15. 05. 2006 r.

Mam kilka przyjaciółek, ale ponieważ jest tyle problemów i zmartwień, z których nie chcę się nikomu zwierzać, a które ciążą mi bardzo, stwierdziłam, że najlepiej zrobię pisząc pamiętnik. Dzięki temu będzie mi może trochę lżej, chociaż wiem, że kłopoty nie znikną, tylko dlatego, że przeleję je na papier.

Dziś był kolejny, nudny i ponury dzień. W szkole poszło mi bardzo źle. Po powrocie do domu przyznałam się rodzicom, że z matematyki dostałam drugą jedynkę i zaczęło się. Rodzice nie rozumieją, że w takich chwilach potrzeba mi trochę pociechy z ich strony. Tylko pretensje i pretensje. Poprawię to przecież. Zresztą wcale nie zależy mi na ocenach. Chcę tylko przebrnąć przez szkołę i mieć spokój. W końcu rodziców stać na wszystko i pewnie odziedziczę po nich firmę. Nie będę się musiała martwić o szukanie pracy. Mam świetne ciuchy, których zazdroszczą mi inne dziewczyny i swoją własną paczkę znajomych, z którą się dobrze dogaduję. Właściwie to jedyne, czego chciałabym najbardziej, to kochająca się, ciepła rodzina, gdzie dużo czasu poświęca się sobie nawzajem, a nie tak, jak u mnie, zarabianiu pieniędzy. Ojciec przez cały czas zajmuje się swoją firmą i prawie wcale go nie ma w domu, a kiedy wraca, jest tak zmęczony, że marzy tylko o pójściu spać. Mama też, choć nie pracuje zawodowo, ma mnóstwo zajęć, jak wycieczki, wizyty u fryzjera i tum podobne rzeczy. Dom prowadzi nam gosposia i właściwie tylko ona jest w domu, gdy wracam ze szkoły. Nie mam z nią jednak wspólnego języka, choć pani Stasia jest bardzo miła, pochodzi z jakiegoś innego, obcego mi świata. Mam za to bardzo dużo luzu, którego zazdroszczą mi znajomi, ale ja mam wrażenie, że dzieje się tak, bo rodziców zupełnie nie obchodzi, co się ze mną dzieje. Nie mam mowy o wspólnych obiadach, czy wypadach za miasto. Rodzice nigdy nie mają na to czasu, a jak są razem, to najczęściej się kłócą. Uważają, że skoro dostaję wszystko, co chcę, nie powinnam narzekać. Czasem myślę, że chciałabym pojechać do babci na wieś. Może ona by mnie zrozumiała. Ale co ja bym tam robiła bez komputera, telewizora, klubów, w których spotykam się z kolegami. Szkoda gadać.

20.06. 2006 r.

No i wykrakałam sobie ten wyjazd na wieś. Rankiem była świadkiem rozmowy rodziców, nie wiem, o co dokładnie chodziło, bo słyszałam właściwie tylko końcową jej część:

  • No dobrze. Musimy tylko w tym czasie wysłać gdzieś Anię. - głośno myślał ojciec.
  • To może na wieś do mojej mamy? - zapytała matka.
  • Świetny pomysł. - przytaknął mamie tata - Nie powinna mieć nic przeciwko temu.

I na tym się skończyło. Decyzja została podjęta. Dziwne, że rodzice wpadli na ten pomysł akurat teraz. Ostatni raz byłam tam pięć lat temu, a babcię widywałam jedynie w święta. Co ja tak będę robiła? Będę pewnie nudzić się jak mops. No cóż, przynajmniej babcia się ucieszy.

24. 06. 2006 r.

Wreszcie wakacje! Bardzo się cieszę, chociaż niepokoi mnie ten wyjazd na wieś. Mama potwierdziła, że w tym roku nie będzie żadnego obozu nad morzem, ani niczego takiego. Pojadę do babci, bo tata ma jakieś kłopoty w firmie, a mama będzie mu pomagać. Mnie natomiast nie zaszkodzi, jak pobędę trochę z rodziną. Byłam trochę naburmuszona, ale wieczorem miałam pożegnalne spotkanie z moją paczką, więc rozchmurzyłam się na myśl o zabawie. Postanowiłam porządnie się wyszaleć przed tym "zesłaniem" na wieś, dlatego nie odmówiłam, gdy kolega poczęstował mnie skrętem. Wcześniej już kilka razy zdarzyło mi się palić trawę, ale tym razem chyba mi naprawdę zaszkodziło. Najpierw wszystkie problemy zdały mi się błahostkami i wprost pękałam ze śmiechu, opowiadając kolegom, że w te wakacje będę doić krowy, karmić kury i doglądać świnie. W pewnym momencie jednak zrobiło mi się strasznie niedobrze i musiałam wrócić do domu. Nie pamiętam już nawet, kto mnie odprowadził. Zupełnie nie wiem, kiedy znalazłam się w łóżku i zasnęłam. Dobrze, że rodzice niczego nie zauważyli, bo byłaby straszna afera.

25. 06. 2006 r.

Obudziłam się z bólem głowy na odgłosy kłótni rodziców. Nie wiem, o co chodziło tym razem słyszałam tyko urywki zdań typu: "bo ty nigdy..." lub " a ty zawsze..." i tak dalej. W sumie cieszę się, że to już dziś jadę do babci, Nie będę musiała tego wszystkiego wysłuchiwać. Leżałam w łóżku, starając się jak najbardziej opóźnić moment wstawania, ale w końcu tata zawołał: "Anka, wstawaj! Niedługo trzeba będzie wyjechać." Schodząc na śniadanie zastanawiałam się, czy moi rodzice jeszcze się kochają. Jak to się stało, że w naszym domu jest tak mało ciepła i miłości. Czyja to wina? Chwilami myślę, że to przeze mnie. Mam już tego dość. Wyprowadzę się, gdy tylko skończę osiemnaście lat. Po co mam mieszkać pod jednym dachem z ludźmi, którzy nawzajem się nienawidzą, a mój los niewiele ich obchodzi?

Po śniadaniu spakowałam się i pojechaliśmy. Droga zajęła nam prawie trzy godziny, a przez całą trasę ojciec prawie wcale się nie odzywał, tylko prowadził marszcząc czoło. To pewnie przez tę poranną kłótnię z mamą. W końcu stanęliśmy pod domem mojej babci. Był to już mocno podniszczony, stara, drewniany dom. Na podwórzu biegały kaczki, kury i gęsi, zaś na pobliskim polu pasła się spokojnie krowa, która zaryczała na nasz widok. Ze starej budy wybiegł na przywitanie Burek, z którym bawiłam się jako dziecko. Zdaje się, że mnie poznał, bo nie szczekał, tylko przyjacielsko merdał ogonem. Drzwi od domu otworzyły się z impetem, a na progu pokazała się pulchna kobieta. W ręku trzymała miotłę, którą upuściła na nasz widok. "Anusiu, jak ty wyrosłaś!"- zawołała ze śmiechem. "Chodźcie, chodźcie." - zapraszała do środka. Babcia chciała, by tata został do jutra, ale po pysznym babcinym obiedzie stwierdził, że musi już wracać. Cały on - wiecznie nie ma czasu ani dla swojej córki, ani dla żony, ani dla matki. Zostałyśmy same. Babcia oprowadziła mnie po gospodarstwie i pokazała mój pokój. Całe domostwo było skromnie, ale przytulnie urządzone. Na drewnianych ścianach wisiały rozmaite obrazki świętych i kolorowe makatki. Podłoga wszędzie skrzypiała - taki jest już urok drewnianych domów. W którymś z kątów dojrzałam łapkę na myszy. "Witamy na wsi" - pomyślałam. W pewnym momencie zastanowiło mnie, jak to jest, że ja i moi rodzice opływamy we wszystko, a u babci sprzęty są stare i podniszczone. Dlaczego moim rodzicom nie przyszło do głowy, by zrobić u niej remont. Czy naprawdę są aż takimi egoistami? Przecież mogliby czasem zrezygnować z zagranicznych wczasów. "Aneczko, tu jest twoje łóżko." - głos babci wyrwał mnie z rozmyślań. Zaczęłam się rozpakowywać jednocześnie opowiadając babci o moim codziennym życiu. Wszystko ją ciekawiło. Było mi szalenie miło, że okazuje mi tyle zainteresowania i czułości. Naprawdę zaczęłam się cieszyć, że tu jestem. Niesłychane wrażenie robiły na babci opowieści o komputerach czy telefonach komórkowych. Postęp techniki ją zadziwiał. Do późna siedziałyśmy i rozmawiałyśmy. Zwierzyłam się jej z rodzinnych problemów. Pocieszała mnie, że rodzice na pewno się dogadają, że w małżeństwie często bywają kryzysy. Nie wiem, dlaczego, ale wierzyłam jej słowom, które działały na mnie kojąco. Zaczęłam bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość i z lżejszym sercem położyłam się spać.

25. 07. 2006 r.

Dzisiaj długo zastanawiałam się, w jaki sposób mogę pomóc babci. Zauważyłam, że znacznie się już posunęła w latach i zdrowie ma też już nie to, co kiedyś. Bolą ją plecy i puchną jej nogi. Nie dla niej już taka ciężka praca. Właściwie, to mogłabym tu zostać jeszcze na cały sierpień. Miałam ten czas spędzić z koleżankami, ale z nimi mogę się spotykać przez cały rok. pomóc babci. Widziałam, że ma problemy z kręgosłupem, że nie może już tak dużo pracować jak kiedyś. W sierpniu miałam jechać z przyjaciółkami, ale z nimi mogę się spotykać przez cały rok, a babci tak długo nie widziałam.

Wieczorem

Babcia była zachwycona, gdy jej powiedziałam o moim pomyśle. Naprawdę cieszyła się moja obecnością i było to szalenie miłe. Obawiała się tylko, czy wytrzymam tak długo bez rówieśników i miejskich rozrywek, do których jestem przyzwyczajona. No i czy rodzice się zgodzą. Wiedziałam, że z tym akurat nie będzie problemu. Zadzwoniłam do mamy, by ją o tym poinformować. Nie spodziewała się mojego telefonu i w pierwszej chwili myślała, że coś się stało. Była jakaś przygaszona i strapiona. Nie wiem, czy się ucieszyła, że mnie słyszy, w każdym razie zgodziła się bez wahania. Bardzo cieszę się, że tu zostanę, ale z drugiej strony przykro mi, że rodzice wcale za mną nie tęsknią.

03.08.2006 r.

Jestem już na wsi ponad miesiąc. Bardzo zmieniłam się od czasu przyjazdu. Częściej się śmieję, jestem bardziej szczera i otwarta w stosunku do innych, a także bardziej pewna siebie. W przyszłość patrzę z teraz z dużym optymizmem. Nie śpię też, jak dawniej, do południa, ale wstaję wcześnie, "razem z kurami", jak mówi babcia. Rzeczywiście, często budzi mnie pianie koguta. Bardzo mi to służy, to wczesne wstawanie. Zupełnie nie czuję się zmęczona, a raczej bardziej rześka i energiczna. Nie raz zdarzyło mi się już oglądać wschody słońca. Odkryłam, jaka to wielka przyjemność być świadkiem narodzin nowego dnia. Czuję się teraz zupełnie innym człowiekiem. Ludzie też chyba mnie inaczej postrzegają. Znam już wszystkich w wiosce a i w pobliskim miasteczku mnie rozpoznają i wesoło pozdrawiają z daleka. Ludzie tu żyją jakoś wolniej i mają więcej czasu, by poświęcać sobie uwagę i okazywać życzliwość. Są też bardziej szczerzy i przyjacielscy, niż ludzie żyjący w dużym mieście.

05.08.2006 r.

Jeszcze przedwczoraj wychwalałam wiejską uprzejmość, a tu proszę, jaka dziś zdarzyła mi się nieprzyjemna historia. Rankiem robiłam w pobliskim sklepie zakupy na śniadanie. Właśnie miałam wychodzić, kiedy wpadł na mnie jakiś wysoki chłopak. Oczywiście sprawunki wysypały się na ziemię, a on nie oglądając się, pobiegł dalej. Wracałam do domu, wyrzekając pod nosem na jego bezczelność. Babcia od razu spostrzegła, że jestem zła. Gdy spytała o przyczynę fatalnego humoru, opowiedziałam jej o zajściu. Kiedy dokładnie opisałam jej tego niegrzecznego chłopaka, babcia ze zdziwieniem stwierdziła, że musiał być to wnuk jej sąsiadki, który przyjechał tu na sierpień. To podobno bardzo miły i uprzejmy chłopiec, który nieraz pomagał mojej babci w gospodarstwie. No cóż, widać ludzie się zmieniają. Nerwy ukoił mi spacer po przepięknej okolicy, cudownie wyglądającej w środku lata. Wszędzie zielono, łąki usiane kwiatami, ptaki śpiewają wesoło, cichutko szemrze strumyk. Kontakt z przyrodą to prawdziwy balsam dla duszy.

06.08.2006 r.

Dzisiaj postanowiłam wybrać się z ciekawą książką na pobliską łąkę. Zabrałam sok i kanapki przyszykowane przez babcię oraz olejek do opalania. Po dotarciu na miejsce, rozłożyłam koc i pogrążyłam się w lekturze. Nie wiem ile czasu leżałam czytając na słońcu, zupełnie pochłonięta fikcyjnym, nierealnym światem. Byłam tak skupiona, że zupełnie nie zauważyłam, iż ktoś stanął obok mnie. Dopiero czyjś głos wyrwał mnie z zadumy. Nade mną pochylał się tan sam chłopak, który wczoraj tak niegrzecznie się wobec mnie zachował. Na dodatek teraz sugerował, że łąka, na której leżę jest prywatna. Od razu poczułam przypływ złości. Już miałam dać jej upust, gdy nieznajomy stwierdził, że za odrobinę soku i kanapkę mogę siedzieć tu do wieczora. "Co za impertynent?" - pomyślałam. Nie wytrzymałam i zaczęłam robić mu wymówki za wczorajsze zachowanie. Zaczął bardzo mnie przepraszać. W pośpiechu zupełnie nie zauważył, że mnie potrącił, a spieszył się z lekarstwem dla swojej babci. Złagodniałam i przyjęłam przeprosiny. Poprosiłam, by przysiadł na kocu i poczęstowałam go sokiem. Patrząc, jak pałaszuje babcine kanapki, zauważyłam, że jest wysoki i szczupły, ma duże zielone oczy i ujmujący uśmiech. Na kogoś takiego nie można było się długo gniewać. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że ma na imię Michał i rzeczywiście jest wnukiem znajomej babci. Dziwił się, że nie spotkał mnie tu nigdy dotąd. Był starszy ode mnie o rok, a usta mu się nie zamykały. Jednak opowiadał bardzo zajmująco i słuchanie go sprawiało mi przyjemność. Kiedy rozmowa zeszła na temat książek, okazało się, że lubimy ten sam rodzaj literatury. Oboje czytaliśmy te same książki i wymienialiśmy się swoimi uwagami na ich temat. Tak dobrze nam się rozmawiało, że nie zważaliśmy na upływ czasu. W końcu zorientowałam się, że pora wracać. Niechętnie zaczęłam pakować swoje rzeczy i szykować się do odejścia. Michał odprowadził mnie pod dom i zaproponował, byśmy jutro wybrali się wspólnie na przejażdżkę rowerową. Z radością przystałam na ten pomysł. Po powrocie opowiadałam babci o tym spotkaniu, a ona ucieszyła się, że poznałam Michała. Miała nadzieję, że kontakt z rówieśnikiem rozerwie mnie trochę, bo obawiała się, że mogę narzekać na brak rozrywek. Na nic zdały się zapewnienia, że naprawdę świetnie się czuję na wsi, babcia i tak wiedziała swoje. Rzeczywiście bardzo się cieszę na tę jutrzejszą wycieczkę i właściwie nie mogę się doczekać rana.

19.08.2006 r.

Z Michałem znamy się już od prawie dwóch tygodni. Odkąd się poznaliśmy, jesteśmy niemal nierozłączni. Chwilami mam wrażenie, że znamy się od lat. Zdaje się, że zaczynamy darzyć się nawzajem uczuciem. Czas, który spędzamy razem jest dla nas niesłychanie cenny. Michał to bardzo wartościowy chłopiec. Zupełnie nie przypomina kolegów, z którymi spotykałam się dotąd. Zdążyłam już poznać jego poglądy na temat narkotyków. Uważa, że jest to okropne świństwo, którego nie należy próbować pod żadnym pozorem i żadną postacią. Przyznałam mu rację. Już nigdy nie zamierzam po to sięgać. Przecież doskonale się czuję i bawię bez tego. Ci, którzy muszą się czymś wspomagać, mają najwyraźniej jakieś niedostatki wyobraźni. Michał ma na mnie bardzo dobry wpływ. Przekonał mnie, że każdy jest kowalem własnego losu i nie należy się nad sobą roztkliwiać, tylko próbować rozwiązywać swoje problemy. Teraz zastanawiam się, dlaczego właściwie nie powiedziałam moim rodzicom, że brakuje mi z nimi i kontaktu i że chciałabym, by spędzali ze mną więcej czasu.

26.08.2006 r.

Wakacje dobiegają końca, a ja i Michał staramy się łapać ostatnie wspólne chwile, jakie nam zostały. Nie mogę sobie wyobrazić pożegnania. Nie wiem, jak będę potrafiła odnaleźć się bez niego. Stał się najbliższym mi człowiekiem, moim powiernikiem i doradcą. Michał pociesza mnie, że będzie do mnie pisał i odwiedzał, tak często, jak tylko będzie mógł. Wiedząc, że niewiele pozostało nam już wspólnego czasu, zdobyliśmy się na odwagę i wyznaliśmy, co do siebie czujemy i jak bardzo nam na sobie zależy. Nigdy nie zapomną jego czułych, szeptanych do na ucho słów.

28. 08. 2006 r.

Przyjechali rodzice. Postanowili spędzić tu ze mną kilka dni. Poznali Michała i muszę przyznać, że przypadł im do gustu. Okazało się, że tata i Michał mają podobne zainteresowania, lubią majsterkować, łowić ryby i wspinać się po górach. W ogóle ojciec zdaje mi się jakiś inny - bardziej rozluźniony i spokojniejszy. No i chyba jego stosunki z mamą znacznie się poprawiły. Dziś, na pożegnalnym ognisku, siedzieli obok siebie przytuleni i śpiewali piosenki z młodości. Michał przygrywał na gitarze i patrzył na mnie z czułością. Nad tym miejscem muszą się chyba unosić jakieś miłosne fluidy. Już nie martwię się tak bardzo rozstaniem, a oto przyczyna: Okazało się, że firma taty w wyniku nieuczciwości jednego za wspólników popadła w poważne tarapaty. Dlatego też ojciec zmuszony był wycofać się z działalności. Rodzice zmuszeni byli sprzedać dom i przeprowadzić się do mniejszego miasta. Byli pewni, że bardzo źle na to zareaguję i zdziwili się, że nie wpadłam w złość. Wszystko dlatego, że nowe miejsce zamieszkania leży znacznie bliżej miejscowości, w której mieszka Michał, będziemy więc mogli często się widywać, a i do babci będę miała niedaleko. Zmiana we wzajemnych relacjach moich rodziców napawała mnie radością. Gdy napomknęłam coś na ten temat, przyznali, że przez te wszystkie problemy bardzo zbliżyli się do siebie i przekonali, że nie pieniądze są w życiu najważniejsze.