Santiago to główny bohater książki pt.: „Stary człowiek i morze”. Ten około siedemdziesięcioletni, na pozór zwyczajny rybak stanął przed wyzwaniem, jakiemu być może nie podołałby niejeden młody, silny człowiek. Jednak to właśnie starego Santiago, już nie tak sprawnego jak kiedyś, los zmusił, by stoczył najtrudniejszą walkę: walkę z samym sobą.

Do tej pory jego tryb życia nie obfitował w niespodzianki ani zaskakujące zwroty akcji. Mężczyzna zdążył się już pogodzić z tym, że od kilkudziesięciu dni nie udało mu się złowić żadnej ryby (przez co mieszkańcy Hawany uważali go za pechowca), oraz z tym, że z powodu nienajlepszej sytuacji materialnej, po powrocie do domu nie zastanie garnka z ciepłym obiadem ani żadnych kosztowności. Właściwie jedynym skarbem, jaki posiadał, był jego przyjaciel - chłopiec Manolin, który pomagał mu w łowieniu ryb.

Podczas jednego z samotnych połowów, który zapowiadał się całkiem zwyczajnie, rybak został poddany niespodziewanej próbie. Chcąc doholować na miejsce wielką rybę, która złapała przynętę, musiał wytężyć wszystkie swoje siły, których, mimo podeszłego wieku, wciąż posiadał niemało. Mimo, że był zaprawiony we wieloletnich połowach, to zadanie okazało się niełatwe nawet dla niegdysiejszego zwycięzcy w walce na pięści. Nie mógł przecież zrzucić z siebie ciężaru starczych dolegliwości, takich jak bóle kręgosłupa czy skurcze ręki. Mimo to udało mu się odnieść zwycięstwo w zmaganiach z grupą rekinów, jak też i z samym sobą, co dowodzi, jakim był walecznym i odważnym człowiekiem.

Santiago wykazał się również wyjątkową odpornością na ból i potrzeby fizyczne. Zdołał pokonać brak snu, głód i dokuczające mdłości, o które nietrudno przy wysiłku, jakiego się podjął. Sam nie uważał jednak, żeby to, czego dokonał, było czymś niezwykłym. Jego zdaniem zrobił tylko to, co należy do rybaka - złapał rybę, którą traktował jak swojego przyjaciela, przepraszał za to, że musi ją zabić. To dowodzi, jakim szacunkiem darzył przyrodę i wszystkie żyjące stworzenia. W głębi duszy okazał się również człowiekiem wrażliwym - nigdy nie pogodził się ze stratą żony, a patrzenie na jej portret sprawiało mu wielki ból.

Jak sam stwierdził, ktoś, kto słyszałby monolog, który od czasu do czasu wygłaszał w stronę ryby, mógłby pomyśleć o nim, że jest niespełna rozumu. W rzeczywistości jednak bohater miał tylko filozoficzną naturę i skłonność do zastanawiania się nad życiem. Nie można powiedzieć, że cały świat zamykał się dla niego tylko w ciasnych ramach wykonywanego zawodu: miał swoją pasję - baseball, o którym lubił rozmawiać z przyjacielem. W momencie walki ze swoimi słabościami Manolina nie było jednak w pobliżu, toteż rybak został sam na sam ze swymi myślami i wyzwaniem, jakie przed nim stało. Mimo, że po trzech dniach i nocach na morzu nie udało mu się ocalić ryby przed końcem w żołądkach rekinów, tak, że pozostał tylko szkielet, to Santiago nie czuł się pokonany. Nie poddał się przecież i walczył do końca, choć z pewnością nie było łatwo. „Człowiek nie jest stworzony do klęski - człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać” - te jego słowa można by traktować jako morał wypływający z opowiadania.

Po wyprawie zmienił się również stosunek ludzi do bohatera. O ile wcześniej uważano go za pechowca, tak teraz zaczęto go darzyć wielkim uznaniem.

Uważam, postać Santiago uosabia człowieka bardzo walecznego, którego stać aż na to, by przezwyciężyć swoje słabości. Nic dziwnego, że w jego snach często przewijał się motyw lwów - symbolu odwagi, zwycięstwa. Postawa mężczyzny z pewnością zasługuje na szacunek.