Początek ferii zimowych oznaczał, że ulice i podwórka w całym mieście znów wypełnią się rozradowanymi z przerwy w nauce dziećmi. Brakowało wśród nich tylko tych, których było stać na wyjazd na narty w góry. Bawili się teraz w Polsce lub zagranicą.

Tomek Sarnak, którego koledzy nazywali "Ponury", także wyjechał. Jak co roku o tej porze siedział w pociągu, który wiózł go w Beskidy, gdzie w jednej z maleńkich wiosek, nieobecnych na mniej dokładnych mapach mieszka jego rodzina. Nie czuł jednak radości, bo odkąd pamięta tam właśnie spędzał letni i zimowy odpoczynek. A miał już 13 lat i chciałby poznać inne miejsca. To prawie jak zesłanie.

Jednak w jego sytuacji ciężko o inny pomysł na ferie. Mama Tomka była pochłonięta pracą i nie może poświęcić mu za dużo czasu. Ojca zaś nigdy nie widział. Odszedł od mamy, zanim jeszcze urodził się Tomek. Dlatego mama tyle pracuje, chce, aby chłopcu niczego nie brakowało. Może z powodu sytuacji rodzinnej czuł się gorszy i nie miał przyjaciół.

Tam gdzie jechał, mieszka brat mamy, wujek Jerzy z ciocią Agatą. Zajmują się agroturystyką i prowadzą małą stadninę koni. Ciocia Agata otworzyła także niewielką restaurację z kuchnią regionalną. Ponieważ są bezdzietni, zawsze cieszą się z przyjazdu Tomka. W zamian za gościnę, chłopiec pomaga wujostwu. Wydawałoby się, że to dla niego wymarzona sytuacja, a jednak nie jechał tam z entuzjazmem. Drażniło go zachowanie pary rodzeństwa, które kłóciło się o to, które z nich będzie spało na górnym łóżku w wynajętym pokoju. Próbował nie słuchać tego marudzenia. Z głową opartą o szybę okna próbował zasnąć.

Wreszcie koniec podróży. Tomek wysiadł na niewielkiej stacji. Czekali tam na niego już ciocia z wujkiem. I tu pierwsza niespodzianka - przyjechali po niego sańmi. Było bowiem mnóstwo śniegu, szczypał mróz. Za chwilę spotkała go druga niespodzianka - na saniach siada również niesforne rodzeństwo. Okazało się, że wynajęli pokój w gospodarstwie wujostwa i będą w czasie ferii sąsiadami Tomka. Chłopiec poczuł przerażenie, ostatnią rzeczą, której potrzebował było towarzystwo tych dzieciaków. Nie tęsknił do zawierania nowych znajomości.

Jechali przez las, drzewa obsypane śniegiem wyglądały wspaniale. Chyba tylko tu można oglądać tak wspaniałe widoki. Wszyscy byli zachwyceni i podziwiali je w milczeniu. Po około pół godzinie dojechali do domu cioci i wujka. Zapadał już zmrok, na zmarzniętych podróżnych czekała przygotowana wcześniej kolacja.

Po dobrze przespanej nocy Tomek rano, jeszcze przed śniadaniem, wczesnym rankiem Maciek zbiegł do stajni. Chciał przywitać się ze swoimi ukochanymi końmi, a zwłaszcza z jednym, którego lubił najbardziej. Uderzył go silny zapach świeżego siana, Tomek poczuł się spokojny i nawet się uśmiechnął. Ramzes, bo tak nazywał się ulubieniec Tomka, wyraźnie ucieszył się na jego widok. Zarżał głośno. Chłopiec wiedział, że to oznacza prośbę. Dlatego bez chwili zwłoki chwycił za szczotkę i zaczął czesać koński grzbiet.

W czasie obiadu rodzeństwo z pociągu, które wróciło właśnie ze swoimi rodzicami z pierwszej wycieczki po okolicy, chciało opowiedzieć Tomkowi o swoim odkryciu. W czasie wyprawy znaleźli głęboką pieczarę. Dzieciaki przekrzykiwały się, ale Tomka wcale nie obchodziło to, co mają do powiedzenia. Martwił go padający tak obficie śnieg. A oznaczało to nic innego, że nie będzie się można bawić na zewnątrz. W dodatku ciocia poprosiła go, aby zaopiekował się rozkrzyczanymi dziećmi.

Pomyślał, że to chyba jakaś kara. Musiał jednak słuchać poleceń cioci, nie widział jednak jaka zabawę może wymyślić, aby zająć uwagę tych ciągle aktywnych dzieciaków, które w dodatku ani myślały zaprzestać swoich opowieści o znalezisku. Tomek wymyślił więc historyjkę o skarbach, które ktoś kiedyś ukrył w górach. Powiedział nawet, że być może to właśnie w tej pieczarze znajduje się ten tajemniczy skarb.

Zawołał do siebie chłopców i naprędce wymyślił historyjkę o skarbie ukrytym w górskiej grocie , a może nawet pieczarze , którą widzieli .Jest to skarb oddania, wierności i przyjaźni . nikomu jeszcze się nie udało go zdobyć , ponieważ ludzie są zbyt chciwi i zachłanni .Tylko prawdziwi przyjaciele mogą ten skarb zdobyć, a takich na świecie nie ma .

Wieczorem śnieg sypał jeszcze bardziej. Rozpętała się prawdziwa śnieżyca. Zrobiło się zimno, wiał przenikliwy wiatr. Wszyscy spotkali się przy kominku, w którym z trzaskiem znikały kolejne polana drewna. Była miła i serdeczna atmosfera. Zanim wszyscy rozeszli się do łóżek wujek i Tomek poszli do stajni, aby oporządzić konie.

Wcześnie rano Tomek, gdy jeszcze leżał w łóżku, usłyszał wołania i krzyki. W pierwszej chwili pomyślał, że to pewnie konsekwencja jakiegoś pomysłu zwariowanego rodzeństwa. Szybko jednak zorientował się, że coś musiało się stać, krzyki bowiem nie ustawały. Umył się, ubrał i zszedł na dół. Okazało się, że nie nikt nie wie, gdzie podziało się rodzeństwo. Wujostwo i ich rodzice bali się, że wyszli w nocy albo wcześnie rano na jakiś spacer, a pogoda i masy śniegu były naprawdę niebezpieczne.

Tomek poczuł nawet zazdrość, nikt nigdy tak się o niego nie martwił. Ojciec nawet nie interesował się, gdzie mieszka, jak się uczy, czy jest zdrowy. Wtem doznał olśnienia:

- Na pewno poszli do pieczary - zawołał.

Jednocześnie poczuł się odpowiedzialny za to, co na pewno się stało. To przecież on opowiedział im o ukrytym skarbie. Nie potrafił przyznać się dorosłym do tego. Bo co im powie? Że niepotrzebnie rozpalił wyobraźnie dzieciaków? To było jeszcze gorsze. Postanowił ich odnaleźć, znał na tyle dobrze okolice, że wiedział jak dojść do miejsca, o którym mówili. Ubrał się ciepło, wychodząc zabrał, po chwili wahania, telefon komórkowy wujka. Może się przydać. Ruszył przez wysokie zaspy. Śnieg nie przestawał padać. Było strasznie zimno, ale Tomek nie zważał na to. Wiedział, że przed nim jeszcze daleka droga.

Gdy szedł obawiał się, że może sam zgubić drogę. Dlatego starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Dwa oddalone domy, kilka drzew, przewrócony płot, olbrzymi glaz i biała pustka wkoło.

Zanim dotarł do wejścia do pieczary minęły co najmniej dwie godziny. Szedł, przedzierając się przez metrowe zaspy. Czuł się tak bardzo zmęczony, ale i wściekły na siebie, że nie przewidział, jak takie opowieści o skarbach mogą się skończyć. Jeszcze tylko kilka metrów i już był na miejscu. Dostrzegł chłopców dopiero po chwili. Nie ruszali się, a jego ogarnęło przerażenie. Nie żyją, a może tylko śpią! Podszedł do nich i zaczął szarpać ich za ramiona, a potem rozcierać ich dłonie i twarze. Ocknęli się, na ich twarzy malowało się przerażenie, ale i satysfakcja. Obok nich leżało drewniane pudełko. Tomek rozpoznał w nim swoją zostawioną tu kiedyś zabawkę. Uśmiechnął się.

Próbował zadzwonić, ale w głębi pieczary telefon nie mógł złapać zasięgu. Powiedział więc nieco wystraszonym dzieciakom, że zaraz do nich wróci, musi tylko wezwać pomoc. Nakazał rodzeństwu zostać w pieczarze. Już bardzo zmęczony wdrapał się na szczyt wzniesienia. Droga wydawała się nie mieć końca. Czuł tylko zimno i zmęczenie, ale wiedział, że musi tam dojść. W końcu telefon zadziałał. Odebrał ciocia. Zdążył tylko przekazać, że znalazł chłopców i że są w pieczarze.

Kiedy się ocknął poczuł ciepło. Nie wiedział, gdzie jest. Zobaczył pochylonych nad sobą wujka, ciocię rodzeństwo i ich rodziców. Był zdziwiony. Dopiero wtedy przypomniał sobie, co się stało. Wszyscy gratulowali mu tego, co zrobił.

- Jestem z ciebie dumny - powiedział do Tomka wujek. - Gdyby nie ty, nie byłoby tu ich dzisiaj.

Chciał wyjaśnić, że to przecież jego wina. Ale nikt nie chciał słuchać takich wyjaśnień. Mężczyźni powiedzieli tylko, że szkoda iż nie powiedział, gdzie idzie, bo niepotrzebnie ryzykował życie. Ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Rodzice uratowanych dzieciaków dziękowali Tomkowi, mówiąc, że zawsze może liczyć na ich pomoc i wdzięczność. Prosili, żeby ich koniecznie odwiedził.

Kilka dni później Tomek znowu siedział w pociągu. Ale droga do domu mijała w innej atmosferze; chłopak śmiał się i rozmawiał. Tym razem towarzystwo dzieciaków i ich rodziców sprawiało mu prawdziwą przyjemność.

Ojciec dzieciaków powiedział, że nie może już traktować Tomka inaczej, jak swojego najstarszego syna. Chłopak być może po raz pierwszy w życiu poczuł się tak szczęśliwy i wzruszony. Pomyślał, że świat bez przyjaciół nie wygląda tak pięknie.