Nie mieszkam w wesołym, ruchliwym centrum. Na mojej ulicy niewiele się dzieje, jest spokojna i trochę zaspana. Co prawda niedaleko powstało nowe osiedle i stadnina, ale ruchliwość, jaką z sobą przyniosły, na razie omija moją okolicę. Gdy wyglądam oknem od czasu do czasu ktoś idzie na przystanek autobusowy lub przejeżdża samochód. Co nie znaczy, że na mojej ulicy nic się nie dzieje.

Kiedy wychylę się trochę, mogę dostrzec bloki nowego osiedla. Schludne, żółte klocki. Wszystkie czteropiętrowe, wszystkie upstrzone antenami i talerzami satelitarnymi. Przed nimi modele najnowszych samochodów - osiedle jest ekskluzywne, mieszkają na nim bogaci ludzie. Jednak ja nie zamieniłabym się z nimi. Co prawda nasza kamienica jest stara i odrapana, ale też jedyna w swoim rodzaju. Kiedy ktoś ma do mnie przyjść po raz pierwszy, łatwo mu mogę wytłumaczyć, że mój dom ma na poddaszu okna w kształcie trójkątów, a balkony przyozdobione czerwonymi kwiatami. Na naszej ulicy każdy dom jest inny i ja uważam, że tak powinno być. Człowiek jest indywidualnością i ma potrzebę odróżnienia się od innych. Na świecie jest tyle kolorów, tyle kształtów - po co wszystko ma być takie samo?

Kiedy przenoszę wzrok z ulicy na okno kamienicy naprzeciwko, często mogę zauważyć, że firanka w staromodny wzorek delikatnie faluje. To sąsiadka-emerytka. Nie ma nic do roboty, nudzi się całymi dniami, więc podgląda sąsiadów na ulicy, a może - kto wie? - stara się także zaglądnąć w okna? Na początku osoba ta nie budziła mojej sympatii. Nie lubię wścibstwa. Uważałem, że lepiej by zrobiła znajdując sobie jakieś zajęcie. Jednak potem zauważyłem, że sąsiadka jest jedyną osobą, która sprząta po koniach. Nasza uliczka leży na obrzeżach miasta, więc od czasu do czasu jakiś rolnik jedzie tędy na targ. Niestety, konie często pozostawiają po sobie niemiło pachnące pamiątki. Na ich widok sąsiadka natychmiast zjawia się na dole z szufelką i sprząta. Myślę, że to bardzo miłe z jej strony. Nie jest to jej obowiązek, ta kobieta robi to, aby nam wszystkim żyło się milej.

Jeden z sąsiadów ma działkę. We wrześniu przywozi nam pełne torby jabłek. Ciekawe czy ich nie lubi, czy też stara się być przyjazny? O, właśnie maszeruje przed podwórze ugięty pod ciężarek reklamówek wypełnionych owocami. Co prawda u mnie w domu nikt nie przepada za jabłkami, ale wszyscy uważamy, że to bardzo miło z jego strony. Kiedy latem jedziemy do babci na wieś, zawsze nie zapominamy podzielić się podarkami z tym sąsiadem. Agrest, maliny, czereśnie - miło jest zobaczyć radosny uśmiech na jego twarzy.

Tuż pod moim oknem w chodniku straszy szara wyrwa. Kiedy powstała, mieszkańcy natychmiast zadzwonili do służb drogowych. Panowie przyjechali, oglądnęli wyrwę, podyskutowali i uznali, że nic się nie da w tej sprawie zrobić. Brak kosztów, materiałów, a może zwykłej ochoty. Postawili tylko parę słupków, które mają przestrzec zamyślonych przechodniów przed niebezpieczeństwem. Jednak po zmroku trudno dostrzec te słupki. Wszyscy czujemy się bezradni, ponieważ dziura w chodniku na pewno wcześniej czy później przyczyni się do jakiegoś wypadku.

Kiedy zbliża się pora powrotów z pracy, nasza ulica trochę się zaludnia. Zmęczone kobiety i mężczyźni dźwigają siatki z zakupami. Wszyscy cieszą się, że wreszcie wracają do domu. Oprócz jednego człowieka, który jest tak pijany, że chyba nie wie, co się wokół niego dzieje i jaka jest pora dnia. Mężczyzna zatacza się i próbuje zagadywać do przechodniów, którzy go ignorują. Niektórzy na jego widok przechodzą nawet na drugą stronę ulicy. Mężczyzna zdejmuje spodnie i załatwia się na środku chodnika. Co za wstrętny człowiek! Jak można doprowadzić się do takiego stanu i brudzić chodnik! Jestem zdegustowana takim zachowaniem.

Tymczasem zapadł zmrok i moje okno zamieniło się w kwadrat czarnego aksamitu. Słyszę jedynie rozmowy nastolatków, które codziennie do późnych godzin omawiają swoje sprawy nieopodal mojej kamienicy. Późno już, zamykam okno i idę spać.