15. dzień podróży. Ranek

Nareszcie! Dotarłem do upragnionego lądu. Ach, jakie szczęście i radość. Żyję! Ciągle nie mogę w to uwierzyć!! Gdy statek rozbił się i zatonął na morzu, złapałem się masztu ze stępką i płynąłem, i płynąłem, i płynąłem. Płynąłem tak dziewięć dni, byłem wyczerpany. Aż w końcu dziesiątej nocy bogowie zesłali mnie na wyspę Ogigę. Co to była za ulga! Nareszcie chwila odpoczynku. Ziemia! - to mnie ciszyło najbardziej. Naraziłem się Posejdonowi i już gorzko tego pożałowałem. Nie raz już traciłem nadzieję i o mało co się nie poddawałem. Wiem, że nie sposób wygrać walkę z żywiołem, ale ja spróbowałem i mi się udało, dotarłem na wyspę, na ląd. Jestem pełen wiary w to, że niedługo dotrę do domu…