Siedzę sobie w kuchni przy stole. Ciepły kubek herbaty parzy moje dłonie. Patrzę przez okno na potargane zimnym wiatrem, odarte z liści drzewa. Przygnębiający klimat. W tle z mojego radia leci Jean Michel Jarre…jego nowa płyta. Ktoś mi powiedział, że jest idealna na takie listopadowo - szarugowe dni…

Pierwszy utwór trąci radością z powodu swojego żywego nastroju. Może cała płyta będzie taka? Jeśli tak, to nijak się ma ona do mojego nastroju… A jednak… Już drugi utwór jest inny. Smutny, doskonale wpasowujący się w pogodę - tonacja smutku, jakby deszcz płakał tłukąc się o szyby za oknem. Wzrasta we mnie zaduma… Trąci on przemijaniem. Jakby fale przepływającego życia otoczone przerażającym, budzącymi dreszcze dźwiękami. Patrząc na moją herbatę myślę o tych, którzy zginęli w otmętach morskich wód. Mam wrażenie, że te dźwięki to ich wołanie o pomoc, nawoływanie ich ratowników i jęki ich zbolałych dusz… W jednej chwili jednak muzyka się zmienia na coś szybkiego, jakby zapracowany człowiek szedł szybko, nie miał czasu na zastanowienie się, gdzie, dokąd podąża. Są to ciche, ale wyraźne nuty. Jakby tykanie, jakby chodzenie po schodach, jakby…nie było czasu na to, aby na chwilkę zadumać się… Utwór kończy się nagle. Jak życie każdego człowieka…

Po tym utworze następują już mniej przerażające utworki. Są one bardziej życzliwe dla mojej wybujałej wyobraźni. Jednak są one jakby jednakowe, zlewają się w moich uszach w jedno, jakby twórca malował nimi obraz składający się z plam. Koniec końców dzieło okazuje się być piękne..

Teraz…

Zupełnie coś innego. Taniec w czasie burzy? Nie do końca. A jednak. To jak z ludźmi, którzy mimo przeciwieństw losu potrafią patrzeć na wszystko w różowych okularach. Albo być lekkoduchami, nawet gdy jest zupełnie źle. Często takie tańce okazują się być ostatnim tańcem człowieka… Tak jak utwór "Equinoxe", który włączył się zaraz po tym… Z mojego radia wypływa jednak kolejna fala dźwięków. "Magnetic fields". Nic radosnego. Szybkie, ale smutne nuty targają powietrzem. W tle słychać jakby rozmowy, śmiechy, które jednak nie mają w sobie nic radosnego, bardziej złowieszczego i złośliwego. Również słychać samoloty. Monotonia. Złowieszcza monotonia. Jedna z gorszych rzeczy, jaka może przytrafić się człowiekowi. Następne utwory brzmią dla mego ucha lepiej. Nie są tak smutne, choć trącą znowu jednakowością. Moje myśli krążą pomiędzy dniem dzisiejszym a przeszłością, rzeczami naprawdę ważnymi i błahostkami, na które w sumie nie zwraca się codziennie uwagi.

I ostatni utwór… Co ciekawe pełen życia. Jest ciepły, przypomina mi o gorących wyspach, o których marzę, gdzieś daleko, gdzie nie jest pochmurno i zimno. Moja wyobraźnia zaczyna tańczyć to rytmu tej piosenki, ale… utwór się kończy…

Wstałam od stołu. Jeszcze raz popatrzyłam przez okno. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu było tam zielono… Podeszłam do radia. Jeszcze raz włączyłam ostatni utwór. Choć na chwilkę pragnę się znowu przenieść tam, gdzie ciepło, gdzie nie ma smutku, nie ma rozpaczy, nie ma…