Ostatnio obserwujemy szalony postęp technologiczny w rozwoju kinematografii czy komputeryzacji, które rozpowszechniają się coraz szybciej – na tyle, iż niemal każdy przeciętny obywatel ma już do nich łatwy dostęp. Mimo to codziennie na świecie miliony ludzi, mając chwilę wolnego czasu, zasiadają w zacisznym miejscu z książką w ręku. Tonąc w jej treści, obcują z nieznanym światem – zupełnie innym od tego powszedniego, otaczającego nas. Czego oczekują jednak od swojej lektury: łatwego przekazu, relaksującego umysł zmęczony powszedniością czy impulsu zdolnego pobudzić procesy myślowe do stanięcia oko w oko ze swoim intelektem? Odpowiedzi na to pytanie niestety nie można ujednolicić. Każdy bowiem szuka czegoś innego. Dla jednych wieczorne chwile spędzone nad książką mają stanowić jedynie kojący balsam, zaś dla innych wyzwanie. Niemniej ja nie plasuję się stuprocentowo w żadnej z tych kategorii, gdyż uważam, że umysł w pewnym stopniu potrzebuje zarówno jednego jak i drugiego.

Jestem uczennicą liceum. Tydzień zatem wypełnia mi przede wszystkim nauka do licznych sprawdzianów w szkole, uczęszczanie na zajęcia dodatkowe rozwijające pasje oraz spotkania z przyjaciółmi, niezbędne do nabycia umiejętności prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze nieprzebrane obowiązki domowe, rodzinne itd. Gdy więc tylko znajduję odrobinę wolnego czasu, którą mogę poświęcić na zgłębianie lektur, wybieram przeważnie te nie stawiające przede mną większego wyzwania intelektualnego. Nie znaczy to jednak, iż oddaję się twórczości wziętej z najniższych nisz, nawet, gdy praktycznie brak chwili wytchnienia. Do dzieł zawartych w kategorii tzw. „papki literackiej” zaliczam między innymi popularny cykl nowel romantycznych Harlequin. Ich określony schemat pozwalający przewidzieć zakończenie tudzież obfitość w wytarte komunały, czynią zeń niegodne marnowania cennego czasu.

Za warte poznania uznaję lektury przedstawione nie jako powielony zarys jednej historii, a raczej „wybryki literackie”. Niekoniecznie więc muszą być one labiryntem dla naszego umysłu. Do takich książek zaliczam między innymi jedną z wielu powieści nieznanego w Polsce autora – Roberta Rankina – pt.: „Nostradamus zjadł mi chomika”. Już sam tytuł prawdopodobnie wywołuje mylne skojarzenia ze słynnym XVI-wiecznym okultystą. Historia bowiem opowiada o współczesnym, biednym pracowniku podupadającej firmy, próbującego ją ocalić. Akcja nabiera tempa, gdy bohater, nie prosząc o kłopoty, spotyka na swej drodze Adolfa Hitlera (!), pojazd do podróżowania w czasie oraz moralny obowiązek nakazujący uratować swoje miasteczko (a przy tym cały świat) przed Straszną Przyszłością pełną ludzi zamienionych w maszyny. Lektura ta jednak jest o wiele ciekawsza niż się z pozoru wydaje. Umieścić ją można na granicy fantastyki i groteski, rozwijającej wyobraźnię człowieka w każdym wieku. Do tego pełno w niej humoru przedstawionego przystępnym językiem, ale również wysublimowanego w stosunku do powierzchownie prostej fabuły. „Nostradamus (…)” bowiem (jak i wszystkie inne powieści tego autora) balansuje pomiędzy różnymi poziomami absurdu, zarówno stanowiącego pożywkę dla zmęczonych, ale też wymagającego wysilenia intelektu, w celu dostrzeżenia sensu pewnych nawiązań, gier słownych etc. Książki tej nie przypisałabym więc w pełni ani do jednej ani drugiej kategorii. Tego właśnie oczekuję od lektury – by oscylowała między pozornie skrajnymi ideami, a mimo to była przystępna w odbiorze dla jasnego i ciasnego umysłu.

Innym przykładem obrazującym moje potrzeby oraz pragnienia odnośnie obcowania z literaturą jest „Prestiż” Christopher’a Priest’a. Ciekawa fabuła osadzona w XIX wieku ilustruje problem, rzadko stanowiący przedmiot czyichś rozważań. Historia opowiada o dwóch iluzjonistach, którzy wchodzą sobie w drogę podczas seansu spirytystycznego. Od tego momentu ich losy co rusz się przecinają, a ich życie z każdym dniem coraz bardziej przypomina labirynt pełen pułapek oraz ślepych zaułków. Dwaj słynni prestidigatorzy, obsesyjnie dbają o swoją sławę, dokładność i efektowność pokazów tudzież zachowanie w tajemnicy wszystkich sztuczek, co staje się ich pasją. Do tego popadają w otchłań zazdrości, nienawiści oraz zdrady. Od chwili spotkania już nic nie jest takie, jak kiedyś. Rozpętana zostaje wojna między dwojgiem wielkich iluzjonistów, którym zawiść przysłoniła cały świat i kieruje ich poczynaniami – począwszy od wzajemnego niszczenia spektakli, poprzez podkradanie najcenniejszych wartości (jak tajemnice iluzji czy miłość), aż do śmierci. Według mnie Priest mistrzowsko opowiada o sile obsesji i wszelkich, związanych z nią niebezpieczeństwach. Autor kreuje pewien świat, używając klarownego, nieskomplikowanego języka – świat, w którym czytelnik może wypocząć od codziennego zgiełku, ale też stanąć w szranki z arcyciekawym przedstawieniem nieznanej powszechnie kwestii. Odbiorca z początku jasno widzi dobro i zło. Po zgłębieniu zaś dalszej części, zaczyna dostrzegać, iż granica występująca pomiędzy tymi pojęciami nagle zostaje zatarta. Nieświadomie myśli zaczynają krążyć wokół problematyki utworu, aż ostatecznie zdajemy sobie sprawę, jak wciągająca jest taka zabawa intelektualna, będąca z początku tylko odprężeniem.

Dla odmiany warto też wspomnieć o książkach z kanonu lektur szkolnych, bowiem niektóre z nich również spełniają moje oczekiwania. Doskonały przykład stanowi „Zemsta” Aleksandra Fredry. Według mnie jej najwspanialszym walorem jest komizm (sytuacyjny, bohaterów, słowny), obecny w powieści od jej pierwszych stronic aż po ostatnie. Pierwszorzędnie wykreowane postacie o podkoloryzowanych cechach charakteru oraz sytuacje przedstawione w zabawny sposób, jak np. scena dyktowania listu przez Cześnika, sprawiają, iż obowiązkowa lektura zamienia się w źródło przyjemnego wypoczynku, którego tak szukamy z dala od „niosących kaganek oświaty”. Na lekcji zaś usłyszymy, że książka ta może być też podłożem do zabawy intelektualnej. Zawiera bowiem ukryte znaczenia, jak chociażby przedstawienie słabostek polskiej szlachty u schyłku jej istnienia oraz innych ludzkich przywar widocznych po dziś dzień w relacjach interpersonalnych.

Reasumując, nie potrafię udzielić jednolitej odpowiedzi na pytanie z tematu. Zawsze bowiem spodziewam się, iż lektura będzie zaskakującą mieszanką tych dwóch kategorii, choć w różnych stosunkach – zależnych od nastroju czy ilości wolnego czasu. W okresach natłoczenia różnych prac oraz nauki preferuję powieści mniej wymagające, ułatwiające wypoczynek. Zaś w chwilach niezajętych, pełnych pobudzenia myślowego sięgnę raczej po te, które zmuszają do dłuższej kontemplacji i snucia dalekosiężnych refleksji. Choć z pewnością nie skusi mnie nic, co z zabawy intelektualnej przeradza się w tortury umysłowe okraszone ciężkim tematem oraz wysublimowanym słownictwem.