Kilka lat temu Teatr Telewizji Polskiej dokonał adaptacji dramatu Janusza Głowackiego, prozaika, dramatopisarza, scenarzysty i felietonisty urodzonego w Poznaniu, a od 1981 roku mieszkającego i odnoszącego sukcesy w Nowym Jorku (przede wszystkim "Kopciuch" 1981, "Karaluchy" 1987), pod tytułem "Antygona w Nowym Jorku".

Obejrzałem ten spektakl dzięki naszej polonistce, z którą najpierw omówiliśmy dramat antycznego twórcy , Sofoklesa, pod tytułem "Antygona" . Gdy oglądaliśmy adaptację dramatu Głowackiego, zostaliśmy poproszeni, aby zwrócić szczególna uwagę na różnice i podobieństwa między tymi utworami, ponieważ zaszło podejrzenie, że one mogą mieć ze sobą bardzo niewiele wspólnego. No bo jak to - Antygona w Nowym Jorku? Antygona mieszkała przecież w Tebach i to było wieki temu. Z zaciekawieniem zasiedliśmy przed ekranem.

Naszym oczom ukazał się przedziwny widok. Oto mamy historię trojga bezdomnych, którzy kłopoczą się, jak pochować swojego przyjaciela. To ważne, że użyłem formy: trojga, ponieważ wśród bohaterów jest kobieta, tytułowa Antygona. Od razu mamy komplikację, ponieważ ona wcale nie ma na imię Antygona (to chyba dziś dość rzadkie imię, wiec nie ma się czemu dziwić), ale Anita i jest Portorykanką (w Ameryce Portorykanie należą do masy biedoty i zwykle zamieszkuje slumsy i dzielnice nędzy). Anita jest w rozpaczy, ponieważ umarł jej ukochany, tez bezdomny. Problem polega na tym, że zarządzeniem burmistrza Nowego Jorku wszyscy bezdomni byli chowani w zbiorowych grobach na wyspie. Właściwe nawet nie wiadomo, co się z ich zwłokami działo. Te groby były bezimienne, wiec nawet nie można było pójść i zapalić mu światełko.

Anita z kolegami postanowili wykraść ciało i pochować je w parku, tam, gdzie żyli. Po wykradzeniu zwłok i pochowku Anita została zgwałcona. Potem popełniła samobójstwo, powiesiła się.

Tak najkrócej przebiega historia opowiedziana przez Janusza Głowackiego. O czym jest ten dramat tak naprawdę i dlaczego Anita, bezdomna Portorykanka dostała imię tebańskiej królewny? Powód jest prosty. Podobieństwa między tymi dwiema postaciami są bardzo wyraźne. Tylko na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego, ponieważ (Antygona) jest z królewskiej rodziny, ma narzeczonego - następcę tronu, nie musi się martwic, gdzie będzie spała, a druga nie ma dosłownie nic (Anita), jest uważana za społecznego śmiecia.

Mistrzowskim zabiegiem Głowackiego jest właśnie to odwrócenie, to przełamanie zasady decorum, którą musiała posługiwać się w swoich czasach Sofokles i nic w tym dziwnego, że tak było - inaczej nie mogły zostać dopuszczony do konkursu z okazji Wielkich Dionizji. Głowacki jest twórca XX (a nawet już teraz XXI wieku) więc może a nawet musi tę zasadę przełamywać.

Wydaje się nam, stereotypowo, że ludzie pozbawieni odpowiednich warunków materialnych, podstawowych nawet środków bytowania, ludzie bezdomni przestają być ludźmi. Często widzimy takich brudnych, głodnych, z dziwnym wyrazem twarzy, obładowanych reklamówkami, w których mają koce i cały dobytek , ludzi i nie zatrzymujemy na nich zbyt długo wzroku, żeby nie pomyśleć o nich jak o ludziach. Patrzymy na nich jak na stały element naszych, ulic, jak na ławki czy kosze na śmieci. A Janusz Głowacki popatrzył na bezdomnych z nowojorskiego Central Parku i zobaczył w nich ludzi. to nie jest łatwe, to nie jest proste, jak śpiewał Muniek Staszczyk. Ale ta sztuka opłaciła się (nie tylko dlatego, że Głowacki dostała za nią szereg nagród i wyróżnień, ale dlatego, że wniosła coś nowego i cennego odo naszej wiedzy o świecie).

Głowacki nie napisał sztuki o bezdomnych w Nowym Jorku, ale napisał tak naprawdę sztukę uniwersalną, która dotyczy każdego za nas, Głowacki chyląc się nad ludźmi, których potrzeby zostały zredukowane do najbardziej podstawowych potrzeb takich jak sen, pragnienie i głód dostrzegł, że mają coś, o czym my chcemy zapomnieć, co chcemy im odebrać - czyli godność. Patrząc na bezdomnych nie widzimy w nich ludzi. A dzięki tej sztuce mamy taką szansę. Do tych podstawowych cech człowieka należy właśnie poczucie godności. Jeśli ono zostanie skasowane, kończymy się również jako ludzie.

Anita chce tego samego, czego chciała Antygona - czyli godnego pochówku dla tego, którego kochała. Nie obchodziły jej zakazy burmistrza (odpowiednika Kreona), ona nie myślała w kategoriach rozumu i praw ziemskich (jak Antygona), ale wyłącznie w kategoriach serca. Człowieczeństwo jest tutaj mierzone w uczuciach nie w zakazach i nakazach. Anita kieruje się najbardziej pierwotnym uczuciem, czyli miłością i w imię miłości chce złamać wszystko, co stoi jej na drodze.

To był wstrząsający spektakl. Nigdy nie myślałem, że można w taki sposób popatrzeć na ludzi grzebiących w śmietnikach i śpiących na skwerach. Nie pomyślałabym, że i wśród nich znajdzie jest ktoś tak niezłomny, jak ta tebańska księżniczka, która poświeciła życie w imię tego, co najważniejsze.