Była raz sobie rodzina. Hoży tata żółw, mama królik, córka wiewiórka i syn jeż. Bardzo się kochali. Często widywali zorze, gdyż mieszkali na górze. Należeli oni także do loży drapieżników. Używali oni włóczni, bowiem często mieli chęć na jedzenie. Tata zabierał ze sobą na polowanie na zwierzę towarzyszachudego Murzyna. Był to rzadki widok w tych stronach, ponieważ oprócz nieustannych burz było tu także zimno. Spotykali się oni o zmierzchu przy korzeniu starej wierzby. O tej późnej porze jedynym źródłem światła był księżyc. Przeważnie dochodziło do kłótni między nimi, kiedy jeden z nich rzekomo wszedł w kałużę i spłoszył zdobycz. Sójka wraz z jaskółkąwróblem bacznie ich obserwowały. Mówiły o nich barbarzyńcy, którzy nie podejmują próby zrobienia czegoś pożytecznego. Jednakże oni się tym nie przejmowali. Kiedy już upolowali coś, smażyli to potem na patelni i razem z Józefem, Żanetą, Błażejem, Bożeną, królem i resztą rodziny jedli mięso i warzywa. Zwykle potem każdy dostawał wysypki na skórzełupieżu. Urzędnicy sprawdzali czy mięso zachowało świeżość. Postanowili jechać do szpitala. Tam dyżur miał lekarz żartowniś, znający wiele żartów. Na wysypkę zalecił jeść jeżyny, rzeżuchę, ryż, żółtko i wyroby ze zboża. Założył im bandaże na prawie całym ciele. Zaraz po wizycie poszli do sklepu kupić to, co zalecił lekarz. Musieli pokonać krótki dystans. Pomimo tego rodzice ubrali swoje dzieci w kożuchy. W sklepie zainteresował ich między innymi żółty abażur, chustkapłótno. Wszystkie te produkty były wykonane z bardzo oryginalnego włókna. Dopóki nie dowiedzieli się, czy można brać u nich pożyczki i czy są wykonane zalecenia lekarza, dopóty zachowywali się jak chichoczące chochliki. Ich chichot słychać było z daleka. Kiedy usłyszał go pewien pasażer autobusu, postanowił zrobić tam porządek. Jego chód był tak szybki, że w mig udał się na miejsce. Gdy dotarł myślał, że w środku są chuligani o złym charakterze. Próbując otworzyć trzymane przez mamę drzwi urwał od nich uchwyt. Wszyscy wiedzieli, że to będzie twardy orzech do zgryzienia, aby otworzyć drzwi. W sklepie panował chaos. W końcu ekspedientka, będąca narzeczoną wójta sąsiada, aby uspokoić ich zapewniła, że wszystko to jest możliwe do zrealizowania. Wtem wszystkie dźwięki ucichły. Ekspedientka na żądanie pospiesznie dała pożyczone pieniądze. Wystawiła także rachunek. To wydarzenie utkwiło w pamięci ekspedientki. Po tym zdarzeniu wszyscy zjedli na kolację bochen chleba, jarzębinę, jarzynyporzeczki. Dwa dni potem tata kąpał się, gdy dzieci dolały mu do wanny żelatynę. Następnie zaczęły prasować żelazkiem chorągiew. Niestety urządzenie to było niesprawne. Mama powtarzała tacie, że macierzyństwo to trudna rzecz. W tym czasie dzieci zdążyły rozbić filiżankę, makietę wieży rzeźbę. Porysowały także podłogę łyżwą. Z ich działań nie było żadnej korzyści. Następnie dzieci zaczęły mówić, a echo im odpowiadało. Potem symulowały zderzenie czółnatchórzem. Grzebali także w narzędziach taty. Wśród różnych przyrządów znaleźli tam ostry nóż. Były na nim wióry. Kojarzyli, że tata używał go do strzelania do półki. Stał chyba na niej chomik przykryty motkiem włóczki. Na szczęście zawsze chybił. Dzieci narzekały, że tata chował to przed nimi, bo był chytrusem. Nigdy nic nie leżało na wierzchu. Z szafki mamy wyrzucili trochę chemii gospodarczej, chociaż do nich nie należała. Kiedy rodzice wrócili późno do chałupybagażemchoinką, nie poznali jej. Ogółem wszystko było zdemolowane. Tacie pęcherz nie wytrzymywał i musiał iść do toalety. Kiedy mama weszła do pokoju, na kanapie siedziała zapłakana dziewczynka, a obok stał chłopiec. Dziewczynka powiedziała, że chyba on jej uszkodził jakiś narząd  kijem albo mózg drewnianym krzyżem. Na szczęście to jej się wydawało, bo on marzył żeby zostać rzemieślnikiem. Mama i tata postanowili, że zaprowadzą dzieci do kościoła, bo był niedaleko. Nazajutrz poszli tam, przynosząc nowy lichtarzksiądz odpytał ich z katechizmu. Dzięki jego znajomości ksiądz zakwalifikował ich do bierzmowania. W międzyczasie rodzice śpiewali w kościelnym chórze. W powietrzu unosił się zapach macierzanki. Rzeka, która płynęła równo nieopodal pełna była wodnych węży. Również one lubiły rządzić na swoim terenie, a znaczyły go roślinkami wyglądającymi jak rzemyki. Nie sądzę, iżby ta historia wydarzyła się naprawdę.