Polska produkcja filmowa w ostatnich latach nie wygląda zachwycająco. Pojawiają się komedie, które nie są filmami wysokich lotów, a filmy oparte na wielkich dziełach polskiej literatury giną w powodzi amerykańskich filmów akcji. Tym większą niespodzianką jest film Teresy Kotlarczyk "Prymas - trzy lata z tysiąca", który pokazuje nam, że dobry film to rzecz, która przykuwa uwagę widza nie wartką akcją, ale swoją atmosferą, muzyką, operowaniem kamerą.

Film opowiada o uwięzieniu prymasa Polski, Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Komańczy. Rozkaz taki wydały władze komunistyczne, chcąc odsunąć prymasa od polskiego Kościoła, wiernych i nakłonić go, poprzez odosobnienie, do rezygnacji ze stanowiska. Tytułowe "trzy lata" to czas, jaki Wyszyński spędził w więzieniu, czas, w którym ważyły się losy Kościoła.

Film nie tylko przybliża młodym postać Prymasa tysiąclecia, ale także pokazuje w jaki sposób działały ówczesne władze. Jego postawa jest ważna także z innego powodu - dla tysięcy Polaków to właśnie on, a nie nikt inny, był autorytetem moralnym, jego postawa była czymś, co warto naśladować, co dawało ludziom poczucie, że nie są osamotnieni. Swoją osobą i zmaganiami z władzą, stanowił odbicie walki dobra ze złem, stale stawał w obronie wiary i swoich przekonań. Dochodzimy więc do kluczowego problemu tego filmu - przewijających się w nim cały czas rozważań o moralności, wierze, odpowiedzialności, miłości i sztuce wybaczania.

Film nie byłby jednak dziełem wybitnym, gdyby nie wzięli w nim udziału wspaniali polscy aktorzy. W główną rolę wcielił się, znany między innymi z "Ziemi Obiecanej", Andrzej Seweryn, święcący od paru lat sukcesy we Francji. Wejście w rolę człowieka charyzmatycznego, o wielkiej wierze, wymagało od Seweryna sporej dawki odwagi, gdyż było to zmierzenie się z legendą. Było to także wyzwanie aktorskie, ponieważ nie jest zadaniem łatwym pokazać w sposób przekonujący człowieka, który nie tylko był przykładem dla całej wierzącej Polski, ale też zdawał się żyć poza wszelkimi złem, jakiego doświadczał od tych, którzy do uwięzili. Aktor poradził sobie z tym zadaniem doskonale, ukazując talent i kunszt aktorski. Stworzył postać pełną skupienia i modlitwy, pokazał nam Wyszyńskiego jako człowieka niezłomnego, który nie ugnie się pod naciskiem władz komunistycznych. Warto wspomnieć tu o grze Zbigniewa Zamachowskiego, który wcielił się w rolę ks. Stanisława, nękanego wątpliwościami. Nie można zapomnieć o fantastycznej kreacji Mai Ostaszewskiej, która zagrała donoszącą na Prymasa siostrę Leonię. Mnie zapadła w pamięci jeszcze jedna postać - grany przez Henryka Talara Bierut. Wprawdzie pojawia się tylko na moment, widzimy go w jednej scenie, ale moim zdaniem stworzył postać, która zapada w pamięci na długi czas. Uważam, że dzięki wspaniałym aktorskim kreacjom film zyskał niezapomnianą atmosferę.

Doskonale dopracowany jest również scenariusz, autorstwa Jana Purzyckiego, choć moim zdaniem niepotrzebnie został weń wpisany nieprawdziwy wątek o sobowtórze Prymasa. Scenarzysta wybrał najważniejsze elementy tych kilku lat z życia Prymasa i stworzył z nich fantastyczną opowieść, która przykuwa do ekranu.

Film jest także popisem operatorów kamer, dominują plany amerykańskie, ponieważ obraz opiera się w głównej mierze na dialogach. Kamera skupia się czasem na detalach, dokonując delikatnych zbliżeń, pokazując to, co w innym razie umknęłoby widzowi. Dzięki takiej pracy kamery widza ma szansę również skupić się na przeżyciach wewnętrznych bohaterów, wejść w atmosferę tamtych dni. Zdecydowanie nie podobały mi się ujęcia kręcone kamerą ręczną, gdyż sprawiają wrażenie niestabilnych, trzęsących się. Na początku było to może ciekawe, ale w pewnym momencie zaczęło denerwować.

Nie byłoby tego filmu bez jeszcze dwu niezmiernie ważnych rzeczy - jedną z nich jest scenografia, drugą natomiast muzyka. Barbara Ostapowicz, scenograf dokonała rzeczy niesamowitej. Odrapane, biedne ściany doskonale pokazują warunki, w jakich trzy lata spędził prymas Polski. Autorem muzyki jest Zygmunt Konieczny, który doskonale dopasował ścieżkę dźwiękową do poszczególnych scen. Dawno nie widziałam filmu, w którym tak doskonale muzyka współgrała z obrazem. Kompozytor pokazał, że dzięki odpowiedniemu wyczuciu i słuchowi, za pomocą dźwięków można czynić cuda. W niektórych scenach muzykę uwydatnił, w innych przyćmił, podkreślając to, co w nich najważniejsze. Muzyka nie pojawia się zbyt często, nie chce dominować w filmie nad obrazem. Służy podkreśleniu nastrojów, uczuć, rozterek.

Obraz Teresy Kotlarczyk "Prymas. Trzy lata z tysiąca" polecam wszystkim, mam jednak świadomość, że młodzież przed jego obejrzeniem powinna pogłębić swoją wiedzę historyczną, gdyż film zawiera pewne niedomówienia, nie pokazuje wszystkiego, pozostawiając to wiedzy samego widza. Jest filmem niezwykłym - pokazuje najważniejsze wartości, ale jest daleki od moralizatorskiego tonu, przekazuje wiadomości z trudnej historii naszego kraju, a czyni to w sposób ciekawy, unikając nudnego ględzenia. Na zasadzie kontrastu pokazuje sprawy, które są istotne niezależnie od czasów, w których żyjemy - dobro i zło, niegodziwość i sprawiedliwość, miłość i egoizm, nienawiść i przebaczenie. I choć niektóre sceny są nieco za długie, to uważam, że nie można nie obejrzeć tego filmu przynajmniej raz. Nie można oderwać od niego oczu, dlatego warto zobaczyć ten film - dobry, mądry i piękny, zwłaszcza, że rzadko spotykamy takie produkcje.