniu dzieciństwo psychopatycznych morderców nie musi być dramatyczne. Często wychowują się w podobnych warunkach jak inne dzieci. Dość wcześnie można u nich zaobserwować nietypowe zainteresowanie śmiercią i sadystyczne skłonności. Najczęściej od dzieciństwa są samotnikami, odrzucanymi instynktownie przez szkolną społeczność. Jeff na początku wydawał się normalny. Aż do okresu dojrzewania. Miał przyjaciela, nie dręczył zwierząt, był umiarkowanie towarzyski. Gdy odkrył swoje upodobania, zaczął zamykać się w sobie i stał się nieśmiały.

Nie wiadomo, kiedy pogodny i czuły chłopiec przeistoczył się w potwora. Ojciec pisał później w swojej książce „Father’s Story”, że Jeff w wieku sześciu lat przeszedł operację przepukliny. Po tym wydarzeniu diametralnie się zmienił. Stał się skryty, nieprzystępny, zaczął bronić swoich sekretów. Rodzice na próżno próbowali zdobyć jego zaufanie. Efekt tych zabiegów był odwrotny do zamierzonego – wszelkie próby dotarcia do chłopca kończyły się jeszcze większą izolacją. Gdy urodził się jego brat Dave, cała rodzina przeprowadziła się do Bath w Ohio. Tam proces zmian charakteru Jeffreya zachodził coraz szybciej. Wycofanie się pogłębiło. Stał się permanentnie napięty, małomówny, robił wrażenie nieobecnego. Przestał angażować się w życie społeczne. Szkolni koledzy odbierali go jako typowego samotnika, ale bez agresywnych skłonności. Nigdy się nie kłócił. Miał za to wyraźną skłonność do alkoholu.

Lionel Dahmer pisał, że dziwne upodobanie u syna zaobserwował jeszcze przed operacją. Gdy chłopiec miał cztery lata, ojciec podczas wymiatania śmieci spod werandy znalazł kości małego zwierzęcia, prawdopodobnie ptaka. Już wtedy zaniepokoiła go fascynacja Jeffreya tym znaleziskiem. Zachwycony malec grzechotał kośćmi, zanurzał w nich palce i chciał się nimi bawić. Wtedy był to jednak pojedynczy przypadek. Po operacji ta fascynacja przybrała na sile. Interesowała go śmierć. Chodził ulicami i szukał przejechanych zwierząt. Zabierał je i godzinami obserwował rozkładające się zwłoki. W swojej dziecięcej kryjówce przechowywał czaszkę psa. Podobno wcześniej nabił głowę martwego zwierzęcia na kij. Ojciec chemik pokazał mu, jak preparować owady i konserwować w formalinie małe zwierzęta. Te umiejętności Jeffrey wykorzystał później do przechowywania fragmentów ludzkich ciał.

Po aresztowaniu opowiadał detektywowi Patrickowi Kennedy’emu, kiedy pojawiły się w jego głowie pierwsze myśli o zabiciu człowieka. Już w okresie dojrzewania zaczął o tym fantazjować. Jego wyobrażenia dotyczyły jedynie mężczyzn. W zasadzie nie chodziło mu o zabijanie. Marzył o uprawianiu seksu ze zwłokami.

Gdy Jeffrey zaczynał myśleć o zabójstwie, państwo Dahmer przeżywali burzliwy rozwód. Nie mieli czasu dla dorosłego już Jeffreya. Ich walka toczyła się o prawa do opieki nad młodszym synem. Starszy zaczął mieszkać sam. Rozwód rodziców bardzo go rozstroił. Prawdopodobnie impulsem do pierwszego zabójstwa była silna frustracja podgrzana problemami rodzinnymi. 

Jak ujęli Dahmera?

W upalną lipcową noc 1991 r. dwóch policjantów patrolowało jedną z uboższych dzielnic Milwaukee. Okolice Marquette University znane były z przestępczości i nocnych burd. Widok słaniającego się czarnoskórego mężczyzny zakutego w kajdanki nie wydał się im niczym zaskakującym. Policjanci postanowili sprawdzić, czy podejrzany mężczyzna nie jest narkomanem zatrzymanym wcześniej przez inny patrol. Okazało się, że człowiek ten jest bardziej przerażony niż odurzony. Przedstawił się jako Tracy Edwards i opowiedział, że napastował go jakiś blondyn. Najpierw zaprosił na drinka i wszystko wyglądało na dobrze rokującą randkę. Jednak po pewnym czasie poczuł dziwną senność, choć twierdził, że wcale nie wypił za dużo. Zaczął tracić świadomość. Gdy poczuł, że został zakuty w kajdanki, natychmiast otrzeźwiał. Blondyn zachowywał się coraz dziwniej. Groził mu nożem i powtarzał: „Wydrę ci serce i zjem je”. Tego było już za wiele. Tracy wyrwał się i uciekł. 

Początkowo policjanci myśleli, że to tylko kłótnia homoseksualistów. Podobne zdarzenia były w tej okolicy na porządku dziennym. Postanowili jednak sprawdzić, kim jest ten „niesamowity gość”. Zabrali Edwardsa pod wskazany adres. Otworzył im spokojny biały mężczyzna o jasnych włosach i sympatycznym uśmiechu. Był wysoki, przystojny i czarujący. Jego opowieść wydawała się spójna i rzeczowa. Twierdził, że Tracy mu się spodobał i przyjął zaproszenie na drinka. Być może za dużo wypił i był zdenerwowany, ponieważ właśnie został zwolniony z pracy w fabryce czekolady. Ten fakt udało się później potwierdzić. Mówił, że nie jest z natury agresywny i bardzo żałuje tego, co się stało. Blondyn oświadczył, że rozkuje niedoszłego kochanka, ale musi iść po klucze do sypialni. Jeden z policjantów postanowił pójść za nim. I tam doznał szoku. Na ścianach ujrzał ogromną liczbę zdjęć wykonanych polaroidem. Przedstawiały zwłoki w różnym stopniu okaleczenia oraz ludzkie głowy ustawione na półkach w lodówce – takiej samej, jaka stała w rogu pokoju. Policjant otworzył ją i zobaczył trzy patrzące na niego twarze. „W tej lodówce jest pieprzona głowa!” – wrzasnął. Wtedy wybuchła szamotanina. Blondyn rzucił się do ucieczki, w czym próbował mu przeszkodzić drugi funkcjonariusz. Edwards zasłabł, ponieważ uświadomił sobie, że pogróżki nie były jedynie metaforą. Po chwili obaj funkcjonariusze obezwładnili Jeffreya Dahmera. Wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, kogo naprawdę ujęli.

"Znaleziska" w jego mieszkaniu

Pierwszą osobą, która poza policją miała okazję obejrzeć mieszkanie mordercy, była reporterka Anne E. Swartz. Opisała to w książce „The Man Who Could Kill Enough”: „W głębi szafy stał metalowy kociołek zawierający rozkładające się dłonie i penisy. Na półce pod kuchenką leżały dwie czaszki. W szafie były także pojemniki z alkoholem etylowym, chloroformem i formaldehydem oraz kilka szklanych słojów, w których znajdowały się męskie genitalia zakonserwowane w formalinie. Były także zrobione polaroidem fotografie ofiar w różnych stadiach agonii. Jedna przedstawiała leżącą w umywalce głowę mężczyzny. Na innej ofiara była rozcięta od szyi aż po pachwiny, jak jeleń patroszony po zabiciu; cięcia były tak czyste, że mogłam wyraźnie dostrzec kości miednicy”.

Przeszukując mieszkanie „blondyna”, policja natykała się co chwilę na makabryczne odkrycia. Trzy ludzkie głowy i mięso przygotowane do spożycia spoczywały w zamrażarce, a odór rozkładu wydawał się wszechobecny. Dlaczego nikt w sąsiedztwie wcześniej nie czuł tych zapachów? Dahmer znalazł sobie idealne strategicznie lokum w dzielnicy, która wręcz oddychała zgnilizną. Na ulicach zalegały odpadki, co w upalne dni doskonale maskowało makabryczne „pamiątki” kanibala.

Śmierć w więzieniu

28 listopada 1994 Dahmer, Jesse Anderson oraz Christopher Scarver zostali wyznaczeni do sprzątania łazienki w siłowni. Strażnik więzienny, który ich nadzorował oddalił się na chwilę, wtedy Scarver uderzył Dahmera i Andersona ciężarkiem w głowę. Dahmer zmarł w drodze do szpitala, na skutek uszkodzenia mózgu.

Źródła:

https://www.rp.pl/Rzecz-o-historii/171129454-USA-Kanibal-z-fabryki-czekolady.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jeffrey_Dahmer