"Życie kobiety to wiecznie gorejący płomień miłości - powiadają jedni. Życie kobiety to zaparcie się - twierdzą inni. Życie kobiety to macierzyństwo - wołają tamci. Życie kobiety to igraszka - żartują inni jeszcze. Cnota kobiety to ślepa wiara - chórem zgadzają się wszyscy" - takimi "sentencjami" zaczyna swą powieść Orzeszkowa, by w efekcie kilka zdań później stwierdzić, że życie kobiety to nie tylko miłość i wzniosłe uczucia. "Jedne z nas, otulone skrzydłami bożka miłości, przelatują wprawdzie przez całe życie uczciwie, cnotliwie i szczęśliwie, inne przecież, liczniejsze, daleko liczniejsze, zakrwawionymi stopami chodzą po ziemi walcząc o chleb, o spokój, o cnotę, łzy lejąc obfite, cierpiąc straszliwie, grzesząc okrutnie, spadając w otchłanie wstydu, umierając z głodu..". Tak Orzeszkowa nakreśla temat powieści.

* * *

Zaczyna się opisem ulicy Granicznej i pewnego ładnego dziedzińca przy tej ulicy. Na dziedzińcu tym stała młoda kobieta w żałobnej sukni oraz mała, czteroletnia dziewczynka, tez w żałobie. Z mieszkania, na ganku którego stała owa kobieta, tragarze wynosili piękne meble, fortepian oraz dziecinne łóżeczko. Dziecko żywo reagowało na widok tych mebli. Potem na schodach pojawiła się młoda dziewczyna - pokojówka owej kobiety; powiedziała, że załatwiła wszystko, co trzeba.

Kwadrans po tej rozmowie te dwie kobiety i dziecko wysiadły z dorożki przed jedną z kamienic przy ul. Piwnej. Owa kobieta z dzieckiem miała tu zamieszkać - w izbie niskiej i ciemnej z paroma zaledwie lichymi meblami. Młoda dziewczyna - owa pokojówka uprzątnęła tę izbę, po czym pożegnała się ze swą chlebodawczynią. Kobieta została sama z dzieckiem w nędznym pokoju i zaczęła rozmyślać - jak to jeszcze nie tak dawno miała wszystko: piękny dom i kochającego męża. Lecz mąż od kilku dni spoczywał w mogile. Nagle dziecko obudziło się i powiedziało, że chce jeść. Kobieta ubrała się i najpierw zeszła do stróża, by ten jej zakupił na mieście bułek i mleka, ale stróż zignorował ją. Wdowa więc musiała iść sama na miasto. Po kwadransie przyniosła dziecku tylko bułki. Po drodze zaczepiał ja jakiś mężczyzna - przerażona przybiegła do domu. Przygotowała posiłek dziecku i zaczęła rozmyślać nad swym nowym życiem.

* * *

Teraz dowiadujemy się, kim jest owa wdowa. To Marta Świcka. Poznajemy jej życiorys. Marta urodziła się w dworku szlacheckim koło Warszawy. Matka Marty była kobietą piękną i dobrą, ojciec człowiekiem wykształconym i także dobrym. Była ich jedyną córką. Wyrastała w śród miłości i dostatku. Gdy dziewczyna miała 16 lat, zmarła jej matka. Potem majątek ojca podupadł, on sam zaczął chorować, ale w tym czasie Marta już była zakochana w Janie Świckim - młodym urzędniku pracującym w jednym z biur rządowych w Warszawie. Ślub Marty o kilka tygodni poprzedził śmierć ojca. Ojcowizna przeszła w obce ręce. Ale Jan Świcki zapewnił jej dobrobyt. Pięć lat żyła jako szczęśliwa żona i matka. Świcki pracował ciężko i sumiennie, by zapewnić dostatek rodzinie. W efekcie, z przepracowania uległ ciężkiej i nagłej chorobie i wnet umarł. "Wraz ze śmiercią jego skończyło się nie tylko szczęście domowe Marty, ale usunęła się spod stóp jej podstawa materialnego jej bytu. (...) Materialnie młoda matka nie posiadała nic albo prawie nic. Paręset złotych, pozostałe ze sprzedaży sprzętów po opłaceniu drobnych długów i kosztów pogrzebu męża, trochę bielizny, dwie suknie - stanowiły cały jej majątek". Marta postanowiła więc pracować.

Nazajutrz wybrała się na ulicę Długą. Odnalazła numer kamienicy, której szukała i weszła do środka. Po drodze na schodach spotkała dwie kobiety. Jedna z nich - młodsza - lamentowała, że nie dostała pracy. Marta stanęła i zaczęła się przyglądać owym kobietom - były to nauczycielki, szukające pracy. Następnie wdowa weszła do biura o nazwie: Biuro Informacji dla Nauczycieli i Nauczycielek - Ludwiki Żmińskiej. Tu znajdowały się trzy osoby: jedna z nich to właścicielka biura, druga - to Angielka, która załatwiała kontrakt, trzecia - to była starsza kobieta, która posiadała marne umiejętności na nauczycielkę. Tej kobiecie Żmińska odmówiła pracy. Teraz nastąpiła kolej Marty. Żmińska dopytywała się, czy wdowa już trudniła się nauczycielstwem oraz jakich przedmiotów może nauczać. Marta stwierdziła, że francuskiego i muzyki. Umiejętność gry na fortepianie musiała udowodnić Żmińskiej. Po tym "egzaminie" okazało się, że z niezłą francuszczyzną i małym wykształceniem muzycznym mogłaby Marta zostać nauczycielka, ale tylko na początki. Oznaczałoby to, że dostawałaby jakieś 600 - 1000 zł rocznie, co nawet satysfakcjonowało Martę, ale problemem okazało się dziecko - trudno znaleźć posadę nauczycielce z dzieckiem. Pierwsze rozczarowanie Marty: przed chwilą Żmińska podpisała kontrakt z nauczycielką, dość wysoki, kobieta na dodatek mogła wziąć na posadę swą małą siostrzenicę - choć posiadała marne wykształcenie, dostała tak dobre warunki kontraktu, ponieważ jest cudzoziemką. Marta poprosiła więc o możliwość udzielania lekcji prywatnych z francuskiego i innych przedmiotów. Ale i tu duże rozczarowanie: takimi lekcjami zajmują się wyłącznie mężczyźni. Kobieta nie mogła zrozumieć panujących stosunków społecznych oraz tego, że pomimo umiejętności nie może uczyć. Żmińska więc tłumaczy jej: W społeczeństwie naszym, pani, taka tylko kobieta zdobyć może sobie zarobek dla życia dostateczny i los swój od wielkich cierpień i nędz ochronić, która posiada wysokie udoskonalenie w jakiejkolwiek umiejętności lub prawdziwy jaki i energiczny talent. Mężczyźni posiadając przy tym tak samo małe umiejętności, co kobieta, dostają pracę, ponieważ są głowami domów, ojcami rodzin. Żmińska obiecuje zrobić wszystko, by znaleźć lekcje Marcie, każe jej przyjść za tydzień.

W kamienicy obok tej, w której mieszkała Marta, znajdowała się garkuchnia - Marta weszła do niej i poprosiła o przynoszenie obiadów. Kupiła tez potrzebne rzeczy: cukier, herbatę, bułki, naftę i lampkę, zapłaciła za wynajem mieszkania - wszystko to o 1/4 zmniejszyło cały jej majątek ( który wynosił całe 200 zł!). Marta weszła do mieszkania, radość dziecka na jej widok po raz pierwszy w życiu ją zasmuciła - zaczęła się lękać o byt swój i córeczki.

* * *

Szary dzień listopadowy. Marta wraca z Biura Informacyjnego. Wpadła do domu uszczęśliwiona - dostała bowiem po miesiącu czekania pracę - lekcje francuskiego. O wyznaczonej godzinie Marta weszła do jednego z bogatszych domów. Powitała ją pani domu, żona jednego z głośniejszych literatów - pani Maria Rudzińska. Tuż za nią wbiegła do saloniku 12 - letnia dziewczynka - Jadwisia, córka pani Marii. Kobieta wprowadziła Martę do gabinetu córki, gdzie Marta zaczęła przeglądać książki i zeszyty dziewczynki. Okazało się, że ta bardzo dużo umie, ponieważ uczyła ją wcześniej rodowita Francuzka.

Tymczasem do salonu wszedł młody mężczyzna, modnie ubrany, niecierpliwy (generalnie fircyk) - Oleś- kuzyn pani Marii. Maria wyszła z gabinetu do salonu, by przywitać się z kuzynem. Ten zaczął wzdychać, jaką to piękność ujrzał przed momentem w salonie, podglądając przez portierę. Potem zaczęli się sprzeczać, trochę na żarty, że Oleś powinien być teraz w biurze, a nie uganiać się za pannami po całym mieście. Potem Oleś zaczął się domagać, by Maria przedstawiła go Marcie. Ta jednak stanowczo odmówiła. Nagle Oleś zobaczył przez okno jakąś pannicę, do której zarywał i poleciał do niej.

Trochę zawiedziona i smutna wróciła Marta do domu. Okazało się, że musi nadrobić zaległości z francuskiego, że Jadwisia tak naprawdę umie więcej od niej. Wyszła więc na miasto, by zakupić parę książek z gramatyki francuskiej. Uczyła się z nich do późnej nocy, nauka jednak szła jej bardzo powoli. Minął miesiąc pracy Marty. Nadszedł dzień wypłaty. Pani Maria siedziała zmartwiona w salonie. Jak zwykle przyleciał Oleś i zaczął się dopytywać o powód smutku kuzynki - chodziło o Martę, a w zasadzie brak jej wiedzy. Oleś zaczął żartować na ten temat, gdy nagle do salonu weszła Marta. Oznajmiła Marii, że nie może więcej uczyć jej córki, ponieważ Jadwisia faktycznie umie więcej od niej. Marii zrobiło się żal biednej wdowy i zaoferowała pomoc w szukaniu pracy. Nagle wtrącił się Oleś, przypominając kuzynce, że jej mąż pracuje w piśmie ilustrowanym, może tam by potrzebowali rysownika. Marta miała przyjść za kilka dni i dowiedzieć się o ewentualną pracę. Na odchodnym Maria chciała wypłacić pensję Marcie, ale ta nie chciała wziąć, bo przecież niczego nie nauczyła Jadwisi.

Nazajutrz rano Marta zeszła do rządcy domu, by poinformować, że spóźni się z opłatą na czynsz, potem zrezygnowała z obiadów w garkuchni, żałując ze w ogóle je zamawiała. Kupiła trochę masła, kaszy i mały garnuszek, by dziecku raz dziennie ugotować coś ciepłego.

Minął tydzień. Marcie całkiem kończyły się pieniądze. Znów zapukała do biura Żmińskiej. Ta przyjęła ją chłodno ( bo Marta sama zrezygnowała z posady). Odprawiona z kwitkiem Marta ruszyła do pani Marii. Tu zastała ją dobra wiadomość - pismo poszukiwało rysownika. Maria wręczyła Marcie szkic, który ta miała skopiować na próbę. Szkic przedstawiał sielski, wiejski widoczek, który wprawił Martę w zadumę, bo przypominał jej przeszłość. Rysowała w wielkim skupieniu i wiele pracy włożyła w ten szkic. Okazało się jednak, że i w rysunku Marta biegłą nie jest. Z przykrością jej to oznajmił mąż pani Marii. Nie dostała więc i posady rysownika. Maria obiecała, że wstawi się za Martą do swojej znajomej, posiadającej sklep bławatny (czyli z tkaninami). Zaraz też kobiety pojechały do tegoż sklepu. Najpierw Maria sama rozmówiła się z właścicielką sklepu. Ta jednak nie chce przyjąć Marty na "pannę sklepową", gdyż sprzedażą zajmują się tylko i wyłącznie mężczyźni, ponieważ młodzi i przystojni sprzedawcy przyciągają więcej kobiet do sklepu. Obie kobiety zaczęły dyskusje nad panującymi stosunkami społecznymi. W końcu właścicielka sklepu zapytała Marię, czy ta może ręczyć za to, że jej protegowana jest osobą porządną, akuratną i biegłą w rachunkach. Maria nie mogła złożyć takiego przyrzeczenia. Ze smutną wiadomością - o nie przyjęciu Marty - zeszła Maria do wdowy. Żal się zrobiło Marii biednej kobiety, poprosiła więc Martę, by dała jej swój adres - może coś postara się jej znaleźć. Ledwie uścisnęły dłonie, Marta poczuła w swojej kopertę z pieniędzmi - tę, w której była jej zapłata za naukę Jadwisi. Martę wcięło. Pomyślała: jałmużna. Już biegła za Marią, by zwrócić pieniądze, ale ta znikła. Duma nie pozwalała Marcie przyjąć pieniędzy, ale w domu czekało na nią głodne dziecko. Tego wieczoru palił się w mieszkaniu po raz pierwszy do dawna ogień, a jej córeczka jadła ciepły posiłek. Marta jednak siedziała smutna, zapłakana. Obiecywała sobie pracować na siebie i dziecko, ale okazało się, że nie może. To załamało ją doszczętnie.

Nazajutrz Marta wybrała się do sklepu z sukniami, gdzie kiedyś sama robiła zakupy. Została przyjęta bardzo serdecznie, jako klientka. Gdy właścicielka sklepu dowiedziała się, że Marta chce u niej pracować jako szwaczka, szczerze się zdumiała i poprosiła ją do pracowni, by porozmawiać. Okazało się, że faktycznie kogoś potrzebują do pracowni, ale osobę znającą się na kroju lub kogoś potrafiącego szyć na maszynie. Niestety, żadnej z tych umiejętności Marta nie posiadała. Zawiedziona Marta wyszła ze sklepu. Szła tak rozmyślając jaka to jest do niczego, gdy nagle zaczepiła ją pewna kobieta. Wdowa rozpoznała w niej jedną ze szwaczek z pracowni, z której przed chwilą wyszła. Okazało się, że kobiecina - Klara - kiedyś szyła suknie dla Marty i odnosiła je osobiście. Zaczęły rozmawiać. Klara zaczęła mówić o swojej siostrze ciotecznej, której historia życia bardzo przypominała historię Marty. Klara zaproponowała Marcie, by ta pracowała tam, gdzie jej siostra cioteczna, czyli w zakładzie Szwejcowej, gdzie szyje się ręcznie. Klara zaprowadziła Martę do owego zakładu. Szwejcowa początkowo nie chciała przyjąć Marty, twierdząc że ma dużo robotnic. Klara zaczęła się targować z Szwejcową o pracę dla Marty. Szwejcowa w końcu zaproponowała warunki pracy: 40 groszy na dzień, 10 godzin pracy dziennie. Klara nie chciała się zgodzić na takie głodowe warunki, ale zdesperowana Marta przyjęła pracę.

Nazajutrz Marta stawiła się do pracy. Rozejrzała się wokół i zauważyła, że wiele kobiet zapewne miało inne pochodzenie, niżby można było przypuszczać ( w sensie: zubożałe do granic szlachcianki). Wyglądały jednak okropnie: twarze zmęczone, suknie potargane, poplamione itd. Wszystkie pracowały w ciszy. Gdy Marta spędziwszy w tej norze, a nie zakładzie, cały dzień wracała do domu, ledwie mogła utrzymać się na nogach.

***

Tu wtręt od Orzeszkowej w stylu: wybaczcie czytelnicy, że opisuję wam tak smutną historię i tak prostymi środkami, ale pójdźcie za mną dalej tą sama drogą, która idzie nasza bohaterka.

***

Warszawa radowała się. Nazajutrz miał być Nowy Rok. Wszędzie tłumy, śmiechy itd. Ulicą idzie zmęczona Marta, obliczając w myślach wydatki. Od miesiąca pracowała u Szwejcowej. Zaczęła kaszleć, oczy miała wiecznie podkrążone. W zakładzie Szwejcowej umarła jedna z robotnic. Z wyczerpania i gruźlicy, a jej dzieci oddano do ochronki. Martę przeraziła taka wizja przyszłości. Idąc tak i rozmyślając stanęła naprzeciw znajomej księgarni. Po chwili namysłu weszła do niej. Księgarz ledwie ją poznał. Był to znajomy jej zmarłego męża. Czasami u nich bywał. Marta postanowiła poprosić go o pracę. Opowiedziała mu o swoich poszukiwaniach pracy i pracy dotychczasowej. Księgarz zaoferował jej przetłumaczenie dziełka francuskiego myśliciela. Uradowana Marta wróciła do mieszkania. Tu czekała na nią Jańcia - jej córeczka, wyraźnie osłabiona od kilku tygodni. Marta odkryła, że córka została mocno uderzona przez pilnującą ją czasami gospodynię. Prawie nad ranem Marta zabrała się za tłumaczenie owej książki.

***

Minęło 6 tygodni od Nowego Roku. O godz. 13 Marta jak zwykle wróciła ze szwalni do domu, by przygotować obiad dla dziecka. Z szuflady stolika wysunęła gotowe tłumaczenie książki i zaniosła je do księgarza. Następnego dnia znów zawitała do księgarza po odpowiedź. Okazało się, że tłumaczenie Marty posiada wprawdzie wiele zalet, ale nie nadaje się do druku. Brakuje w nim wiedzy naukowej. Talent literacki Marta posiada, ale nie wykształcony. Zasmucona wdowa wyszła z księgarni. Tymczasem w księgarni znalazł się jakiś literat, który zaczął szydzić z Marty i jej poszukiwań pracy.

Marta tymczasem rozgoryczona idzie ulicą i patrzy na szczęśliwych ludzi wokół. Nagle upadł jej rękopis, zobaczyła że księgarz wsunął dla niej między kartki 3 ruble. Już nie było jej wstyd, że zaoferowano jej tylko jałmużnę. Była wkurzona, że świat wymaga od niej tego, czego jej nie nauczono, więc teraz będzie brała jałmużnę. Wsunęła pieniądze od księgarza do kieszeni. Nagle zrobiło jej się słabo, była bowiem głodna i zmęczona pracą, która nic jej nie przyniosła. Zobaczyła przed sobą schody kościoła. Osunęła się na nie, oparła głowę na ręku i przymknęła oczy. Po chwili łzy zaczęły płynąć jej z oczu. Tymczasem chodnikiem Krakowskiego Przedmieścia szła para: kobieta i mężczyzna. Obydwoje wytwornie ubrani, prowadzili żywa rozmowę. Kobieta naśmiewa się z owego mężczyzny, że nigdy nie był zakochany, ten twierdzi, że owszem raz był zakochany, cały jeden dzień w pewnej bogini - smutnej, bladej, nieszczęśliwej. Okazuje się, że to Oleś opowiada jak to zobaczywszy Martę u swej kuzynki Marii, zakochał się w niej bez pamięci. Potem jej szukał po całym mieście, ale nie mógł znaleźć, a nie znał jej adresu. Rezolutna kuzynka nie chciała mu dać adresu Marty, by Oleś, fircyk i bawidamek, nie zbałamucił biednej wdowy. Idą tak obydwoje, Oleś i ta pannica, gdy nagle mężczyzna stanął jak wryty - oto zobaczył na schodach kościoła swą boginię - Martę. Jego towarzyszka - owa panna o imieniu Julia - tez przystanęła i ze zdumieniem wymówiła: 'Wszakże to Marta Świcka!". Marta siedziała na schodach kościoła nieruchomo, zapatrzona w jakiś nieistniejący punkt. Wyglądała zarazem tragicznie i pięknie. Para podeszła do niej. Kobieta zawołała Martę po imieniu, ta nagle jakby obudziła się, dostrzegła znajomą twarz i szepnęła: Karolina! Obie się uściskały serdecznie. Okazało się bowiem, że są przyjaciółkami z dzieciństwa. Kobieta zaczęła wypytywać Martę, po kim nosi żałobę, gdzie mieszka, co robi itd. Marta przyznała, że jest szwaczką. Karolina też próbowała tego fachu, ale nie udało jej się. Marta popatrzyła na jej bogaty strój i zapytała, czy wyszła za mąż. Karolina powiedziała, ze nie. Zaproponowała, by wszyscy w trójkę zamiast stać na zimnie, pojechali do niej do mieszkania, napić się herbaty i porozmawiać. Marta jednak musiała wracać do swego dziecka. Więc Karolina poprosiła wdowę, by ta przyszła do niej za jakąś godzinę. Marta poszła, a Oleś zaczął się rozpływać w zachwytach nad jej urodą.

***

Opis saloniku Karoliny: kominek, kozetka wyściełana adamaszkiem, fotel na biegunach, jedwabne firanki, wielkie lustro... Mieszkanko było małe, ale urządzone z przepychem. W saloniku siedzą Marta i Karolina. Obie milczą. Zdaje się, że już opowiedziały sobie swoje historie losów. Okazało się, że Karolina była wychowanicą bogatej krewnej - pani Herminii, która traktowała dziewczynę na równi ze swymi pieskami - tylko do towarzystwa. Na dodatek Karolina była prawdziwie zakochaną w synu pani Herminii - Edwardzie. Ten śpiewał jej pieśni, zapewniał o swych uczuciach, pisał do niej listy, ale jak tylko pani Herminia przechwyciła taki jeden list, wypędziła z domu swą wychowanicę. Edward w tym czasie pojechał sobie na karnawał do Warszawy. Karolina tułała się po ulicy głodna i zaniedbana. Razu pewnego spotkała Edwarda na ulicy właśnie, ten zarumienił się na jej widok i przeszedł udając, że jej nie zna. Później wziął ślub z bogatą dziedziczka. Potem kobiety zaczęły rozmawiać o panujących stosunkach społecznych. Karolina zauważyła pewną prawidłowość: mianowicie mężczyzna bogaty i zarazem honorowy nie krzywdzi i nie obraża mężczyzny ubogiego, gdyby tak uczynił, rzucałoby to plamę na jego charakter, ale co innego z biednymi kobietami. Biedne kobiety można krzywdzić, a nawet przynosi to chlubę "zjadacza serc" i nazywa się powodzeniem. Następnie Karolina zaczęła komplementować urodę Marty. Marta zaś zaczęła się zastanawiać jakim cudem Karolina, która kiedyś była w podobnej co Marta sytuacji, doszła do takiego majątku, nie posiadała wszak żadnej umiejętności (poza byciem ładną i towarzyską), ani talentu. Karolina stwierdziła: "Byłam piękną i zrozumiałam, jakie jest jedyne miejsce dla mnie na ziemi". Marta zrozumiała dopiero teraz, że Karolina jest kurtyzaną i aż westchnęła i zasłoniła oczy dłońmi. Karolina więc zaczęła na nowo opowiadać Marcie swą historię, zaczynając od stwierdzenia, że kobieta w tych czasach nie jest człowiekiem, a rzeczą. Kobieta, aby przeżyć, musi koniecznie uczepić się, w jakikolwiek sposób, mężczyzny. Karolina zrozumiała te wszystkie okrutne prawdy życiowe w momencie, gdy Edward minął ja na ulicy nie przyznając się do znajomości z nią. Wtedy to Karolina pracowała w jakimś sklepie z mydłem, gdzie była wyzyskiwana i cierpiała straszna biedę. Do tego sklepu przychodził pan Witalis, mający starą żonę, wielkie dobra pod Warszawą i piękny dom w Warszawie. W końcu Karolina powiedziała panu Witalisowi "dobrze" i została jego utrzymanką. Od niego miała to piękne mieszkanko. Marta siedziała jak skamieniała. Karolina zaproponowała swej przyjaciółce, by zajęła się tym, co ona. Marta wyrzekła, że nie pogardza Karoliną, ale jej drogi obrać nie może, choćby przez wzgląd na swego zmarłego męża, który ją kochał i szanował i którego ona wciąż kocha. Po chwili Marta wyszła od Karoliny. Następnie przyleciał Oleś z pytaniem, czy Marta wróci. Karolina stwierdziła, że wdowa nie wróci wcale, ponieważ dotąd kocha swego męża. Oleś zaczął się z tego wyśmiewać, ale po chwili stwierdził, że chciałby być tym szczęśliwcem, którego Marta mogłaby pokochać. Karolina na to, że Oleś mógłby zostać uszczęśliwiony pod warunkiem, że się z Martą ożeni. Ale o tym Oleś ani myśli. Niemniej jednak nie zniechęcony dowiedział się od Karoliny, gdzie Marta pracuje i zadowolony poleciał do teatru.

***

Rozdział zaczyna się opisem pewnego typu mężczyzn, tzw. zjadaczy serc niewieścich, playboyów generalnie. Takim playboyem był właśnie Oleś. Szwejcowa miała 3 córki i kilka młodych wnuczek, więc doskonale znała Olesia. Bywał on jej w domu, ponieważ jedna z jej córek zwróciła uwagę Olesia. Oczywiście, Oleś pobałamucił ową dziewczynę, a potem ja olał. Tak więc, gdy pewnego dnia zobaczyła Szwejcowa Olesia w pobliżu jej pracowni i to w towarzystwie Marty, wielce się wkurzyła. Szwaczki już zaczęły gadać, że Szwejcowa będzie chciała Martę odprawić za ten "nietakt". Marta weszła do pracowni. Jej wygląd zwrócił uwagę robotnic: cały drżała, była blada, oddychała szybko. Szwejcowa zaczęła jej docinać, że widziała Martę wczoraj na mieście w towarzystwie dwóch osób, z których jedna jest znana z niemoralnego prowadzenia się. Marta się wkurzyła za tego typu insynuacje, wstała, wymówiła pracę i wybiegła z pracowni. W bramie czyhał na nią Oleś. Marta ochrzaniła go, mówiąc: " Wam (mężczyznom) to zabawa, nam idzie o życie!" i minęła osłupiałego Olesia. Nagle przeszła obok niego jakaś młoda znajoma panna, chyba wnuczka Szwejcowej, oczywiście nie przepuścił okazji i zaczął do niej zarywać. I już sam nie wiedział, która jest piękniejsza: Marta czy ta panna.

***

Tymczasem Marta wydała ostatnie pieniądze na opłacenie czynszu, kazała zabrać cieciowi meble ze swojego pokoju, bo nie mogła płacić dłużej za ich utrzymanie. Jańcia czuła się coraz gorzej, płakała przez sen. Całą noc Marta nie spała, zastanawiając się, co począć. W kieszeni miała ostatnią złotówkę i żadnej pracy. Postanowiła, że będzie prosić o pracę. Poszła do znajomego księgarza. Okazało się, że jego znajomi szukają pokojówki. Dał jej list polecający. Tym razem Marta miała nadzieję, ze włożył do koperty jakiś banknot, ale niestety nie było nic w kopercie. Marta udała się pod wskazany adres. Pani domu przyjęła ją serdecznie, ale okazało się, ze już nikogo nie potrzebują. W istocie kobieta nie chciała zatrudnić Marty, ponieważ Marta jako wdowa po urzędniku wymagałaby szczególnych względów i w ogóle niewiadomo czy potrafi nawet prasować i zamiatać. Panu domu jednak zrobiło się żal kobiety i wysłał córkę, by ta dała jej chociaż rubla za fatygę. Za te pieniądze Marta kupiła drewno, chleb, mąkę i mleko. Ugotowała Jańci posiłek, ale dziecko nie chciało jeść. Załamała się stanem zdrowia córki i postanowiła wrócić do Szwejcowej. Ta nie chciała jej przyjąć, twierdząc, że nie ma już miejsca. Zdruzgotana Marta idzie więc ulicą i przygląda się wystawom sklepowym. Zatrzymała się przed jubilerem. Weszła do sklepu. Postanowiła bowiem sprzedać obrączkę ślubną. Gdy jubiler ważył obrączkę, chcąc ocenić jej wartość, Marta przyglądała się jego pomocnikom. W pewnej chwili zapytała jubilera, czy ona nie mogłaby być takim pomocnikiem. Chcąc udowodnić, że nadaje się nawet na projektanta wzorów jubilerskich, zasiadła do stołu i zaczęła rysować. Jej projekt bransoletki okazał się bardzo piękny. Marta chciała pracować za najniższą stawkę, czym dodatkowo zabiła klina jubilerowi. Ten chciał mieć tanią i dobrą pracownicę, ale to była kobieta! Wdowa zrozumiała, że jest to wystarczający powód, by nie przyjęto jej do pracy. Wzięła więc zapłatę za obrączkę i wyszła. Dobita Marta dotarła do domu. Nie widziała już przed sobą żadnej drogi, oprócz tej, którą jej wskazała Karolina. Nagle usłyszała jak Jańcia zaczęła kaszleć. Przerażona, w środku nocy poleciała po lekarza. Ten zdiagnozował bronchit, kazał ogrzać izbę i zapisał lekarstwa - zobaczywszy straszną biedę, nie wziął pieniędzy za wizytę. Choroba Jańci trwała długo. Lekarz przyszedł już po raz dziesiąty. Kazał mocniej ogrzać izbę i wykupić droższe lekarstwo, ale Marta już nie miała ani grosza. Jańcia zaczęła majaczyć i w gorączce wzywać ojca. Marta postanowiła iść żebrać, by zdobyć pieniądze na lekarstwo. Najpierw pobiegła do pani Marii, ale ta miała gości, więc Marta nie chciała jej przeszkadzać.

***

Wieczór. Tłum ludzi na ulicach Warszawy. Marta szła tymi ulicami i co mijała jakąś wystrojoną kobietę już miała wyciągnąć rękę, ale nie mogła. Zaczepiła w końcu jakiegoś pana, ten sięgnął do kieszeni i dał jej 10 groszy. W pewnym momencie stanęła przed sklepem z porcelaną. Wewnątrz sklepu byli dwaj mężczyźni. Marta weszła do owego sklepu. Podeszła do bogatego kupującego i poprosiła o pieniądze na chore dziecko. Ten się oburzył, twierdząc, że Marta powinna iść do pracy, a nie żebrać. Kupujący wrócił do rozmowy ze sprzedawcą, przebierając w towarach, położył niedbale swój portfel na ladzie tak, że wysypały się z niego drobne. Marta stała wpatrzona w te pieniądze. Nagle uczyniła szybki ruch, jeden z banknotów zniknął, zarazem drzwi otworzyły się i zamknęły z trzaskiem. Mężczyźni zaskoczeni zorientowali się, że Marta ukradła 3 ruble. Sprzedawca zawołał rewirowego, ten krzyknął do ludzi, by łapali złodziejkę. Marta biegła jak szalona. Za nią biegł tłum ludzi. Marta biegła środkiem ulicy, za nią biegła czarna masa ludzi, przed nią jechał omnibus. Jedyne wyjście to uskoczyć na bok. Przystanęła. Cóż ją czeka? Z jednej strony więzienie, z drugiej straszna śmierć. Rewirowy wyprzedził lecącą za nim gawiedź, wyciągnął rękę i dotknął brzegu jej chusty. Skoczyła, stanęła na jednej z szyn żelaznych. Woźnica próbował zatrzymać konie, ale te stanęły wtedy, gdy już ciężkie koło zsunęło się z piersi rozciągniętej na ziemi Marty. Tłum stanął nad nią w grobowym milczeniu.