Nie wiem, czy pośród młodych ludzi, którzy kochają książki przygodowe jestem w stanie znaleźć jedną chociaż osobę, która by nie czytała "Białego Kła". Autor tej sławnej powieści, Jack London, nie poprzestał jednak na napisaniu jednej książki. Jego życie podróżnika, poszukiwacza złota obfitowało w takie wydarzenia, że grzechem byłoby nie opisać ich w przepiękny, charakterystyczny dla niego sposób. Przygody opisane w naturalistyczny sposób tchnęły swego rodzaju romantyzmem, a tendencje socjalistycznej równości przeplatały się niejako z podziwem dla tych jednostek, które są najsilniejsze. Takie też są jego książki.

Taka jest również jego książka pt.: "Martin Eden". Cała akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych w końcu wieku dziewiętnastego. Widzimy podział sfery mieszczańskiej na bogaczy i biedotę. Do tej drugiej należy młody chłopak - Martin Eden, zakochany w bogatej panience Ruth. Żeby zdobyć jej rękę chłopak musi wspiąć się po drabinie społecznej, zdobyć pozycję oraz majątek. O dziwo, udaje mu się to. Odpowiedzialną pracą okazuje się być pisarstwo. Gdy na jego konto wpływają wysokie honoraria od redakcji, otwierają się przed nim drzwi do wielu bogatych domów. I wtedy bohater uświadamia sobie, że to, o czym myślał, iż jest światem bogatych, jest tylko jego ułudą, jego wymysłem. To, co jest prawdą, to możliwość kupienia wszystkiego za pieniądze. Nawet miłości kobiety, którą kochał czystym, nieskalanym konwenansami i przekupstwem sercem. To przejrzenie na oczy, przemyślenia na temat siły pieniądza i niskiej wartości prawdziwych wartości takich jak szczera miłość, doprowadzają go do samobójstwa.

Jest to moim zdaniem niezwykle ciekawa książka. Muszę jednak przyznać, że akcja rozkręca się szalenie długo. Bardzo powoli rozwijany się wątek główny. Narracja przeciąga się tak strasznie, że gdyby nie podział na rozdziały, byłby problem z przebrnięciem, gdyż książka momentami po prostu nuży. W utworze pojawia się również wiele słów, których znaczenia nie można zrozumieć bez sięgnięcia do słownika. Z jednej strony jest to strasznie niewygodne sięgać do słownika za każdym razem, gdyż to wybija z rytmu czytania, jednak warto popatrzeć na to z innej perspektywy - można wzbogacić swój zasób słów w ten prosty sposób. Jednak tym, którzy poszukują lekkiej książki o kochaniu, która będzie jasna i czytelna bez żadnych słowników, polecam poszukać innej pozycji.

Zakończenie zaskakuje. Nie jest ono bowiem typowe dla "romansidła". Przecież w tych prawidłowych "książkach o miłości" jest zawsze powiedziane, że "wszyscy żyli długo i szczęśliwie". W tej zaś bohater postanawia umrzeć. Trochę to nie jest dobre, bo przecież po tym, czego dokonał, co przeżył, warto by było, żeby był chociaż przez chwilę szczęśliwy, ale… Po raz kolejny widzimy, że pieniądze nie są w stanie dać człowiekowi szczęścia, a w tym przypadku nawet stały się przyczyną nieszczęścia - gdyby nie zdobył bogactwa, nie poznałby zgniłego świata bogaczy, nie przekonałby się jak to jest naprawdę, mógłby żyć marzeniami…

Jak popatrzeć na życie samego Jacka Londona, można mieć podejrzenie, że jest to powieść autobiograficzna. On sam, zaraz gdy stał się sławny i bogaty, popełnił samobójstwo. Wskazują na to również opisy odczuć, uczuć bohatera, jego przemyślenia i te zmagania z losem opisywane tak, jakby autor doskonale je znał. Wszystko to spowite jest miłością, tą wielką i piękną, marzycielską bardziej, bo niespełnioną.

Jest to książka dla każdego człowieka, który nie jest do końca pewien czy da radę dokonać czegoś, czego pragnie. Książka również dla tych, którzy myślą, że są za słabi, aby sobie poradzić z przeciwnościami losu. Mówi ona bowiem o tym, że wystarczy czegoś bardzo pragnąć i do tego dążyć… Zadaje ona jednak również pytanie, czy warto tak ślepo pragnąć…

Wiem, że Jack London napisał wiele książek, które mogą okazać się łatwiejsze w czytaniu dla zwykłego czytelnika. Ja jednak każdemu, kto chciałby poznać prawdziwego Jacka, polecam tą pozycję.