Bohater spod Troi

Dziś wstałem o świcie, bo w ogóle mogłem spać. Wszystko dlatego, że Agamemnon tak mnie obraził, tak mnie zniesławił, że pól nocy obmyślałem zemstę. Jakim prawem ukradł mi Bryzeidę, moją brankę? Już zapomniał, że to przez niego i jego grzechy moi towarzysze umarli na zarazę, która spadła na nas, bo on ściągnął na nas gniew Apolla! Moje słowo jest święte i jeśli teraz mówię, że nie będę walczył, aż Trojanie sami mnie nie zaatakują, to tak będzie. Nie jestem byle kim, żeby tak mnie obrażać, jestem jest syn Peleusa i Tetydy i nikt nie będzie mnie tak obrażał.

Rankiem umyłem się, ubrałem i zrobiłem tak, jak obiecałem: nie założyłem zbroi, tylko zabrałem się za grę na lutni. Wcale nie martwiłem się losem rodaków i moich przyjaciół. Po jakimś czasie, kiedy już nagrałem się i nasłuchałem trojańskich okrzyków wojennych, do mojego namiotu wszedł mój ukochany przyjaciel, Patroklos, i powiedział:

- Achillu! Odgłos stukotu kopyt twoich nieśmiertelnych rumaków zaprzęgniętych do twojego rydwanu zawsze doprowadzał wojska Trojan do paniki. Wszyscy brali nogi za pas w panice, gdy tylko poczuli twój oddech na karku. Achillesie, przyjacielu! Błagam! Tylko dzięki tobie możemy odnieść pełne zwycięstwo! Achillesie! Na Zeusa, króla bogów, zaklinam cię! Nie możesz teraz złożyć broni!

- Nie. Rzekłem. Nie, nie i nie. Nie! Powiedziałem i słowa dotrzymam. To hańba!.. ta podłość Agamemnona!.. to jest nie do pomyślenia! Zabrał mi Bryzeidę! Jak on śmiał?!.. Ha! Będzie teraz miał się z pyszna! Jeszcze zobaczymy. Nie, przyjacielu.

- Więc dałeś się zaślepić pysze??? Na Zeusa! Achillesie !.. Zatem daj mi swoją zbroję. Sam wyjdę do boju.

Tak jak mnie prosił najdroższy przyjaciel, więc oddałem mu swoją zbroję, niech sobie idzie walczyć. Ja się stąd nie ruszę.

To była decyzja straszna w skutkach. Od posłańca dowiedziałem się o śmierci Partoklosa. Zabił go ten bohater Troi, Hektor. Gdy to usłyszałem, to krew mnie zalała, to było jak grom z jasnego nieba. Szybko wybiegłem na pole bitwy krzycząc z bólu i złości. A gdy zobaczyłem, jak Hektor obdziera mojego ukochanego przyjaciela ze zbroi, którą mu dałem, straciłem opanowanie. W szale posypałem sobie głowę popiołem i zacząłem się tarzać na ziemi wyjąc z rozpaczy. W tym czasie moja matka zdobyła dla mnie nową zbroję. Złamałam obietnicę i porzuciłam urazę do Agememnona. Zacząłem szykować się do krwawej zemsty.

W bojowym amoku obalałem szeregi nieprzyjaciół, a trojański trup słał się gęsto. Bez trudu dotarłem do murów miasta. Niespodziewany opór spotkałem ze strony boga rzeki Skamander lecz i on mnie nie powstrzymał. Trojańczycy uciekali, aż się za nimi kurzyło, tylko gdzieniegdzie błysnął miecz czy tarcza, a ich wrzaski dodawały mi sił.

Na równinie zostałem tylko ja i ten bohater, Hektor. Z murów Troi przyzywał go ojciec, a matka w szale macierzyńskiej rozpaczy krzyczała pod niebiosa. Ale on został. Czekał. Zacząłem iść ku niemu, powoli, a na mojej zbroi błyszczało słońce, jak blask płomienia mojego gniewu. Kiedy Hektor dostrzegł mój wyraz twarzy, odwrócił się i zaczął biec. Rozpoczęła się gonitwa wokół miasta. Po kilku okrążeniach, u źródeł Skamandra, stanęliśmy naprzeciw siebie. Walka nie trwała długo. Kilka ciosów, podstęp Ateny i moja rozpacz zamieniona we wściekłość w mgnieniu oka pokonały wroga. Gdy wydał ostatnie tchnienie, zbezcześciłem go bardziej, niż on Patrokla. Zdarłem zbroję, zdrutowałem mu stopy i wróciłem do obozu ciągnąc trupa za rydwanem. Troja zatrzęsła się od płaczu, gdy zobaczyła hańbę Hektora. Ich płacz był miodem na moje rozdarte serce.

Kiedy już napoiłem się zemstą, cisnąłem trupa jak stare szmaty na ziemię - tam, gdzie spoczął mój przyjaciel Patrokols.

Mimo nienawiści do Hektora wydałem jego zwłoki Priamowi, bo zmiękczył moje twarde z bólu serce ojcowskimi łzami. Gdy odszedł, zasnąłem znużony. To był ciężki dzień.