Przerażona Caroline wbiegła do pokoju rodziców, budząc ich głośnymi krzykami: - On tu jest, widziałam go przed domem! - Córciu kto… Kto chodzi po naszym podwórku? – Zapytała matka, zamartwiając się stanem Caroline. - Ten typek z workiem na głowie, trzymający siekierę w ręce – powiedziała dziewczyna, trzęsąc się ze strachu. - Nie wyciągaj tak pochopnych wniosków, może przyśnił Ci się koszmar – oznajmił George, próbując załagodzić stan córki. - Przysięgam… Proszę, uwierzcie mi, możemy być w niebezpieczeństwie – powiedziała Caroline, panikując. - Kochanie, my staramy się zrozumieć twoją sytuację, lecz utrudniasz nam to: ciągle krzycząc i histeryzując-odrzekła Evelyn. - Myślicie, że zwariowałam – powiedziała dziewczyna, idąc powoli w stronę wyjścia – Pójdę sprawdzić, czy pozamykaliście okna i drzwi, przed pójściem spać. Dziewczyna wyszła, trzaskając mocno drzwiami. - George, martwię się o nią – rzekła szeptem do męża – A może ma rację i naprawdę ktoś chodzi po naszym podwórku. - Weź, przestań, nikt nie wejdzie do naszego domu – powiedział George, wpatrując się w zaciemnioną twarz żony -Ubzdurała sobie, że widziała kogoś a teraz histeryzuje – dodał, Kiedy George położył się spać, kompletnie nie przejmując się zaistniałą sytuacją, Evelyn zamyślona przypomniała sobie, że przed wyjazdem zostawiła otwarte okno w kuchni, po tym, jak zużyła połowę preparatu owadobójczego, starając się wyeliminować szarańczę muszek siedzących na owocach i warzywach, chcąc pozbyć się niemiłego odoru trutki zostawiając otwarte okno. Evelyn nie mogła zasnąć. Postanowiła, że sama pójdzie i zatrzaśnie dębowe okno w kuchni. Po chwili, kiedy zeszła z piętra i wtargnęła do pomieszczenia kuchennego, zobaczyła, że okno było zamknięte. Evelyn krzyknęła głośno: - Caroline! Zamykałaś okno w kuchni? – dopytała -Nie! Tam jeszcze nie byłam – odpowiedziała dziewczyna, wychodząc z biura George’a. Kobieta odczuła lęk i niepokój. Evelyn postanowiła, wrócić do sypialni, żeby obudzić męża, lecz gdy wchodziła z powrotem po schodach, nagle z pomieszczenia gospodarczego wyszedł ów mężczyzna, uderzając stalową siekierą w Evelyn, trafiając w okolice kręgosłupa. Krew bryzgała na wszystkie strony, mażąc ściany, podłogę oraz pobliskie meble. Sam mężczyzna wyglądał jak rzeźnik, a jego zakrwawione narzędzie przypominało strażacką siekierę. Caroline zobaczywszy tak okrutny czyn, z trudem powstrzymała się od wrzasków. Powoli wycofała się i cichutko otwierając okno w gabinecie ojca, wyskoczyła biegnąc ze łzami w oczach do sąsiadów. Odwróciwszy wzrok, dziewczyna ujrzała przez okno balkonowe jak morderca, powolnymi krokami kierował się do sypialni, gdzie spał George. Caroline podbiegając pod dom sąsiadów - Robinsonów, dobijała się do drzwi wrzeszcząc agresywnie: "Pomocy!” ¸ "Pomocy… Proszę”. Po chwili drzwi otworzył starszy mężczyzna, wyglądem po sześćdziesiątce. Będąc zdezorientowanym szybko spytał: - Co się stało? Dziewczyna była cała we łzach, lecz resztkami sił oznajmiła, że u niej w domu grasuje obcy mężczyzna, który zamordował jej matkę. Do drzwi przyszła także żona starszego Pana, która słysząc tak okrutną wieść, zaprowadziła dziewczynę do salonu, podając jej szklankę zimnej, źródlanej wody. Staruszek podszedł do spłakanej młódki i zapytał ją poważnym głosem. - Czy George został w domu? Caroline nic nie odpowiedziała, tylko kiwnęła twierdząco głową. Mężczyzna nie zastanawiając się, zdjął ze ściany swoją zabytkową, naładowaną dubeltówkę i pędem pobiegł na posesję Andersonów. W tym samym czasie żona starszego mężczyzny powiadomiła policję o zaistniałym zdarzeniu. Czas mijał, policji nie było, a staruszek nie wracał. Po niedługim czasie, przez okno w salonie wleciała odcięta, cała we krwi, głowa staruszka. Przerażone kobiety, chwilowo wrzeszczały, widząc część ciała mężczyzny. Starsza kobieta krzyknęła do dziewczyny, że muszą stąd uciekać. Kobiety pobiegły do garażu, gdzie stał stary van Vandura. Caroline wsiadła zza kierownicą, a Staruszka próbowała otworzyć drewniane drzwi garażowe. Kiedy drewniany przystęp został w połowie podniesiony to momentalnie, nieznajomy oddał celny strzał prosto w głowę kobiety, tym samym odrywając kawałek czaszki, której szczątki odleciały kilka metrów od ciała staruszki. Dziewczyna widząc to krzyknęła donośnie kilka razy: "Jasna Cholera!”, " k***a!”. Następnie odpaliła silnik i wyjeżdżając, uderzyła kantem zderzaka w klatkę piersiową mężczyzny, zdzierając z niego skórzany płaszcz. Caroline obejrzała się zza siebie, żeby sprawdzić, czy go uśmierciła, lecz tak się nie stało. Dziewczyna dostrzegła na prawym ramieniu tatuaż w postaci skorpiona. Samotna kobieta błąkała się po drogach nie wiedząc gdzie zmierza, jaki ma teraz cel. Pewnej nocy, jadąc śliską drogą w czasie, gdy nieustannie lał deszcz, dziewczyna wpadła w poślizg rozbijając samochód o metalową barierę znajdującą się na uboczu drogi, a sama tracąc przytomność. Następnego dnia – Fakenham – Centrum medyczne Kiedy Caroline zbudziła się po długiej śpiączce, zauważyła, że leży w szpitalnym łóżku. Przy drzwiach wejściowych po zewnętrznej stronie dziewczyna dostrzegła dwóch policjantów pilnujących wejścia do pomieszczenia, gdzie wstęp mieli tylko lekarze i pielęgniarki. Po kilku godzinach nudnego leżenia i odpoczywania przyszedł czas na podanie leku. Do pomieszczenia wszedł lekarz z odpowiednimi narzędziami: czyli strzykawką i potrzebnym lekiem. Kiedy mężczyzna napełniał strzykawkę, dziewczyna dostrzegła prześwitujący przez biały fartuch tatuaż w postaci skorpiona, identyczny jak u spotkanego wcześniej mordercy. Był to starszy facet, nie wysoki, miał siwe włosy oraz siwą brodę, a piwne oczy dodawały mężczyźnie uroku. Caroline próbowała wołać policjantów o pomoc, lecz z powypadkowych przyczyn nie mogła mówić. Facet zrobił zastrzyk i odszedł nie pozostawiając za sobą śladu. Caroline Anderson zmarła pół godziny później na skutek zatrucia krwi.