Od momentu, kiedy technika światowa się na tyle rozwinęła, że ludzie zaczęli kręcić filmy, coraz lepsze, bardziej doskonalsze i wymowniejsze, stały się one największą konkurencją dla książki. Jest to szczególnie widoczne dziś, w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy ludzie coraz mniej czytają, a coraz więcej swego czasu spędzają przed telewizorem lub w kinie. Na to składa się również fakt, że ostatnio jest moda nie tylko na sam film, ale i na ekranizowanie jakichś sztandarowych utworów, jak na przykład ostatnio się dzieje w Polsce. To jest ogromna pokusa, kiedy młody człowiek ma do wyboru czytanie książki przez parę dni a obejrzenie jej adaptacji w przeciągu dwu, może trzech godzin, to z reguły wybiera to drugie rozwiązanie, odrzucając książkę w kąt a starając się poznać jej treść z obrazu filmowego. Jednakże najczęściej zdarza się tak, że film nie oddaje w pełni tych wszystkich wartości, jakie ma w zanadrzu książka, nie obrazuje całego uroku i wdzięku działa literackiego, które jednak posługuje się wszechmocnym orężem, jakim jest język. Dlatego najlepiej jest najpierw zapoznać się z książką, przeczytać ją dokładnie a później utrwalić sobie jej treść i problemy oglądając film nakręcony na jej podstawie. Do takiego postępowania zachęca nas nasza polonistka, dlatego po cyklu wielu lekcji dotyczącej twórczości Adama Mickiewicza a konkretnie jego "Dziadów" elementem podsumowującym nasze rozważania było wspólne obejrzenie filmu pod tytułem: "Lawa", którego reżyserem jest Tadeusz Konwicki, a który swój scenariusz oparł właśnie na owym dramacie naszego wieszcza. Muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie, gdyż oglądnięcie tej ekranizacji było znowuż punktem wyjścia do wielu interesujących dyskusji i rozważań. Jednym z nich była sprawa sposobu przeniesienia tego wszystkiego, co zamieścił Mickiewicz w swym literackim pierwowzorze do obrazu filmowego Konwickiego. Analizowaliśmy techniczne możliwości filmu, sposób ukazywania przez niego fabuły książkowej.

Od razu zwróciłam uwagę na tytuł tej ekranizacji, i bardzo mnie to zastanowiło gdyż, kiedy jakiś reżyser opiera się na jakiejś konkretnej pozycji z literatury, to zwłaszcza w Polsce, nadaje swojemu filmowi tytuł identyczny z literackim pierwowzorem, lub też niezwykle do niego zbliżony, czy też sugerujący związki z tą pozycją. Natomiast Konwicki zatytułował swoją adaptację "Lawa", co na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego z mickiewiczowskimi "Dziadami". Jednakże, kiedy oglądnęłam film w całości, zrozumiałam, że sposób, w jaki jest on zrealizowany, treści, które w sobie zawiera i to, jak są one pokazane, bardzo dobrze pasuje do tytułu nadanego temu obrazowi przez reżysera i jego wybór jest w pełni uzasadniony. "Lawa" okazuje się po seansie zupełnie zrozumiałym nawiązaniem do dramatu romantycznego wieszcza, a równocześnie poprzez swoje oryginalne brzmienie (nie będące powtórzeniem tytułu książki) jest elementem, który również oddziałuje na widza, daje mu pewne rzeczy do przemyślenia, zapada mu w pamięć.

Konwicki zastosował też przy tym przedsięwzięciu niezwykle ciekawą konstrukcję swego obrazu, a było to nie lada osiągniecie w przypadku mickiewiczowskich "Dziadów", gdyż jak wiadomo i jak my przekonaliśmy się w czasie lekcji języka polskiego nie jest to najłatwiejszy tekst literacki, z jakim mieliśmy do czynienia. "Dziady" sprawiają trudności na wszystkich niemalże płaszczyznach interpretacyjnych, począwszy od języka, w którym są napisane, aż do zawartej w nich ideologii, morałów i przekazów, które mogą być zawiłe i niezbyt jasne dla przeciętnego odbiorcy. A skoro sprawiają one problemy czytelnikom, to trzeba wziąć pod uwagę, jak dużym problemem a zarazem wyzwaniem były dla reżysera, który zechciał je zekranizować, przenieść kunszt literacki Mickiewicza na możliwości filmowego obrazu.

Konwicki chcąc przenieść język na obraz musiał posłużyć się wieloma chwytami, by ten zabiegł się udał, ale przez to znacznie zaingerował w to, jaką to dzieło w wersji filmowej będzie miało wymowę i znaczenie. Wiadomo, że takie motywy, jak jakieś prastare obrządki znane ludom, jakieś kulty i pewnego rodzaju magia są pociągające dla ludzi współczesnych, o czym świadczy wzrost popularności filmów należących do gatunków horrorów, thrillerów, dreszczowców czy też bazujących na jakiś wątkach magicznych i nadprzyrodzonych, i stanowią świetną pożywkę dla reżysera, który w tych aspektach może wykorzystać swoją wyobraźnię, swe pomysły, wprowadzić pewne innowacje w stosunku do oryginału, gdyż ma do tego prawo jako twórca obrazu filmowego. I tu Konwicki popisał się swoją pomysłowością, jak choćby w tym, że w jego realizacji Guślarz był kobietą, którego rolę, według mnie, bardzo dobrze odegrała Maja Komorowska. Innym samodzielnym pomysłem reżyserskim było wprowadzenie do odtworzenia roli Gustawa i Konrada dwóch, różnych aktorów, mimo, że z mickiewiczowskiego utworu wynika, że te dwie postaci były tak naprawdę jedna i tą samą osobą. Aczkolwiek mi ten zabieg bardzo się spodobał, było to wymowne i sugestywne a w rolę dwóch uosobień tej samej postaci znakomicie wcielili się: Wacław Holoubek oraz Artur Żmijewski. Inną zmianą Konwickiego w stosunku do pierwowzoru literackiego jest znaczne skrócenie fabuły filmu wobec tej książkowej, ale patrząc na ograniczone możliwości filmu, który nie może trwać zbyt długo, niemal zawsze takie obcięcie fabuły jest konieczne, gdyż fizycznie nie byłoby możliwości odtworzyć wszystkiego, co dzieje się w dziele literackim. Jednakże muszę stwierdzić, że Konwicki "obciął" treść książki Mickiewicza w taki sposób, że właściwie fabuła filmowa nie traci wiele z tych scen, których nie ma, widać, że było to działanie dogłębnie przemyślane i przeanalizowane i doskonale wkomponowało się w ogólny zamysł reżysera. Została "wyrzucona" scena, w której Ewa ma widzenie oraz "Ustęp" do drugiej części "Dziadów", a także nieco skoncentrowane dialogi. Mimo, że jest to w pewnym sensie ingerencja w zamierzenia Mickiewicza, to jednak tak jak już mówiłam, reżyser ma swoje prawa, gdyż tworzy własną sztukę opierając się tylko na czyimiś pomyśle, natomiast te zabiegi Konwickiego wyszły temu obrazowi tylko na korzyść, gdyż w znaczny sposób uprościły wymowę tego filmy i sprawiły, że "Lawa" jest przejrzystsza dla większej grupy odbiorców niż oryginalne mickiewiczowskie "Dziady".

Oczywiście oprócz takich dużych i kluczowych chwytów reżyserskich można zauważyć także w konstrukcji tego filmu wiele innych, bardziej szczegółowych, które będą oczywiste dla tego, kto przed obejrzeniem ekranizacji zapoznał się z mickiewiczowskim dramatem. Konwicki użył wielu możliwości na podkreślenie wymowy swego obrazu, jaki chciał stworzyć. Według mnie jednym z największych atutów tej adaptacji jest to, w jaki sposób specjaliści od ujęć kadrowali sceny. W każdym ujęciu jest dostrzegalna moc uczuć, emocji i namiętności, które są prawdziwe i autentyczne a nie sztuczne czy też teatralne. Autorem zdjęć w tym przedsięwzięciu jest Piotr Sobociński, ale i duże brawa i słowa uznania należą się Elżbiecie Krukowskiej, która w filmie Konwickiego była odpowiedzialna za montaż zdjęć w jedną całość, od czego zależał przecież końcowy efekt całego obrazu. Uważam, że wszystko wypadło znakomicie, zwłaszcza, że kilkakrotnie mamy takie sceny, w których widać kilka sytuacji rozgrywających się jednocześnie. Duże znaczenie ma tu także doskonale dobrana oprawa świetlna, gra reflektorów, przyciemnienia i jasności, co wszystko razem dostarcza dodatkowych elementów nastrojowych tej ekranizacji. I wreszcie również muzyka nie jest tu bez znaczenia, gdyż i ona doskonale współgra ze wszystkimi innymi elementami tego filmu, oddaje atmosferę panującą na ekranie a pochodzi od doskonałego polskiego kompozytora: Zygmunta Koniecznego.

Dla ostatecznego wyglądu i wymowy dzieła Konwickiego mają też znaczenie liczne elementy symboliczne, które reżyser zastosował a co świetnie pasuje do koncepcji ukazanej w mickiewiczowskich "Dziadach". Na przykład pojawia się tu obraz ptaka, a chwila Wielkiej Improwizacji została oznaczona przez Konwickiego ujęciami zrobionymi w Oświęcimiu, co w niesłychanie wymowny sposób obrazuje monolog Konrada a jednocześnie łączy ten obraz z czasami dla nas- współczesnych Polaków bliższymi. Uważam, że to był genialny chwyt, lepszego nie mógł reżyser wymyślić, gdyż sprawa Oświęcimia w sposób jednoznaczny kojarzy się wszystkim Polkom z martyrologią narodową, z wielkim poniżeniem i cierpieniem naszego narodu, z koniecznością poniesienia ofiary a przecież to jedne z podstawowych zagadnień mickiewiczowskich "Dziadów". Ponadto takie zestawienie bardo mocno pobudza do refleksji, do głębszych przemyśleń nad tym, jak to historia lubi się powtarzać i jak pewne treści popularne za czasów mickiewiczowskich są nadal aktualne dziś, dwa wieki później.

Podsumowując chciałabym powiedzieć, że mi ta adaptacja przypadła do gustu i oglądałam ją z zaciekawieniem. Zresztą, jak można zauważyć w swojej wypowiedzi właściwie nie wytknęłam żadnych błędów Konwickiemu i ekipie pracującej nad filmem, ale muszę obiektywnie stwierdzić, że nie wszyscy moi koledzy z klasy byli pełni tak pozytywnych uczuć jak moje i szybko okazało się, że opinie na temat "Lawy" są bardzo różne, wręcz skrajne. Gdybym i ja miała się do czegoś przyczepić, ale to tak już naprawdę na siłę to może ta muzyka, która, mimo że była niezwykle interesująca i podkreślała atmosferę filmu, to może od czasu do czasu trąciła monotonią, gdyż raz po raz powtarzały się podobne rytmy i tony, co po jakimś czasie mogło wywoływać znużenie u widza, ale tak jak powiedziałam nie jest to jakiś olbrzymi zarzut, tylko kwestia, do której mogłabym mieć ewentualnie jakieś zastrzeżenia, gdyby ktoś uparcie chciał je ode mnie wyciągnąć. A nawet gdyby była to jakaś większa wada, to uważam, że przy tylu pozytywnych rzeczach nie ma ona większego znaczenia.

Moim zdaniem Konwickiemu należą się duże brawa za pracę, jaką włożył w tą ekranizację, za to, że udało mu się przełożyć na obraz filmowy trudne w odbiorze dzieło literackie, jakim niewątpliwie są "Dziady", za to, że stworzył obraz dostosowany do szerokiej publiczności, że w ogóle podjął się tego karkołomnego zadania. "Lawa" jest moim zdaniem dobrym polskim filmem, serdecznie zachęcam wszystkich do jej oglądnięcia, a szczególnie polecam tę adaptację tym, którzy kochają twórczość mickiewiczowską a zwłaszcza jego wielkie "Dziady".