Słowami "Je suis l'Empire a la fin de la decadence" Paul Verlain według mnie najlepiej określił prąd myślowy, który zaistniał w kręgach modernistycznych II połowy XIX wieku. Nazywając siebie dekadentami ludzie pod jego wpływem głosili niemoc kształtowania samodzielnie własnego życia, które uwarunkowane przez bezrozumny pęd nieprzerwanie popychane jest ku śmierci. W konsekwencji świat staczał się dla nich w otchłań nicości i zapomnienia. Jednocześnie w pewnym sensie doceniali oni ówczesny dorobek sztuki lecz coraz bardziej posuwali się w przekonaniu, że nic już nowatorskiego nie da się do niej dodać. Wydawało im się, że człowiek osiągając w sztuce mistrzostwo nie może jej już dalej rozwijać. Mogła być ona jedynie środkiem zagłuszającym bezcelowość istnienia.

Na taki pesymistyczny obraz niezaprzeczalny wpływ miały prace Artura Szopenhauer'a. To on wy-zna­czył założenia filozofii, która padając na grunt końca XIX wieku szybko została podjęta, najczęściej przez młodych artystów. Przydzielił im on rolę "kapłanów sztuki"- terapeutów, którzy mieli uprzyjemniać w pewnym stopniu bezsens egzystencji ludzkiej. Jako inne formy walki o choć namiastkę szczęścia Szopenhauer wymieniał altruizm, oraz najbardziej chyba nośny element jego teorii - osiągnięcie stanu nirwany. Taki pomysł na usprawiedliwioną odmianę nic nie robienia szybko podchwycili zblazowani dandysi i popadając w coraz większą bierność, w komfortowym otoczeniu oddawali się wolnym impre- sjom nad "roztopem w niebyt".

Duży wpływ na popularność dekadentyzmu przyniósł także zbliżający się wówczas fin de siecle. Ludzie widząc w magicznej dla nich dacie 1900 roku koniec epoki nie potrafili zrozumieć, że wraz z jej upływem może powstać w literaturze, sztuce, historii coś nowego. Bali się, (podobnie jak ludzie końca pierwszego milenium, choć może w mniejszym stopniu), że nastąpi koniec świata, w czym umacniali ich dodatkowo modni wówczas spirytyści. W średniowieczu człowiek mógł się jednak oprzeć w Bogu i nie poddawać kompletnej rozpaczy na myśl o swoim kresie, natomiast w XIX wieku mówił on " nie wierzę w nic.." i zostawał praktycznie sam z cierpieniami.

W wielu właśnie wierszach poeci negowali wszelkie wartości i nie widzieli żadnego sensu życia. Twierdził tak w niektórych swoich utworach Kazimierz Przerwa Tetmajer. W programowym Końcu wieku XIX stara się on wprawdzie znaleźć jakieś wyjście z martwoty duchowej lecz nie widząc środków którymi ma to uczynić poddaje się - "żadna z dawnych wiar już nie wystarcza":

"Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza

człowiecze z końca wieku?... Głowę zwiesił niemy".

Trochę inaczej pisze w wierszu Lubię kiedy kobieta.... W pierwszej chwili po jego przeczytaniu może się wydać, że autor znalazł drogę do szczęścia. Niestety jest ono tylko mirażem, daje chwilowy obraz "nieziemskiego świata". Po zaspokojeniu swych żądz, "zażąda się - to już słowa z Ja, kiedy usta - i znowu, i więcej". I miłość w takim razie stała się dla dekadentów nie jak dawniej wyzwoleniem lecz kolejnym ograniczeniem, ułudą zsyłaną przez popęd:

"Lubię to - i tę chwilę lubię, gdy koło mnie

wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,

a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata

w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata".

Są to smutne wnioski. Trudno jest się pogodzić z tym, że można woleć śmierć od miłości i to zarówno tej duchowej jak i erotycznej. Nie zgadzam się również z tetmajerowskimi , "omdleniami sennymi", "głowę zwiesił niemy", "przechodzeniem z woli w nieistnienie" - takie całkowite zobojętnienie na sprawy własnego losu, życia jest dla mnie niewyobrażalne, a nawet widząc takie przypadki napełniające strachem. Prowadzić może przecież do odbierania sobie życia (co w dziewiętnastym wieku nie było niespotykane). Sądzę , że życie zawsze ma jakiś cel, niezależnie nawet czy wybrany przez nas, czy przez jakąś Siłę Wyższą. Nie twierdzę, że musi być ono bezgranicznie szczęśliwe, lecz zawsze można wyłuskać z niego coś optymistycznego dla siebie. A bez dozy cierpień, (doświadczeń przecież) " byłbym - powtarzając za ks. Twardowskim - jak uśmiechnięte prosie w deszcz (...) niedorosły przed śmiercią". Widać z tych słów, że te przeszkody, zapory życia są często postawione po to aby człowiek pokonując je mógł przygotować się do wieczności. . I może tej pokory w przyjmowaniu życia jakim ono jest zabrakło dekadentom, chcieli pełni szczęścia zbyt szybko. Nie pamiętali, że " Problemy się przeżywa - jak mówił Staff - a nie rozwiązuje". Z tych frustracji nie ma się co dziwić, że powstawały w tamtych czasach tak ponure i okrutne przez to wiersze jak Spleen II Baudelaire'a. "Ziemia w wilgotne zmienia się - dla takich ludzi - więzienie", nie mogą się na niej odnaleźć i co najgorsze, że "nadziei tylko słychać jęk". Mogą być porównani za Baudelaire'm do albatrosów które chciałyby wzlecieć w obłoki lecz ograniczeni przez przyziemne sprawy mają szansę potykać się tylko o swoje możliwości i cierpieć nad ich niezrealizowaniem.

Do kręgu wierszy dekadenckich zaliczane są też i te które wydają się mieć z nimi mniejszy związek. W "Widoku ze Świnicy..." Tetmajer zmienia swoje podejście do świata. Dostrzega jego zalety, pod wpływem widoków tatrzańskich dochodzi chyba do wniosku, że skoro w przyrodzie może panować harmonia to i on ma szansę odnaleźć swoją rolę w świecie. Jednak słowa "Taki tam spokój w dolinie" przechodzą po chwili w rozgoryczenie, że w duszy nie można osiągnąć takiego ukojenia. Stąd rodzi się późniejsza "tęsknica" czy melancholia. I choć uśmierzenie spleen'u nie zostaje zrealizowane dekadenci zaczynają coraz bardziej interesować się światem. Dostrzegają piękno regionalnego folkloru, a w nim siłę wewnętrzną i trzeźwość prostego ludu , nie skażonego burżuazyjnymi (z całą siłą tego nośnego słowa) naleciałościami. Widzą np. w góralach radość ze świata, to czego im tak brakuje:

"Taki tam spokój... Na gór zbocza

światła się zlewa mgła przezrocza,

nad senną zieleń gór.

Szumiący z dala wśród kamieni

w słońcu się potok skrzy i mieni

w srebrnotęczowy sznur"

I inni poeci coraz bardziej tęsknią, już nie do pozaziemskich doznań lecz do utraconego, może wraz z dzieciństwem spokoju, ówczesnej prostoty myśli, niewinności. Rimbaud w Statku pijanym pisze o przesycie wolności która z czasem staje się, wraz z jej nadmiarem paradoksalnie więzieniem, gorszym chyba jeszcze od tego jakim życie wydawało się wcześniej przed poznaniem "dobrego i złego". Autor pisze o tęsknocie, nie do "archipelagów gwiazd" lecz do "błotnistej kałuży" jawiącej się oazą spokoju na "morzu wirów potężnych". Życie, pokazane jest w Statku pijanym owszem, jako pasmo przeszkód, które jednak nie zostały zesłane przez ślepy los (jakby to widzieli ortodoksyjni dekadenci), lecz stały się świa-domym nawet wyborem człowieka. Do podobnej postawy doszedł w swojej Księdze ubogich Kasprowicz również mający za sobą okres "burz i naporów" młodości "durnej i chmurnej" czasu Hymnów.

Z obszarów dekadenckich wyrósł Staff któremu mimo aktywistycznego Kowala zdarzały się utwory opływające dekadencją ale nie taką permanentną lecz jakby w złagodzonej formie. Te piękne, nostalgiczne wiersze Deszcz jesienny, dla mnie literacki pendant do Preludium Deszczowego Chopina czy Przygnębienie są raczej zapisem chwilowego zwątpienia, zamyślenia a nie wykładnią filozofii życiowej. Warty zaznaczenia w tym wierszu jest rytm trocheiczny, dający poczucie spadania kropel deszczu i instrumentacja głoskowa, opierająca się na głoskach szczelinowych:

"O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... i szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny.

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny"

Każdemu zdarzyć się może moment melancholii, smutku lecz powinno się je starać opanować nie pozwolić by tylko z nich składał się świat. Ważne jest to i dzisiaj gdy wystarczy obejrzeć Dziennik czy Wiadomości by popaść w głęboką depresje. Powinno się według mnie szukać w otoczeniu nie tylko rzeczy złych ale i dostrzegać te optymistyczne. Wspaniale pasują tutaj wiersze Leśmiana w których jest tyle umiłowania przyrody, zachwytu nad światem, że człowiekowi jest w takiej sytuacji o wiele prościej przyjmować przykrości czy zrządzenia losu.

Podsumowując przyznaję, że dekadentyzm w swojej konserwatywnej formie nie jest dla mnie bliski. Lepiej już przyjmuję jego złagodzone formy jak u Staffa. Nie potrafiłbym wyrzec się jak np. Tetmajer świata, obudzić w sobie takiej pogardy jak Baudelair w Spleen'ie. Wydaje mi się to trochę przerysowane by nie powiedzieć nieszczere. Nie znaczy to, że jestem jak to "uśmiechnięte prosię w deszcz" - bezkrytycznie szczęśliwy. Wiem, że - cytując prof. Marię Janion - " żyjąc, tracimy życie" . Lecz słowa te nie są dla mnie wyrazem przygnębienia lecz tym większej mobilizacji do pełnego wykorzystania tego co niesie nam los, do tego byśmy nie obudzili się za późno.