XVIII w.

Pamiętam to tak dobrze, jakby zdarzyło się wczoraj. Tłumy wiwatujących ludzi, promienny uśmiech na każdej twarzy. Powodem ich radości jest uchwalenie w Polsce Konstutucji 3 Maja. Stało się to w cudowny, majowy dzień, w godzinach popołudniowych. Słońce świeciło jasno i wiosennie, opromieniając każdy z moich młodych jeszcze listeczków, które odbijały poszczególne promienie niczym jakieś maleńkie zwierciadełka. Dwóch mężczyzn wyjęło mnie, małą wówczas sadzonkę i z mocą posadzili mnie w wykopanym wcześniej dole. Byłem przestraszony ich gwałtownymi ruchami, ale zaciekawiły mnie dochodzące zewsząd głosy gapiów, prorokujących moją przyszłą wspaniałość. Powszechnie uważano, że zasadzenie takiego jak ja dębu jest najlepszym sposobem na upamiętnienie tak doniosłej chwili w dziejach Ojczyzny. Nie mogłem uwierzyć, że to właśnie mnie zasadzono na pamiątkę dnia przyjęcia pierwszej polskiej konstytucji. Moja obecność miała przypominać wszystkim o tym ważnym wydarzeniu. Wielu Polaków nie do końca zdawało sobie sprawę z wagi tego wydarzenia, jednak czuli, że jest to podniosły moment i rozpierała ich wewnętrzna radość. Na zawsze zapamiętałem ten majowy dzień, pełen uśmiechu, radości, dumy i patriotycznego uniesienia. Ten dzień oznaczał też dla mnie początek nowego, samodzielnego życia.

Wiosna, lata dziewięćdziesiąte XIX w.

I znowu wiosna, jakże pięknie stworzony jest ten świat. Zdaje się, że jest jak jeden potężny i skomplikowany mechanizm, którego wszystkie elementy znakomicie pasują do siebie nawzajem i doskonale się zazębiają. Każda najmniejsza rzecz ma określony sens, a każde zjawisko ma swoje uzasadnienie. Takie myśli zawsze nachodziły mnie z nadejściem wiosny. Nieodmiennie kojarzyła mi się ona z powrotem ptaków z dalekich ciepłych krajów. Już zawczasu cieszyłem się na ich przylot. Jakże brakowało mi ich dźwięcznego świergotu zimą, kiedy grube kołderki śniegu otulały me konary. Oczekiwałem teraz na słodki ciężar wypełnionych pisklętami gniazd. Lubiłem obserwować ich pieczołowite zabiegi, patrzeć jak wybierają odpowiednie gałązki, by uwić w gąszczu mych gałęzi nowe gniazda. Radowała mnie świadomość, że wśród swych konarów daję schronienie młodym ptaszętom i zapewniam im poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem, czy jest piękniejsza pora roku niż ta, w której budzą się do życia rośliny, przychodzą na świat młode zwierzęta, a obudzone z zimowego snu słońce święci z podwójną siłą. Zawsze postrzegałem zimę jako czas snu i odpoczynku po okresie wzmożonej pracy, jakim jest lato i jesień. Wiosną wypoczęta natura ze szczególną energią wchodzi w nowy cykl roku. To właśnie dlatego, tak bardzo lubię ten czas. Przeżyłem już w swoim życiu wiele wiosen, było ich tak dużo, że nie potrafiłbym ich zliczyć, a jednak za każdym razem czuję jednakowe podniecenie, gdy się zbliża.

Z mojej, ogromnej już teraz, wysokości, mogłem obserwować nie tylko przyrodę wokół, ale niemal całe miasteczko. Dziś widok częściowo zasłaniają mi wysokie budynki i kościelna wieża, ale dawniej widziałem całą panoramę. Patrzyłem z góry na idące do szkoły dzieci, słyszałem ich śmiechy i żarty, gdy biegły dookoła mojego pnia, a na znajdujących się pod ziemią korzeniach czułem lekki tupot ich nóżek. Każdego ranka budziłem się wraz z pierwszymi promieniami słońca, by podziwiać jego wschód. Było to dla mnie dużą przyjemnością. Podobnie jak obserwowanie kobiet, które przychodziły na spacery ze swoimi dziećmi do parku, w którym rosłem. Szumiałem wtedy cicho i delikatnie moimi gałęziami, by ukołysać niemowlęta do snu. Matki mogły wtedy wypocząć w cieniu moich konarów, słuchając cichego szmeru liści.

Pamiętam pewne niedzielne popołudnie, kiedy do parku przyszli rodzice z dwójką kilkuletnich dzieci. Ojciec zawiesił na dwóch moich konarach przenośną huśtawkę, by kołysać na niej swoje córeczki. Było mi bardzo miło, że mogę być użyteczny dla tych uroczych dziewczynek. Obawiałem się nieco, czy nie rozbujam zanadto huśtawki, by dzieciom nie stała się krzywda. Wszystko jednak poszło dobrze i owa rodzina zaczęła regularnie przychodzić w miejsce, gdzie rosłem. Pewnego razu jednak na spacerze pojawiła się tylko kobieta z dziewczynkami. Była bardzo przygnębiona i ukradkiem ocierała łzy. Zastanawiałem się, co też mogło przydarzyć się tej szczęśliwej rodzinie. Niestety następnego dnia potwierdziły się moje najgorsze obawy. Ujrzałem przechodzący w pobliżu kondukt pogrzebowy, w którym szła za trumną znajoma mi kobieta, trzymając za ręce swoje małe córeczki. Czułem się bardzo przygnębiony tym smutnym faktem, choć wiedziałem, że taka jest kolej życia. Wszystko przemija, a jedynym sposobem zachowania nieśmiertelności jest ciągłe przekazywanie życia. Dlatego zawsze z radością przyczyniałem się do powstawania nowych istnień, użyczając swej dziupli dla rodziny wiewiórek, czy swych gałęzi na gniazda dla ptaków.

Chcę przytoczyć jeszcze jeden epizod z mojego długiego życia. Obudziłem się pewnego ranka, aby jak zwykle obejrzeć wschód słońca, jak to miałem w zwyczaju, jednak niebo miało ołowiany kolor i było zasnute ciemnymi chmurami. Wyraźnie zanosiło się na burzę. Ledwie tak pomyślałem, niebo przeciął piorun a ciszę poranka rozdarł grzmot. Przyznam, że zawsze obawiałem się burzy i nigdy jej nie lubiłem. Rzecz jasna, towarzyszący burzom deszcz przynosił ulgę dla mych spragnionych korzeni, obmywał zmatowiałe liście, dawał ukojenie po całodziennej spiekocie. Jednak, kiedy niebo smagane było błyskawicami, a ziemia drżała od huku grzmotów, lękałem się, by nie trafił we mnie piorun, który mocno by mnie okaleczył, a może nawet i spalił. Mimo iż burza przeminęła, przez cały dzień padał deszcz i żadne z dzieci nie przyszło do parku. Czułem się więc smutny i samotny. Najgorsze jednak było to, że z nastaniem nocy, zerwała się gwałtowna wichura. Była to chyba najdłuższa noc w moim życiu. Podmuchy wiatru smagały moje gałęzie, wydmuchując co lżejsze gniazdka. Wicher miotał mną z potężną siłą ze wszystkich stron, niemal bałem się, że wyrwie mnie z korzeniami. Był to jeden z nielicznych wypadków, gdy obawiałem się o swoje istnienie. Przyzwyczajony jestem do szacunku ludzi i zwierząt. Pamiętam chlubny moment, kiedy zostałem zasadzony. Wiatr jednak okazywał mi jawne lekceważenie, bez litości obrywał zmurszałe gałęzie. Czułem, jak przerzedzał moje konary. Żałowałem swej pięknej korony, lecz tylko jedna myśl kołatała się w mojej głowie: ocaleć. Nic już więcej nie pamiętam. Być może straciłem przytomność. Następnego dnia obudził mnie piękny świt. Po nocnej wichurze nie byłoby śladu, gdyby nie porozrzucane wokół szczątki gałęzi i kłębowiska liści. Tak poważne straty napełniły mnie przygnębieniem i sporo czasu minęło, zanim doszedłem do siebie. Wspomniałem kiedyś, że nic na świecie nie dzieje się bezużytecznie. Ta zasada sprawdziła się i teraz. Otóż z moich połamanych wiatrem gałęzi, bawiące się w parku dzieci zbudowały sobie szałas, w którym lubiały przesiadywać, powierzając mi swoje sekrety. Dopiero widząc ich radość jakoś przebolałem stratę. Świat znów zaczął mnie cieszyć wraz ze wszystkimi swoimi codziennymi cudami. Znów powróciłem do rozważań nad zmiennością pór roku. Mogłoby się wydawać, że jesienią przyroda jakby obumiera, szykując się na zimowy odpoczynek. Nie zważałem nigdy na ciemne strony jesieni, czyli mgły i deszcze. Jesień kojarzyła mi się raczej z bogactwem kolorów na moich liściach. Przybierały on najrozmaitsze barwy od jasnych żółcieni, poprzez soczysty pomarańcz, do dojrzałej karmazynowi czerwieni i amarantu. Mając na sobie tę przebogatą szatę, czułem się niczym książę z jakiejś cudownej baśni. W czasie jesieni poznałem, nie znane wcześniej uczucie zazdrości. Był to przecież czas dojrzewania kasztanów. Owszem, ja również rodziłem owoce, ale żołędzie nie cieszyły się tak wielkim powodzeniem wśród dzieci jak kasztany. Stałem opuszczony na uboczu, patrząc jak wokół kasztanowców zbierają się niemal wszystkie dzieci z całego parku. Czułem się wtedy ogromnie samotny, a one, niczego nie świadome, przeszukiwały w poszukiwaniu kasztanów każdy skrawek trawy, czy kupkę opadłych liści. Z kasztanów powstawały później przeróżne zwierzaki i ludziki lub też inne dziwne stwory, pochodzące z dziecięcej wyobraźni. Charakteryzstyczne dla okresu poprzedzającego zimę są niezwykle długie wieczory. Młodzież lubiła chodzić w tym czasie na spacery. Pod mym pniem była ustawiona ławka, na której często siadywały zakochanej pary. Nie jeden raz byłem świadkiem rodzącej się miłości. Sam nie doświadczyłem nigdy takiego uczucia, było to więc dla mnie ciekawe i pouczające przeżycie. Dzięki tym młodym ludziom mogłem poznać to uczucie, wyrażające się w czułych gestach i spojrzeniach, tkliwie wypowiadanych słowach i pocałunkach. Pewnego jesiennego wieczoru, gdy powietrze jeszcze nie było zbyt chłodne, na ławeczce siedziała jakaś para. Oglądali wspólnie przepiękny zachód słońca, nie odzywając się do siebie ani słowem przez bardzo długi czas, tylko trzymając się za ręce. Spogladali sobie w oczy i myślę, że powiedzieli sobie w ten sposób dużo więcej, niż gdyby ubrali w słowa swoje uczucia. Wtedy nauczyłem się, jak dużo można sobie przekazać milczeniem.

W ciągu mojego życia zebrałem bardzo wiele doświadczeń i przemyśleń. Przybywało mi ich wraz z grubością słojów i wysokością pnia. We wspomnieniach wszystko zlewa mi się w jeden obraz. Przeżyłem wiele niezwykłych chwil, ale byłem też świadkiem niezmiennej powtarzalności pór roku i wydarzeń. Niektóre momenty moje życia nie były ani specjalnie znaczące, ani ważne, jednak zachowałem je w pamięci i pragnąłem podzielić się nimi. Wspomnienia pozwoliły mi przeżyć na nowo moje życie, odtworzyć barwy minionego czasu.