Każdy z nas jest Odysem, co wraca do swej Itaki

Tak przeczytać możemy w wierszu polskiego poety Leopolda Staffa, pt. „Odys”. Czy autor ma rację, porównując doczesne społeczeństwo (a raczej jego jednostki) do mitologicznego dowódcy wojsk spod Troi? Z pozoru wydaje nam się, że nie. Jaki związek może mieć zwykły obywatel z głównym bohaterem eposu Homera? Szary człowiek nie wraca przecież przez dziesięć lat do swej ojczyzny, natrafiając na coraz nowsze przygody – raz zakończone powodzeniem, raz porażką. Odyseusz jednak to nie tylko pierwszoplanowa postać mitu dająca ten złudny obraz – również archetyp wędrowca.

Jego podróże interpretuje się w różnych aspektach, z których wszystkie można odnieść do teraźniejszego śmiertelnika. Wszak każda żywa istota ciągle wędruje. Jest to nieodzowna treść życia. Dzięki wędrówkom zdobywa się wiedzę o świecie, niezbędną do prawidłowego funkcjonowania w nim. Natomiast brak znajomości kultury, obyczajów czy nawet zwykłych, codziennych zachowań różnych społeczeństw, uniemożliwiłby kontakty interpersonalne. W konsekwencji sparaliżowałoby to wszelki rozwój, co prawdopodobnie zatrzymałoby proces postępu ludzkości. Sensem istnienia więc jest ciągła podróż. Nie tylko jednak przez przestrzeń – również przez czas. Wynika z tego, że jeśli nawet ktoś decyduje się na osiadły, samotny tryb życia i tak nazwać go można wędrowcem. Zawsze przecież ma styczność ze zmiennym, przemijającym otoczeniem, a nieprzerwany ciąg chwil nie oszczędzi go. Dlatego każdy z nas jest – jak Odys – homo viator.

„Odyseja” stanowi niewątpliwie metaforę ludzkiego życia. Epos opowiada o długoletnim powrocie króla do rodzimej Itaki po skończonej wojnie z Troją. Jego tułaczka ubarwiona została licznymi przygodami, które nierzadko kończyły się tragicznie. Niemniej osiąga on w końcu swój cel, czym przypieczętowuje kres wędrówki. Tak samo my – władcy własnego losu – idziemy przez życie. Podczas przemierzania tej drogi doznajemy wielu niedogodności, okrucieństw oraz patrzymy na nagminne krzywdy czy bestialstwa. Często staramy się z nimi walczyć. Czasem po to, by stwierdzić, że jesteśmy bezsilni, a czasem by wygrać. Analogicznie Odyseusz też niejednokrotnie spotykał podczas swej wędrówki liczne przeciwności. Mężnie stawiał im czoło, co potwierdza nawet sama Kirke, mówiąc: „Ty byś i Scyllę wyzwać na rękę gotowy;/ Ty byś się porwał, śmiałku, i na same bogi.”.1 Nie raz wygrywał takie starcia. Przykładem jest choćby przygoda w jaskini Polifema, w której olbrzym uwięził wędrowców. Król Itaki, nie tracąc jasności umysłu, przechytrzył potwora. Spoił go winem, a następnie „wraz też kół wydobywszy, wsadziłem w ognisko/ Ostrzem (…)/ w tym żarze/ rozgrzał się, i na ostrzu płomień się pokaże./ Więc (…) razem pochwyciwszy, Kyklopowi w oko/ wbili go.”. Dzięki temu ci, co przeżyli, mogli uciec na bezpieczny okręt. Takim postępowaniem udowodnił, iż naszej odwiecznej podróży nie muszą towarzyszyć jedynie niefortunne, ponure wydarzenia. Po zwycięstwie z zadowoleniem podnosimy głowę, dostrzegając szczęście czy radość, które również są naszymi nieodstępnymi partnerami. Nie znaczy jednak, że zawsze będziemy odnosić same sukcesy. U Odysa za przykład podać można choćby przesmyk, gdzie „Scylla wypadłszy sześciu nam porwała (…). Gdym się obejrzał na druhów i nawę, ujrzałem ręce, nogi w powietrzu drgające/ Nad sobą, i ich głowy na mnie wołające(…)”. Bohater był bezradny wobec tej bestii. Jednak mimo, iż życie nie oszczędziło go, nie zrezygnował, dalej zmierzając do celu. Tak samo my nieustannie dążymy do nieuchronnego kresu naszej wędrówki, doświadczając przy tym rozmaitych doznań – od najwspanialszych po najgorsze. Przyjmujemy zatem wszelkie dary, jakie ma dla nas los. Nawet, jeśli sprawiają one nam ból, mimowolnie akceptujemy je, podświadomie zgadzając się ze słowami Władysława Reymonta: „Życie nie daje nam tego, co chcemy, tylko to, co dla nas ma”. Sentencja ta wyraża prawdę, której niektórzy ludzie często nie dostrzegają, bądź odczuwają przed nią lęk, a co za tym idzie – mówiąc w przenośni – zamykają oczy. Boją się, iż czeka ich jeszcze wiele rzeczy, na które nie mają wpływu. Próbują więc nie dostrzegać, że żyją w nieznajomości czasu oraz formy nadejścia tego, co niechybne. Jedno jednak jest pewne – każda rozpoczęta wędrówka ma swój niebywały, niepowtarzalny zarówno przebieg jak i koniec. Dowodzi to jej bliskiej tożsamości z życiem.

Z powyższego wynika również inny argument, świadczący o „Odysei” jako swoistej metaforze egzystencji. Otóż Odyseusz był niejako skazany przez fatum na długą, żmudną i męczącą tułaczkę. Mówi o tym sam Tejrezjasz: „ty wrócić chciałbyś na okręcie/ do domu – lecz bóg jeden stoi ci na wstręcie;/ od gniewu Ziemioburcy nikt się nie wymiga (…)”. Niemniej wieszcz przepowiada mu też: „wrócisz kiedyś w domowe pielesze”. To samo przesłanie mają słowa Hermesa, które wypowiada do Kalypso, argumentując nimi rozkaz Zeusa o puszczeniu bohatera w dalszą wędrówkę: „Wyroki/ przeznaczyły mu druhów powitać i ściany/ zamku swego oglądać i ojczyste łany”. Na dopełnienie sądu przeznaczenia ani wróżbita, ani boski posłaniec nie mają żadnego wpływu. Jest to kolejne zapewnienie o osiągnięciu celu, mimo wszystkich niedogodności oraz przeszkód, jakie jeszcze trzeba będzie pokonać.

Tak samo my jesteśmy skazani na przejście długiej, pełnej niespodzianek drogi, zanim dojdziemy do jej końca. W tym czasie natrafić możemy na różne bariery czy rozstaje, zmuszające do podjęcia decyzji. Niemniej wszelkie postanowienia mogą wpłynąć jedynie na długość bądź jakość naszej „wyprawy”, nigdy jednak na punkt docelowy.

Spójrzmy ponownie na „Odyseję” jako metaforę życia. Tym razem jednak nie tego, rządzonego przez przeznaczenie (czyli o nieuniknionym końcu, okraszonego nieprzewidzianymi wydarzeniami), a tego pełnego naszych wyborów oraz ich skutków. Odyseusz, mimo wszystkich trudności – tych już doświadczonych, i tych nieuchronnych – nie przerwał swej podróży. Miał wszelako możliwość zaniechania powrotu, na stałe osiedlając się chociażby w niebiańskiej krainie pięknej nimfy Kalypso. Tam mógł zaznać rozkoszy, o jakich zwykły śmiertelnik byłby w stanie tylko marzyć. Wyspa Ogygia wszak jest symbolem przede wszystkim piękna, pokus, kobiecości, a więc z pozoru raju. Arkadia ta jednak nie dała Odysowi zapomnienia, ponieważ „(…) pobyt uroczy/ truła ciągła tęsknica” . Ponadto boginka nie pozwalała mu odejść, czyniąc zeń więźnia. Król Itaki zatem ciałem trwał przy niej, ale sercem, duszą i myślami uciekał ciągle do swej ojczyzny, będącej jego pożądanym celem. Latami pragnął podjęcia wędrówki, która każdego dnia przybliżyłaby go, choć odrobinę, do kresu drogi. Marzył ponownie tułać się po świecie, ale przy tym żyć dzięki wypełnianiu swego przeznaczenia, a nie trwać w swoistym letargu. Gdy Kalypso w końcu pozwoliła mu opuścić wyspę, nie tracił ani chwili. Natychmiast wyruszył, mimo iż zdawał sobie sprawę z wielu przygód, jakie jeszcze go czekają. Nie myślał jednak o tym wówczas. Istotnym jedynie był fakt rozpoczęcia ponownej wędrówki, co niepodważalnie dowodzi tezy, że podróż to sens istnienia.

W podsumowaniu można tylko powtórzyć stwierdzenie, iż „Odyseja” jest niewątpliwie metaforą ludzkiego życia. Jej główny bohater powraca do domu, ciągle zdobywając nowe doświadczenia podczas kolejnych, nieprzewidzianych zdarzeń, jakie spotyka na swej drodze. Również my – zwykli ludzie – przemierzamy ścieżki życia, stale natrafiając na momenty wymuszające, a tym samym, uczące nas podejmowania ważnych decyzji bądź stawienia czoła potwornym przeciwnościom losu. Mimo to staramy się nie zatrzymywać, gdyż zaniechanie podróży byłoby równoznaczne z marazmem. On zaś stanowiłby metaforę przedwczesnej śmierci. Dlatego podążamy prosto do celu – do własnej Itaki.